Carlos Alcaraz to fenomen. Nikogo nie trzeba do tego przekonywać. Mało kto spodziewał się jednak, że Hiszpan tak szybko po długiej przerwie spowodowanej kontuzją wejdzie na najwyższy poziom. A Carlitos w zasadzie już to zrobił – w swoim drugim turnieju po rehabilitacji okazał się najlepszy. Wygrał w Tokio.
Carlos Alcaraz najlepszy w Tokio. Powrót do wygrywania
Przypomnijmy, że Alcaraz zaczął ten sezon w najlepszy możliwy sposób – wygrał Australian Open i skompletował tym samym Karierowego Wielkiego Szlema. Dużymi literami, bo to osiągnięcie dostępne wyłącznie tym najlepszym. W erze open – od 1968 roku – mają je na koncie u mężczyzn tylko Rod Laver (jako jedyny wygrał też wszystkie cztery turnieje w jednym sezonie), Andre Agassi, Roger Federer, Rafa Nadal, Novak Djoković, no i Carlitos właśnie.
Elita.
Nie ma tu wielu innych z wielkich nazwisk. Pete Sampras nigdy na przykład nie triumfował w Paryżu. Bjoern Borg nie wygrywał ani w Australii (choć tam grał tylko raz w karierze, inne czasy), ani w Nowym Jorku. John McEnroe, jego wielki rywal, nie ma Australian Open ani Roland Garros. I tak dalej, i tak dalej. Wielu, naprawdę wielu tenisistom czegoś brakowało, nawet jeśli byli wielcy – za Karierowym Wielkim Szlemem goni też Jannik Sinner, ale potrzebuje do tego wygranej na paryskiej mączce, której na razie – choć miał już raz piłki meczowe w finale – nie ma.
A Carlos to w Australii skompletował. Potem wygrał jeszcze turniej w Dausze i wydawało się, że idzie to wszystko w stronę kolejnego sezonu, gdy będzie najlepszy. A potem Jannik Sinner złapał nagle taką formę, że ogrywał wszystkich i wszędzie. Z kolei Carlitos też coś złapał – kontuzję.
Zawiódł nadgarstek. Hiszpan wycofywał się z kolejnych turniejów, a w końcu też i z Roland Garros, i z Wimbledonu. Był zabieg, rehabilitacja, nagrania z treningów wyglądały dość niepokojąco, bo wydawało się, że Carlos będzie mieć problemy, by wrócić na szczyt. Gdy jednak wystąpił na US Open, to choć odpadł w ćwierćfinale z Benem Sheltonem (który doszedł do finału), to jednak wyraźnie było widać, że czuje się na korcie świetnie.
No i w Tokio to potwierdził.
Alcaraz po raz 23. Tokio jest jego
Turniej w Tokio to typowa, mocno obsadzona „pięćsetka”. Nie miał tam Carlitos łatwej drabinki, bo w całej imprezie tylko raz zagrał z tenisistą spoza TOP 50 rankingu – w półfinale. Wcześniej na rozkładzie miał już Alexa Michelsena (ATP 34), Matteo Arnaldiego (ATP 37) i Denisa Shapovalova (ATP 46). Nie jest to może elita, ale wszystko solidni gracze, którzy potrafią zagrozić lepszym od siebie – tym bardziej jeśli ci lepsi grali w tym sezonie stosunkowo niewiele i męczyli się z kontuzją.
Carlos faktycznie musiał się nieco namęczyć. W każdym z tych spotkań grał tie-breaka. Michelsen urwał mu nawet seta. Ale jednak przechodził dalej.
Przeszedł też przez Jaume Munara. Rodak – kwalifikant, ale w rankingu 64., wciąż dość wysoko – rzucił mu spore wyzwanie. I w zasadzie nic dziwnego, bo – co oczywiste – Hiszpanie znają styl gry Hiszpanów, czują ich tenis, i zawsze potrafią utrudnić swoim rodakom życie. Rafa Nadal też miewał z rodakami problemy – Fernando Verdasco czy David Ferrer potrafili (nawet jeśli w większości meczów obrywali) od czasu do czasu stawiać się Rafie.
W każdym razie Munar wygrał pierwszego seta. Carlitos jednak, jak to on, w takiej sytuacji podniósł poprzeczkę jeszcze wyżej. I wtedy Jaume przeskoczyć już jej nie zdołał.
Nie zrobił tego też Jiri Lehecka. Czech, 23. w rankingu, seta urwać nie zdołał, choć Alcaraz znów grał tie-breaka. Łącznie w Tokio czterokrotnie dochodziło do nich w jego meczach i zawsze górą był Hiszpan właśnie! To też pokazuje, że Carlos czuje się na korcie świetnie, że ma już tę kontrolę i po kontuzji nie ma śladów – ani fizycznych, ani w psychice.
Back with a bang 🎉
In only his second tournament since his return @CarlosAlcaraz takes the title thanks to a 7-6 6-4 win over Jiri Lehecka 🏆
#japanopentennis https://t.co/gr7WZP1iqo
— Tennis TV (@TennisTV) October 6, 2026
Wychodzi więc na to, że Alcaraz będzie groźny jeszcze w tym sezonie, a w przyszłym powalczy, by powrócić do wygrywania Szlemów. Na razie ma na koncie siedem – raz wygrał Australian Open, po dwa razy wszystkie pozostałe. W styczniu dostanie więc szansę, by ten bilans idealnie wyrównać.
A na razie? Na razie może świętować triumf w Tokio. Trzeci wygrany turniej w tym sezonie, 23. w karierze. Robi się z tego już pokaźny dorobek, co?
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix