Kolejny medal! Jakub Szymański na podium w płotkach

Sebastian Warzecha

12 sierpnia 2026, 23:16 • 3 min czytania 2

Reklama
Kolejny medal! Jakub Szymański na podium w płotkach

Jeden dzień to jeden medal. Tak to wygląda na razie w wykonaniu reprezentacji Polski na mistrzostwach Europy w lekkoatletyce. Pierwszego dnia srebro zdobyła Ewa Swoboda, drugiego taki sam medal dołożyła Pia Skrzyszowska, a trzeciego swój krążek wywalczył Jakub Szymański. Brązowy, ale dla naszego płotkarza to przełom – w swojej karierze nie stał jeszcze na podium w imprezie mistrzowskiej na stadionie.

Reklama

Jakub Szymański z brązowym medalem mistrzostw Europy!

W marcu Jakub Szymański został halowym mistrzem świata w biegu na 60 metrów przez płotki. To było potwierdzenie jego wielkiego talentu, ale też wszyscy wiedzieli, że Kubie łatwiej na tym krótkim dystansie, bo ma świetny start i szybkość, a jeśli coś szwankuje, to technika na dystansie. Na 110 metrów przez płotki też już swoje mniejsze czy większe osiągnięcia jednak wykręcił. Jest choćby – wraz z Damianem Czykierem – współrekordzistą Polski, z czasem 13,25 s. Wiadomo więc było, że może powalczyć o medal, zresztą Brytyjczycy pokazywali go jako jednego z trzech zawodników, na których trzeba zwrócić uwagę.

Nie bez powodu – w półfinale Kuba pobiegł 13,26 s, a na końcówce wyraźnie zwolnił (choć to akurat jego przypadłość). Wydawało się więc, że może ten wynik przebić, że może powalczyć z największymi faworytami.

Problem z biciem rekordów polega jednak w Birmingham na tym, że wiatr albo wieje tam w twarz, albo nie wieje wcale. Ciepło też nie jest. Po prostu trudno sprinterom wykręcać najlepsze rezultaty w takich właśnie warunkach. Tak więc to 13,26 s było naprawdę, ale to naprawdę dobrą wróżbą.

I faktycznie, skończyło się medalem.

Reklama

Brąz, ale historyczny. Pierwszy taki medal Kuby

Start był nieco wolny, ale to norma u Kuby. Potem – jak zawsze – imponowało przyspieszenie, ten rytm na pierwszych płotkach. Kuba przewodził przez pewien czas stawce, biegł, wydawało się, po złoto. Jednak uwidoczniła się też jego inna przypadłość – gubienie rytmu na dystansie. W tym przypadku, tak zdaje się, decydujący był płotek numer osiem. Tam lekko się zachwiał, a to na krótkich płotkach jest decydujące, nawet jeśli to zachwianie minimalne.

Wyprzedzili go więc dwaj rywale – Jason Joseph i Just Kwaou-Mathey.

Gdy jednak pokazywały się wyniki tej dwójki – odpowiednio 13,12 i 13,16 s – wydawało się, że możemy mieć rekord Polski. Czekaliśmy więc na to, by zobaczyć, z jakim czasem dobiegł do mety Kuba. I wyszło, że… identycznym jak w półfinale. 13,26 s, a więc najlepszy rezultat w sezonie (to warto docenić, bo Kuba znów pokazał, że jest gotowy na imprezę docelową), jednak o setną sekundy gorszy od rekordu kraju.

Niemniej: to świetny wynik, regularne bieganie w tych granicach pokazuje, że jest się gotowym na urwanie z tego jeszcze kilku setnych, a może i dziesiątych sekundy.

Reklama

Przede wszystkim jednak: to pierwszy medal Jakuba Szymańskiego na stadionie. Jasne, to „tylko” mistrzostwa Europy, a w płotkach przede wszystkim liczy się reszta świata, ale to i tak dobry omen. Teraz właśnie trzeba urywać, walczyć o to, by najpierw przebić rekord Polski, a potem najbardziej jak to możliwe zbliżyć się do granicy 13 sekund. Może się wydawać, że to daleko, ale u Szymańskiego decyduje druga część dystansu, zachowanie rytmu, zachowanie prędkości i techniki.

Jeśli uda się to poprawić – a Kuba to wciąż młody, 24-letni zawodnik – to mogą z tego być rezultaty wybitne. Zwłaszcza jak na polskie warunki.

Reklama

A na razie – jest medal. Trzeci dla Polski na tych mistrzostwach.

Fot. Newspix

2 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama