Niektórzy mieszkańcy Sarajewa znają pewnie takie mało eleganckie powiedzonko o Zenicy – mieście, w którym na kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców przypada ledwie tysiąc ich zębów. Pochodzę z Łodzi, gdzie w podobny sposób żartuje się ze Zgierza, rozumiem ten niewybredny dowcip, co nie znaczy, że go pochwalam. W tym wypadku wiem jednak, że ma on swoje silne podstawy w tym, jak Zenica faktycznie wygląda. Bo jest tu klimat, urok, ale czegoś więcej niż surowe, przemysłowe i postsocjalistyczne „piękno” oferować po prostu nie może. Dano jej więc sport, trochę pewnie rekompensujący betonową codzienność. Trochę…
Jeśli ktoś ma ochotę na wideo, to zostawiamy je tu na górze. Jeżeli natomiast macie ochotę na zdjęcia z domu Bośni i Hercegowiny i reportaż pisany, to wszystko jest poniżej.
Bo to Zenica jest domem piłkarskiej reprezentacji Bośni i Hercegowiny. Tutaj rozgrywane są najważniejsze mecze, tutaj – wielu podkreśla, że w końcu – ma za kilka lat powstać nowy, nowoczesny stadion. Tutaj wreszcie swój ostatni mecz w kadrze rozegrał Edin Dżeko, który żegnany był z największymi honorami nie tylko przez całe miasto, ale właściwie przez cały kraj. Kraj, którego Zenica jest bardzo ważnym ośrodkiem przede wszystkim dzięki futbolowi. Bo jest przemysł stalowy, jest lokalna piłka, parę lokalnych firm, ale…
– Widzieliście pożegnanie Dzeko? Płakaliście? – pytam grupkę miejscowych dzieciaków, z których lekko licząc połowa popyla na kukurinach, ale akurat teraz wszystkich zaciekawiły kamera i mikrofon.
Bilino Polje. 11 minuta https://t.co/MrOpXx14Ld
— BiHFootball (@BiHFootball) October 2, 2026
– No oczywiście! Cały weekend przepłakałem w poduszkę – żartuje sobie kilkunastoletni gość, który potem jeszcze kilka razy wpadnie na nas na mieście i za każdym razem pośle nam szeroki uśmiech, jeszcze w pełni uzębiony. Nie no, żarty na bok, pożegnanie Edina Dżeko było poważną sprawą.
– Jest to na pewno kiepska sprawa, ale wszystkich to czeka. Wy też zaraz będziecie mieć ten kłopot, Lewandowski też jest przecież stary – rzuca mi młodzian prosto między oczy. Szybka kalkulacja – wyszło, że ja jeszcze nie będę w jego oczach tym „starym”. A kapitan reprezentacji Polski to ma już zdecydowanie bliżej niż dalej, co tutejszych kibiców uderzyło ostatnio właśnie z uwagi na przypadek Dżeko.
Żegnanego z honorami i mającego swoje małe ołtarzyki w każdym zakątku odwiedzanej przez nas Zenicy.
Spis treści
- Edin Dżeko wyskakujący z lodówki. Zenica pożegnała legendę kadry
- Bazarowy czar. Można tam wpaść i kompletnie przepaść
- Smacznie, tłusto, ciężko. Ćevapi trzeba spróbować, ale może raz wystarczy?
- Wszystko pięknie, ładnie... ale nie do końca
- Sport trochę ratuje sprawę. Koszykówka, tenis i piłka nożna
- Zapomniana. Zenica pod wieloma względami zatrzymała się w miejscu

Edin Dżeko wyskakujący z lodówki. Zenica pożegnała legendę kadry
Witryna sklepu z dywanami, który znajduje się pod jedną z trybun stadionu Bilino Polje. Plakat na drzwiach jednej z przychodni. Krótkie „Hvala Edine” widoczne przez szybę apteki. I podobne hołdy na bilbordach, w oknach prywatnych mieszkań i po prostu wszędzie, gdzie tylko zajrzysz. Restauracje, sklepy, nawet okoliczne trawniki, których nie uprzątnięto po meczu ze Szwecją i nadal walają się po nich plakaty z wizerunkiem 40-letniego napastnika.

Podziękowania dla Edina Dzeko znaleźliśmy w Zenicy na każdym rogu
Szaleństwo połączone z rozpaczą, silne emocje związane nierozerwalnie z piłką i kulturą kibicowską, która w Bośni i Hercegowinie ma się doskonale. Dzień meczu, godzina 11:00, do gwizdka właściwie cały dzień. A przez miasto już przewalają się spore grupy kibiców przywdzianych w reprezentacyjne koszulki, często kupione od lokalnych ulicznych sprzedawców. Bo szczerze powiedziawszy – trudno było dostrzec kogoś, kto szarpnąłby się na wersję meczową z Dżeko, Alajbegoviciem czy Muharemoviciem na plecach. Zdecydowana większość to lepszej czy gorszej jakości bazarówki sprzedawane po dwadzieścia czy dwadzieścia pięć marek. W przeliczeniu na nasze – około pięciu dyszek.

Tutaj zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę. I przy okazji pomogliśmy zrobić sztuczny tłum, na którym pan sprzedawca w kwadrans zarobił sześćdziesiąt marek.
Jest tu silne przekonanie, że utrzymywanie więzi z kadrą to sposób na utrzymywanie także ogólnie pojętej jedności narodowej. – Bałkański duch, bośniacki charakter? Wiesz, to nie jest mit, my tu naprawdę tacy jesteśmy. Szanujemy dobrą pracę, lubimy też poczuć niektóre emocje mocniej w silnej wspólnocie, ale naprawdę niewielu może mieć w Bośni gwiazdorski status. Zaimponowanie Bośniakowi nie jest łabtwe – mówi mi jeden z dziennikarzy, który wcześniej przez kilka minut przekonywał mnie, że najbardziej imponująca rzecz jaką widział, to zasięg ramion koszykarza Boston Celtics. Dżeko, oczywiście, solidnie sobie na swój status zapracował, ale to nie znaczy, że zrobił coś nieprawdopodobnego.
Może jest za niski, cholera wie…
– Wiesz, jakby tu przyjechała Angelina Jolie, nawet pieprzony Thierry Henry, to oni są świetni, jasne, ale po prostu wykonują swoją pracę. Doceniasz wykonywanie jej w tak świetny sposób, ale ile jest osób, które robią coś równie dobrze, może nawet lepiej, a nie są takie sławne? – pyta mój rozmówca, a ja nawet nie jestem w stanie nic wtrącić, bo samym zestawieniem Jolie i Henry’ego przepalił mi styki. – Tu tak jest. Ciężko pracujesz i zasługujesz na uznanie, ale bardziej możesz zostać taką legendą niż gwiazdą.
I od tego momentu trzymałem się raczej określenia „legenda” w kontekście Dżeko. Nie w każdej rozmowie, bo napotkany na miejskim ryneczku pan Mustafa miał na ten temat nieco odmienne zdanie.
Bazarowy czar. Można tam wpaść i kompletnie przepaść
– Dla Niemca to strzela – słyszę, choć lokalny sprzedawca zegarków i drobnych pierdółek ujął to trochę inaczej. Ale bardzo, bardzo podobnie. Mustafa Krsin ma swoje zdanie na temat 40-latka i wylicza w naszej rozmowie kolejne kluby. – Wolfsburg, Schalke, we Włoszech Roma. Tam to strzelał, w kadrze chyba nie był aż tak istotny – przekonuje mnie, burząc nieco ściany kultu, który obrósł w ostatnich dniach Dżeko. Zaraz potem pada jednak pytanie o Lewandowskiego i już wiem, co mogę usłyszeć.

– On też zaraz odejdzie, nie?
No odejdzie, panie Mustafo. My też musimy lecieć, bo wokół dużo się dzieje. Sam pan zresztą wspomniał, że mamy niewiele czasu – mecz się zbliża, a tu wokół dużo do zobaczenia.
Gradska pijaca, czyli właśnie miejski rynek, oferuje tyle, że głupio byłoby nie zrobić tu chociaż symbolicznego kółeczka. Dominują oczywiście koszulki kadry, ale prawdziwym tutejszym specjałem są sklepy z mydłem i powidłem, w których kupicie baterie najróżniejszych rodzajów, plastikowe pistolety, parasolki, bawełniane gacie i lasery do świecenia nauczycielce po oczach.

Wszystko. Tu jest wszystko!
Większość wystawców ma pewnie historię podobną do tej pana Mustafy, który trochę już w targowisko wrósł i w naturalny sposób praca stała się dla niego też stylem życia. Jego kolega ze straganu obok zachwala sprzedawcę zegarków. – Co, zaczepił was gaduła? Najlepszy towar, stoi tu od lat – słyszymy, choć dalecy jesteśmy od zabrania do Polski zegarka. Co nie zmienia faktu, że wizyta na rynku wymusiła na nas wypłacenie odrobiny gotówki. I drugą wizytę na rynku chwilę potem…
To nie tak, że w kilku alejkach na krzyż można się tam zgubić, ale o zatracenie musi być niezwykle łatwo. Ciasne korytarze wypełnione ciuchami zdają się opadać na twoje barki, kolejni zaczepiacze gotowi są wcisnąć ci stare radio czy przenośny wiatraczek. Coś z pogranicza targowisk naszych i targowisk w, dajmy na to, Turcji czy Maroku. Brakujące ogniwo ewolucji – sami oceńcie, w którym z kierunków powinna ona zmierzać.
Smacznie, tłusto, ciężko. Ćevapi trzeba spróbować, ale może raz wystarczy?
Najlepiej jakbyście sami ocenili też tutejszą kuchnię, która ma swój urok, ale i specyfikę. Bo bośniacki kulinarny szlagier – ćevapi – je się z przyjemnością, ale można trafić z nim lepiej i gorzej. Pod Sarajewem, w okolicy lotniska, trafiliśmy na takie fikuśne wydanie. Nie dość że pięknie podane, to jeszcze skąpane w kajmaku – lekko słonym, półpłynnym serku. W Zenicy, niedługo przed meczem, posmakowaliśmy wersji mniej wystawnej – siedem serdelków wsadzonych w bułę, obok skrojona w drobną kostkę cebula i tyle.

Chcecie zagrać w „znajdź różnicę”?
Niby niewiele, ale o efekty smakowe dba samo mięso wołowe doprawiane solą i mieszane z sodą oczyszczoną. Sekretem dobrego ćevapi jest też wyrabianie mięsa przez dobrych kilkanaście minut – konsystencja to klucz do sukcesu. Z jednej strony ma być miękko, z drugiej sprężyście. Trafienie w punkt sprawia, że ćevapi ma smak niepowtarzalny, ale… nieprzyzwyczajonym może siąść na żołądku. Wierzcie nam na słowo.
Cała kuchnia bośniacka jest raczej tłusta, ale nie opiera się tylko na tej jednej potrawie. Burek występuje tu z różnymi nadzieniami – ser, mięso, warzywa. Te ostatnie też zrobione w taki sposób, że są tłuste, ale tego nie da się w Bośni uniknąć. My w tym regionie trafiliśmy też na coś, co facet z naszego hotelu nazwał „mieszanką kukurydzy, mleka i sera”. Wiedział pewnie, że nazwa „pura” niewiele nam powie i miał rację. Smak tego dziwactwa był jednak naprawdę interesujący i zachęcał do zbadania tematu.
„To naprawdę, naprawdę stary i prosty, ale bardzo pyszny posiłek. Spotyka się go na całych Bałkanach, podobieństwa kulturowe objawiają się także w kuchni” – czytamy w jednym z internetowych przepisów. Pura to bośniacka wersja polenty, czyli owsianki z mąki kukurydzianej. Często dostajemy w zestawie z kukurydzianą bazą rzadką śmietanę i ser, bo sama z siebie zostawia ona w ustach okropną suszę. Zdarza się też, że pura ląduje na talerzu w parze z ziemniakami czy po prostu z masłem. Wszystkim, którzy lubią odkrywać kulinarne nowości wypada ją polecić. Nie dlatego, że z miejsca zaczną się nią zajadać, co to, to nie. Ale smak takiej mieszanki ma kilka wymiarów i do śniadania pasował jak ulał.
Wszystko pięknie, ładnie… ale nie do końca
Ma więc Zenica swoje uroki, ale nie przez przypadek nazywamy ją w tytule brzydkim kaczątkiem. Bo interesujące, swojskie wnętrze opakowane jest w papierek, który nigdy nie błyszczał. I pewnie nie będzie także w przyszłości. – Zenica jest specyficzna. To miasto postkomunistyczne, które nigdy się nie rozwinęło. Jeśli porównamy je do Sarajewa… tam powstają nowoczesne budynki, wieżowce, architektura jest bardziej austro-węgierska, a w Zenicy widzimy takie brzydkie oblicze komunizmu i, niestety, zacofania. Liczę na to, że to się zmieni, bo to miasto ma też wielu młodych ludzi, którzy licznie z niego wyjeżdżają – mówi Ermin Zatović z polskiej ambasady w Sarajewie.
– To miasto to jest przede wszystkim huta stali. Zresztą nazwa miejscowego klubu już zdradza charakter tego miejsca. „Celik” to po prostu „stal”. Huta to w ogóle największy pracodawca tutaj w Zenicy, bo młodzi w większości, jeśli jeszcze tu mieszkają, pracują w Sarajewie. Tam też studiują, często nawet już chodzą do gimnazjum bo… no cóż, nie chcą tu być – dodaje mój rozmówca. Skąd więc całkiem sporo dzieciaków, które w niedużej odległości od stadionu korzystają z rozbudowanej infrastruktury sportowej, czyli miejskich boisk do siatkówki, koszykówki, piłki nożnej, a także kortów do tenisa czy bieżni? Zatović jest w tej kwestii wyjątkowo bezpośredni.
– Myślę, że te dzieci po prostu za kilka lat stąd wyjadą – wydaje stanowczy wyrok. A ja sprawdzam sobie jeden z interesujących mnie wskaźników, czyli tutejszą stopę bezrobocia. „Zenica należy do obszarów o dużym obciążeniu problemami strukturalnymi rynku pracy z powodu transformacji przemysłu ciężkiego” – czytam na jednej z rządowych stron. Zaraz potem zabieram się do przeglądu doniesień sprzed ponad dekady, kiedy bezrobocie w całym kraju sięgało 44%. A Zatović dodaje: – Sarajewo przyjmie tutejszą młodzież z otwartymi ramionami i da im większe pole do rozwoju.
Może po prostu – jakiekolwiek pole do rozwoju…

