Iga Świątek i mecz prawdy. Czy wreszcie będzie finał?

Sebastian Warzecha

12 sierpnia 2026, 21:42 • 8 min czytania 1

Reklama
Iga Świątek i mecz prawdy. Czy wreszcie będzie finał?

W zeszłym roku na tym etapie sezonu Iga Świątek była już mistrzynią Wimbledonu, a niedługo potem została triumfatorką turnieju w Cincinnati. W tym sezonie nie grała jeszcze w jakimkolwiek finale. Nie licząc covidowego sezonu 2020 to pierwsza taka sytuacja w jej karierze. Czy Toronto – gdzie nigdy jeszcze nie była w meczu o tytuł – przyniesie jej przełamanie? Przed nią spotkanie, które wiele powie nam nie tylko o tej imprezie, ale w ogóle o formie Igi.

Reklama

Iga Świątek blisko finału w Toronto. Czy wreszcie się uda?

10 turniejów. Tyle rozegrała w tym sezonie Iga Świątek. W żadnym nie doszła do finału (nie wliczam drużynowego United Cup, gdzie Polska z Igą w składzie wygrała, ale ona sama przegrała półfinałowe i finałowe mecze), tylko raz grała w półfinale. Ten mecz, który mógł być przełamaniem, to turniej w Rzymie, bardzo przez Polkę lubiany, triumfowała tam kilkukrotnie.

Przełamania jednak nie było. Lepsza okazała się wówczas Elina Switolina.

Zresztą lepsza w tym roku już drugi raz – po raz pierwszy w Indian Wells. Oba te mecze toczyły się do trzech setów, w obu finalnie lepsza była Ukrainka, która utrzymywała nerwy na wodzy. Idze się to nie udawało, więc popełniała błędy i ostatecznie oddawała zwycięstwa w ręce rywalki. Nie żeby Switolina nie miała swoich zasług – miała i to wielkie, bo grała bardzo dobrze. Widać było jednak, że w tych kluczowych momentach Idze jednak czegoś brakowało.

Reklama

I dlatego mecz, który dziś w nocy, może być dla Polki prawdziwym testem. W Toronto gra być może najlepszy turniej w tym roku, wygląda na kanadyjskich kortach świetnie, nie wyszedł jej – w czterech meczach – tylko pierwszy set starcia z Martą Kostiuk, ale znakomicie się po nim odbudowała i wygrała gładko dwa kolejne. Zresztą jej wyniki w wygranych setach to taka stara, dobra Iga – w żadnym z nich nie dała rywalce więcej niż trzy gemy.

Czy więc faktycznie – to przełamanie?

Sezon na straty? Jeszcze nie

To najgorszy – nie wliczając oczywiście 2019, pierwszego seniorskiego – sezon Igi Świątek w tourze. Nie ma co z tym dyskutować. Aktualnie – już z doliczonymi punktami za półfinał w Toronto – Polka jest 11. na tegorocznej liście rankingowej. Gdyby cały turniej wygrała, wskoczy do TOP 10, ale nadal będzie tracić ponad 1500 punktów do 8. Lindy Noskovej. A Czeszkę w dodatku musiałaby przeskoczyć o jeszcze jedno miejsce, bo ta – jako mistrzyni Wimbledonu – w zasadzie ma gwarantowany udział w WTA Finals.

Reklama

Bo to do tego – awansu do kończącej sezon imprezy – będziemy w tych rozważaniach równać.

Iga zgromadziła (powtórzmy: razem z obecnym półfinałem) 2354 punkty. W zeszłorocznym sezonie, który na papierze był stosunkowo słaby – choć, oczywiście, odniosła historyczny sukces, wygrywając Wimbledon – miała ich 8195 jeszcze przed WTA Finals (paradoksalnie – mniej było ich w 2024, bo 7970). W zasadzie żeby dorównać temu rezultatowi, musiałaby teraz wygrywać wszystko do końca. Toronto, Cincinnati, US Open, a potem turnieje na Dalekim Wschodzie.

Taki scenariusz właściwie nie ma szans powodzenia.

Natomiast Iga wciąż może wiele ugrać. Przed nią ostatni z Wielkich Szlemów. Kilka turniejów rangi 1000 – ten trwający, potem wspomniane Cincinnati, gdzie broni tytułu, a wreszcie China i Wuhan Open, kolejne dwa tysięczniki. Na finiszu z kolei, potencjalnie, WTA Finals, choć o to nie będzie łatwo. Granica „dostawalności” do tej imprezy to na ogół około 4500 punktów, czasem trochę mniej.

Reklama

Tyle Iga może zgromadzić i gdyby tak się stało, nikt nie byłby tym obrotem spraw zaskoczony. To znaczy: nikt biorąc pod uwagę, że to Iga. Patrząc na to, co działo się w tym sezonie do tej pory – pewnie trochę zaskoczenia by było.

Bo był to sezon jak na razie bardzo, ale to bardzo słaby. Sporo porażek ze znacznie niżej notowanymi rywalkami. Dwa razy porażki w pierwszych rundach turniejów, co Idze nie zdarzało się przez lata. Brak sukcesu na mączce. Odpadnięcie w III rundzie Wimbledonu, gdzie broniła tytułu. Mnóstwo meczów, w których Polka „siadała” po pierwszym secie i takich, gdy trzecia partia kompletnie jej nie wychodziła, jakby oddawała spotkanie.

Możliwe jednak, że teraz – po tym wszystkim – wreszcie się odnalazła.

Reklama

Jedna jaskółka czy jednak coś więcej?

Turniejów, w których Iga grała naprawdę dobrze, już trochę było. Tyle że zwykle trafiał się wreszcie mecz, w którym po prostu ta forma się gubiła, a Polka wracała do tegorocznej „siebie” – rozchwianej, niepewnej, nerwowej i niecierpliwej. W zasadzie tylko we wspomnianym Rzymie było trudno wskazać takie momenty, bo nawet półfinałowa porażka z Eliną Switoliną wobec całości turnieju nie wygląda źle (podobnie w Indian Wells, gdzie ćwierćfinał stał na świetnym poziomie).

Wiecie, można by stworzyć listę takich „duetów” – meczu, w którym Iga zagrała genialnie i takiego, w następnej rundzie, w którym była w słabej formie i przegrywała na własne życzenie.

Dlatego turniej w Toronto zdaje się już teraz zadowalający. Bo Iga miała jeden moment kryzysu, jednego seta, który ostatecznie nie przeszkodził jej w wygraniu spotkania. Poza tym gra świetnie, konsekwentnie i jest spokojna, zadziwiająco wręcz spokojna. A tego spokoju to brakowało jej przez wszystkie poprzednie turnieje, zawsze ostatecznie – choćby na moment, ale często decydujący – traciła tę chłodną głowę.

W Toronto się to nie stało. Czy nie stanie, czy też będzie to miało miejsce – dziś w nocy lub w finale – dopiero się przekonamy.

Reklama

Faktem jest jednak, że to cztery mecze. I Iga, która robiła w nich po prostu swoje.

Faktem jest też jednak, że nie grała jeszcze meczu, który byłby sprawdzianem z prawdziwego zdarzenia. Sara Bejlek czy Viktorija Golubic nie mogły takiego stanowić. Marta Kostiuk teoretycznie tak – to ona przecież pokonała Igę na Roland Garros – ale Ukrainka potrafi się zapaść w sobie w trakcie meczu i tak też się stało w Toronto. A Diana Sznajder jest zawodniczką z szerokiej światowej czołówki, ale na poziomie tej wyższej, ścisłej gra z rzadka. Na ogół dobrze grająca wyżej notowana rywalka powinna ją pokonać.

Stąd wyczekiwanie tego wielkiego testu. I ten nadejdzie. Dziś w nocy.

Reklama

Elina, czyli sprawdzian

Jak już wspomniano: Elina Switolina dwukrotnie w tym roku grała z Igą Świątek i dwa razy wygrała. Oba te mecze były wyrównane, oba stały na wysokim poziomie. Dobrze się to oglądało i właściwie mimo porażek Polki można było wyjść z nich zadowolonymi z tego, co pokazywała Iga. Szczególnie, że Switolina ogółem gra naprawdę dobry sezon.

Jasne, nie była w wielkoszlemowym finale – zresztą nie osiągnęła go jeszcze nigdy w karierze – ale w rankingu WTA Race jest w tej chwili (na żywo) na czwartym miejscu. Do tego wygrała turniej w Auckland (WTA 250), była w finale w Dubaju (1000) i triumfowała w Rzymie, co było jej pierwszym tytułem tej rangi (1000) od… 2018 roku, czyli najlepszego sezonu w karierze Ukrainki.

To po prostu jej rok, przydałaby się tak naprawdę jedynie kropka nad tym „i”.