Uroki Zenicy. Efektowne blokowiska i sport, który jest tu dla dzieciaków jedną z niewielu rozrywek
Słowa mojego rozmówcy to przykre podsumowanie tego, czym Zenica jest. Albo czym nie jest i nigdy nie będzie. Na co dzień, jak nas zapewniano, nie dzieje się tu zbyt wiele – kolorytu miejskiemu krajobrazowi dodają bez wątpienia zjeżdżający się na mecze kadry kibice i w ogóle sam fakt, że Bilino Polje jest domem reprezentacji Bośni i Hercegowiny. W naszych oczach sport – i chyba głównie sport – sprawia, że Zenica ma do zaoferowania cokolwiek ekstra. Sercem miasta nie jest jednak pod tym względem stadion Celika, na którym gra kadra. Puls da się wyczuć kawałek dalej, po drugiej stronie rzeki.
Sport trochę ratuje sprawę. Koszykówka, tenis i piłka nożna
Kamberovica polje od nieco ponad dekady (bo wtedy dorzucono kolejne boiska) naprawdę ma się czym pochwalić. Po pierwsze ładny stadion dostępny dla miejscowych za skromną opłatą dwóch marek. W ten sposób nikt nie wchodzi na bieżnię czy piłkarskie boisko żeby tylko się po nim poszlajać, choć da się tam też wejść bokiem, przez jedną z ciągle otwartych bocznych furtek. Wtedy jednak nie skorzystacie z szatni no i – to też może niektórym ciążyć – będziecie trochę „nielegalni”. Obok boiska kolejne, treningowe, przynależne Celikowi. Dostępne dla miejscowej akademii wraz z mniejszym, budynkiem, który mieści góra dwie szatnie i magazynek na piłki czy pachołki.
Dalej? Jeszcze więcej dobrego. Dwa boiska do koszykówki, dwa do siatkówki, dwa mniejsze do piłki nożnej. Cztery albo pięć kortów tenisowych, kawałek betonowego placu do ogólnego treningu, parkowa siłownia. No i jeszcze wielkie szachy – oblegane w godzinach szczytu przez kilkunastu staruszków, którzy z zacięciem rozgrywają kolejne partie na dwóch umieszczonych obok siebie planszach. Sport w różnych formach ma się tu dobrze.

Tu zdjęcie z godzin porannych. Jeszcze bez najlepszej frekwencji
Nie jest oczywiście przypadkiem, że w Zenicy spotykamy w czasie dnia meczowego tylko trzy grupy Bośniaków. Kibiców, którzy pewnie wzięli z okazji starcia z Polską wolne. Dzieci w wieku szkolnym, które skorzystały w poniedziałek z uroków dnia nauczyciela i długie godziny spędziły na świeżym powietrzu. Wreszcie emerytów, którzy posiadówki umilali sobie sportową rywalizacją i gawędami. Poza jednym wyjątkiem – gościa już blisko siedemdziesiątki, który w ciągu trzydziestu minut naszej obserwacji popisywał się piłkarską żonglerką, celnymi rzutami do kosza, a na koniec jeszcze wyjął rakietę do tenisa i też popisał się tym charakterystycznym, luźnym nadgarstkiem.

Na fotce ten niezwykły bohater po prawej. Też postanowił zadbać o kondycję z rana, zanim Kamberovica polje nieco się zagęściło…
Zapomniana. Zenica pod wieloma względami zatrzymała się w miejscu
Pewne pozytywy kryją się jednak pod komunistyczną mgłą, w której Zenica była, jest i pewnie będzie spowita dalej. Mocnym symbolem tego, że o rozwój jest tam niezwykle trudno może być lokalny dworzec kolejowy, na który według dostępnego na miejscu rozkładu da się dojechać z Sarajewa cztery razy w ciągu dnia.
I odwrotnie – do stolicy też odjeżdżają w sumie cztery pociągi na dobę. Sam gmach dworca woła o pomoc już z zewnątrz, ale w środku jest jeszcze gorzej. Jakby ktoś zorganizował tam gołębnik, to pewnie byśmy nie powiedzieli, że bezcześci architektoniczną perełkę. Kable wystające ze ścian, prowizorycznie łatany strop i… lekko licząc sześć osób zatrudnionych do tego, by na tym dworcu po prostu chyba siedzieć. Bo muchy się nie ganiają, a w biurach:
- szef dworca, w koszuli, z wyglądem szefa,
- jakaś jego asystentka czy coś w podobie, jedyna znająca na miejscu język angielski,
- facet z kluczami do wszystkiego,
- facet do pilnowania,
- drugi facet, też chyba do pilnowania, po prostu siedział w swojej kanciapie i rozmawiał przez telefon z wnuczką,
- i kasjerka, której nawet nie było w kasie.

Klimat jest, ale klimy tu raczej nie uświadczycie…
Przy peronie ustawiony wagon, który Bośniakom sprezentowali przed laty Szwedzi. I tyle, nic więcej. Dużo lepiej ma się transport autobusowy – tam i budynek dworca się trzyma kupy, i połączeń więcej. Ale nie on oddaje duszę tego miejsca. Czasem mówi się o kimś, że jest właśnie taką „starą duszą” i z Zenicą trochę tak jest. Chciałaby zostać w przeszłości, ale i iść do przodu, dopasować się. Tego nie potrafi, więc czuje, że coś jest nie tak. W niektórych kwestiach podobnie jest wręcz z całą Bośnią.
– Rzeczy, które w Polsce już są normą, w Bośni mogłyby być innowacyjne i tu jest z tego powodu mnóstwo miejsca dla przedsiębiorców. Dodatkowo niski podatek, 10% od zysku. Sporo jest takich aspektów nieskażonych regulacjami europejskimi w życiu przeciętnego Bośniaka – mówi mi Zatović, kreśląc wizję miejsca, które ma potencjał, ale o nim nie wie.
Z drugiej strony – czy wszyscy muszą przeć w tym samym kierunku? Sarajewo może się trochę europeizować, może starać się dogonić mityczny Zachód, a równocześnie Zenica… może pozostać Zenicą. Może bezzębną, może odrobinę zacofaną, pozbawioną wielkich perspektyw, ale dla nas przyjazną, gościnną i inną, co samo w sobie jest z perspektywy podróżnika sporą wartością. Spędzenie w niej dwóch dni sprzyja docenieniu miejsca, w którym życie toczy się w starym rytmie i może utwierdzać w przekonaniu, że niektóre, ważne elementy codzienności tracimy wraz z ogólnie pojętym rozwojem bezpowrotnie.
Ale czy fajnie byłoby tam zamieszkać na dłużej? Młodzież wymykająca się do Sarajewa wystawia Zenicy nieuczciwą ocenę? Może gdyby trochę łatwiej było strawić tutejsze ćevapi… A tak diagnoza wydaje się dosyć bolesna – zenickie brzydkie kaczątko w łabędzia zamienia się tylko w dniu meczu reprezentacji. A potem wraca do ustawień, o ironio, fabrycznych.
ANTONI FIGLEWICZ Z ZENICY
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. własne