Nie dziwi więc, że sprawiała Idze wielkie problemy. Tym bardziej, że jej styl gry – gdy jest w najlepszej formie – bardzo się w rywalizacji z Polką potrafi sprawdzać. Switolina świetnie się po korcie porusza, w dużej mierze korzystając z bardzo dobrego czytania gry rywalek. Jest uniwersalna, solidna z obu stron kortu, potrafi mieszać rytmem, nie bazuje wyłącznie na grze siłowej, choć dołożyć potrafi. Wiele ma inteligencji taktycznej, wiele obeznania, wiele sposobów na wybicie przeciwniczki z uderzenia.

Reklama

Do tego też mnóstwo doświadczenia. I dużo więcej niż kiedyś tego, co być może najważniejsze – spokoju. To nim wygrywała z Igą w kluczowych momentach w Indian Wells i Rzymie. Tym bardziej, że gdy Polce tego spokoju zaczynało brakować, to Elina jakby zyskiwała go więcej. W pewnym sensie syciła się tym, że jej rywalka ma problemy, to ją nakręcało. I potrafiła sprawić, by Świątek miała do siebie jeszcze większe pretensje.

Dlatego to właśnie sprawdzian.

Egzamin na to, czy Iga zachowa spokój i w tych najtrudniejszych momentach. Albo inaczej: czy do trudnych momentów dopuści, czy jednak od początku uda jej się dyktować warunki i tym razem Elinę ogra (nie po raz pierwszy, ogółem ich bilans to 4-3 dla Polki). Jak będzie reagować na wygrane punkty Switoliny, jak na swoje błędy. Sporo jest takich zagadnień, śmiało można by przyszykować arkusz i wraz z rozwojem meczu skreślać te, których Idze się zrealizować nie udało.

Reklama

Jakby zdawała na prawo jazdy, w ten sposób właśnie. Choć prawda jest taka, że subiektywne kryteria zyskają na znaczeniu tylko jeśli ten mecz przegra – wtedy będzie można rozprawiać o stylu, wyniku, wrażeniu, jakie Polka zostawiła.

Jeśli wygra – egzamin będzie zdany z automatu.

Kolejny krok. Pytanie czy w dobrą stronę

Ten mecz i ten turniej to ważny krok na drodze do powrotu do najlepszej dyspozycji… tyle że nigdy nie wiadomo, czy za nim pójdą kolejne. A nawet jeśli – to czy wystarczająco wiele. W zeszłym roku Iga poprawiła Wimbledon triumfem w Cincinnati, potem wygrała jeszcze w Seulu i co? Niewiele to ostatecznie dało w kontekście jej formy jako całości, w tym sezonie ta znów zanikła.

Zdecydowała się więc Polka na zmiany, zatrudniła nowego trenera i przy kolejnych porażkach powtarzała, że to nie sprint, że trzeba do tego wszystkiego podchodzić na spokojnie. Sporo kontrowersji wzbudziły na przykład jej słowa o tym, że chyba musi pogodzić się z porażkami i że nie patrzy na wyniki, bo nie jest w miejscu, by to robić.

Reklama

Ale prawda jest taka, że Iga miała rację.

Patrzenie na rezultaty, oczekiwanie po sobie wielkich zwycięstw, gdy brakowało ich od początku sezonu, mogło ją zgubić. A po Wimbledonie – gdy przegrała szybko, bo w III rundzie – dostała miesiąc na odpoczynek i treningi. Spokojne, skupione na określonym celu. Wypracowaniu pewnych postaw i zachowań. Możliwe, że właśnie to zadziałało, ten czas spędzony na pracy, nie na graniu kolejnych turniejów.

Wcześniej przecież była gonitwa, bo Francisco Roiga zatrudniła przed mączką. A tam wiadomo – oczekiwania, bo Iga i jej przeszłość, mnogość turnieju. Potem przeskok na trawę, też brak oddechu. I dopiero po tej trawie dłuższa chwila spokoju. Może to o to w tym wszystkim chodziło, może dzięki temu teraz gra dobrze.

Może. A może okaże się, że to ta wspomniana już jedna jaskółka i wiosna nadal nie przyjdzie. Mecz z Eliną Switoliną będzie pierwszym sprawdzianem, który pomoże nam to stwierdzić. Pierwszym z wielu – bo nawet jeśli Iga ten mecz przegra, to turniej w Cincinnati powie nam, czy się po takiej porażce szybko pozbiera.

Reklama

Tak więc: najbliższe tygodnie, miesiące to czas dla Igi na to, by sobie i fanom wiele udowodnić. A czy się uda?

Tego nie wie nawet sama Iga Świątek. Pozostaje próbować.

Fot. Newspix

Reklama
1 komentarz
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama