22 tytuły i osiem różnych osób, które je zdobywały. To historyczny dorobek Czechów w singlowych turniejach wielkoszlemowych. Okazały, a powiększy się na Wimbledonie – będzie bowiem 23. tytuł, będzie też nowa mistrzyni: albo Linda Noskova, albo Karolina Muchova. Czesi niezmiennie wypuszczają znakomite tenisistki i znakomitych tenisistów. Jak wypadają na tle innych krajów oraz historii?
Czeski tenis i jego sukcesy. Wielkie osiągnięcia naszych sąsiadów
Zacznijmy od historii. Czesi stoją w niej bowiem naprawdę dobrze. I od razu zaznaczmy, że w dorobek Czechów wliczamy też singlowe sukcesy zawodników i zawodniczek, którzy grali w barwach Czechosłowacji. Również dlatego, że wszyscy mistrzowie wielkoszlemowi – a jest ich troje – sprzed rozbicia na dwa kraje to właśnie Czesi.
Tym największym był rzecz jasna Ivan Lendl, który w karierze wygrał osiem tytułów wielkoszlemowych. Nabił więc ponad jedną trzecią czeskiego dorobku, ale to nic niezwykłego – Szwajcaria opiera się na tym, co wykręcił Roger Federer (z pomocą Martiny Hingis), a Serbia bazuje w zasadzie na Novaku Djokoviciu (którego wspomogła Monica Seles i, w zasadzie symbolicznie, Ana Ivanović). Czesi tytułów mają mniej od obu tych krajów, ale mistrzów – więcej.
Bo jeszcze przed upadkiem komuny po Szlemy w barwach Czechosłowacji sięgali też w singlu Jan Kodes (on był pierwszy, wygrał trzy tytuły w latach 1970-1973) oraz Hana Mandlikova, pierwsza singlistka z tego kraju. Ta ostatnia zawsze była gotowa zaskoczyć, bo swoje Szlemy zdobywała na przestrzeni ośmiu sezonów. Zaczęła od Australian Open 1980, potem było Roland Garros 1981, a później przerwa. I dopiero w w roku 1985 triumf w US Open, a w 1987 – znowu w Australii.
Lata 90., po zmianie systemu, nieco Czechów przyhamowały. Ale nie do końca. Kluczowy okazał się tu rok 1998, gdy w Australian Open sensacyjnie wygrał Petr Korda, a potem na Wimbledonie Jana Novotna, już, niestety, zmarła. Korda żyje, ale rok po triumfie w Australii miał problemy dopingowe, a potem wyjechał do Stanów Zjednoczonych. I jego syn, Sebastian, reprezentuje w tenisie właśnie ten kraj.
Zresztą te Stany to w ogóle dla czeskiego tenisa upierdliwe – przecież gdyby nie istniały, to Martina Navratilova by tam nie wyjechała. A to wielka tenisistka była, wygrała w samym singlu 18 tytułów wielkoszlemowych, a do tego wiele w grze podwójnej i mikście. W barwach Czechosłowacji zdobyła dwa, ale tylko w parach. W singlu zaczęła wygrywać już jako Amerykanka.

Wracając jednak do naszej narracji: Czesi przyhamowali w XXI wieku. W latach zerowych nie zdobyli niczego w singlu, ale w kolejnej dekadzie dwoma tytułami na Wimbledonie przysłużyła się im Petra Kvitova. Natomiast to gra pojedyncza, bo w deblu regularnie trafiał im się ktoś znakomity i jakiś tam tytuł wyciągał. Wygrywali też na przykład Puchary Davisa czy Federacji (czyli kobiece), bo reprezentacje mieli mocne i równe.
I właśnie – ta „równość” czy też „solidność” ich zawodników oraz zawodniczek to coś, co u Czechów niesamowicie trzeba doceniać.
Świetne liczby
Nawet nie opowiadając o wielkich mistrzach, można przywołać nazwiska wielu zawodników i zawodniczek, co sporo osiągnęli. Tylko w XXI wieku u mężczyzn Tomas Berdych czy Radek Stepanek. U kobiet Karolina Pliskova (była liderką rankingu, nie wygrała Szlema) czy Lucie Safarova (znakomita deblistka, w singlu finalistka Roland Garros). A potem można się wgłębiać i wymieniać postaci z pierwszej setki rankingów – ich jeszcze trochę będzie.
Ba, jest ich sporo i teraz. Biorąc pod uwagę ranking sprzed Roland Garros, to w obu rankingach łącznie Czechów jest 14 – czterech w ATP i dziesięć w WTA.
Ta pierwsza liczba przesadnie nie imponuje. Więcej zawodników mają Hiszpanie (7), Włosi (8), Argentyńczycy (10), Francuzi (12) i Amerykanie (15). Tyle samo – Australijczycy oraz Niemcy. Nie jest więc też jednak mimo wszystko źle. Szczególnie, że żaden z Czechów w TOP 100 nie ma nawet trzydziestki na karku, a dwaj najlepsi – Jiri Lehecka (ATP 14.) i Jakub Mensik (ATP 18.) – mają odpowiednio 24 i 20 lat. To wciąż przyszłość, ale i teraźniejszość, bo obaj się w tourze potrafili znakomicie pokazać.
Czesi muszą oddać jednak wiele koleżankom po fachu, bo to one są główną siłą napędową tamtejszego tenisa. W najlepszej setce rankingu WTA jest ich bowiem… aż 10! Więcej reprezentantek mają tam tylko Amerykanki, ale ledwie o trzy. Ledwie, bo potencjał ludzki, ten ilościowy, ale i teoretycznie pod kątem kortów oraz wielkich tradycji w Stanach mają o wiele, wiele większy. A poza tym blisko Czeszek są co najwyżej bezflagowe Rosjanki (7, ale kilka zawodniczek ostatnio „uciekło” im do innych krajów, zmieniając narodowości) i Ukrainki (również 7).

Do tego, co warto podkreślić, aż 7 z 10 Czeszek notowanych było w najlepszej „50”. To znakomity, naprawdę znakomity wynik.
A już wiemy, że Wimbledon u kobiet będzie czeski. Znowu.
Reklama czeskiego tenisa
Na cztery ostatnie edycje Wimbledonu kobiet, trzy wygrały Czeszki. Czas przeszły, bo już przed finałem tegorocznej wiadomo, że znów zatriumfuje reprezentantka tego kraju – pytaniem pozostaje czy ta bardziej doświadczona, która już o wielki tytuł grała (Karolina Muchova), czy młodsza, pierwszy raz na tym poziomie (Linda Noskova).
To będzie zresztą mecz-reklama czeskiego tenisa, a przynajmniej na taki się zanosi.
Bo są obie godnymi reprezentantkami tegoż. Muchova to pełen zestaw, może najładniej grająca zawodniczka w tourze, a co za tym idzie – i w swoim kraju. A Czesi szkolić technikę to potrafią. Karolina ma wszystko. Doskonałe czucie piłki, intuicję, jest solidna i z backhandu, i z forehandu, znakomicie gra skróty, potrafi zmylić kompletnie rywalkę, a do tego dodaje solidny serwis. Generalnie: trudno wskazać jej słaby punkt… może poza organizmem, bo ten dawał się jej przez lata we znaki.
I naprawdę, ale to naprawdę zdaje się, że na ten tytuł zasługuje. Ale Linda Noskova też. Od kilku lat mówi się przecież, że to wielki talent. I to taka wersja Muchovej, w której ktoś przestawił nieco słupki – więcej dał na siłę, mniej na technikę, ale ani nie wymaksował pierwszego, ani wyzerował tej drugiej. Jest w swoim graniu Linda agresywna, lubi atakować, ale nie boi się też poszaleć z głębi kortu w obronie. Też jest „wielofunkcyjna”, bo Czesi po prostu tak szkolą, chcą, by ich zawodnicy i zawodniczki potrafili wiele.
I Linda potrafi. Podobnie jak Karolina.
Dlatego – jeśli wszystko pójdzie dobrze – zobaczymy wspaniały finał. A która wygra, ta wygra. Na pewno zwycięzcą będzie jednak czeski tenis. Znowu.
Wimbledon jest czeski
Bo lata 20. to wielkie odrodzenie.
Zaczęła Barbora Krejcikova na Roland Garros 2021, gdy sensacyjnie sięgnęła po tytuł. Ale potem okazało się, że to Wimbledon przyciąga te czeski tenisistki jak ogień ćmy. Tyle że Czeszki się tu nie palą, a ogrzewają w blasku swoich sukcesów. Bo w 2023 niespodziewanie triumfowała tam Marketa Vondrousova – wielki talent, ale zatrzymany przez kontuzje, któremu wtedy wszystko się złożyło do kupy. Dziś Marketa jest zawieszona za unikanie kontroli antydopingowych (to dość zawiła sprawa i trudno tutaj w pełni uznać rację którejś ze stron), natomiast tamtego tytułu nikt jej nie odbierze, bo nigdy jednak na dopingu nie wpadła.
Rok po niej natomiast przypomniała o sobie Krejcikova i – też niespodziewanie, też po przejściach – to ona wygrała na Wimbledonie. Przerwane te czeskie sukcesy zostały tylko na moment przez Igę Świątek, ale teraz wiadomo już, że będą kontynuowane. Trzy na cztery ostatnie Wimbledony są ich, trzy na sześć w trwającej dekadzie. No brzmi to wszystko dumnie.
Na marginesie: Linda i Karolina urodziły się w miastach, które dzieli 61 kilometrów. Bliższe geograficznie finały w historii rozgrywały ze sobą tylko Martina Navratilova i Hana Mandlikova (obie z Pragi) oraz Venus Williams i Lindsay Davenport (26 kilometrów). Venus i Serena nie, bo ta druga przyszła na świat akurat, gdy rodzina przez chwilę mieszkała nie w Kalifornii, a w Michigan.
Będzie to więc finał dwóch Czeszek, dwóch koleżanek i dwóch… względnych sąsiadek, tak to nazwijmy. Przede wszystkim będzie to jednak finał po prostu czeski, pierwszy taki w historii. Bo ten Navratilovej i Mandlikovej miał miejsce już po tym, jak Martina zmieniła narodowość, a Ivan Lendl grywał co prawda z Miloslavem Mecirem, gdy obaj reprezentowali Czechosłowację, ale dziś ten pierwszy to Czech, a drugi Słowak.
Czesi osiągnęli więc nowy rodzaj sukcesu. Choć nie, przepraszam – osiągnęły go Czeszki.
I kto wie, czy w kolejnych latach nie będzie takich więcej. Bo czai się w tym czeskim tenisie ogrom talentów, gotowych iść w ślady koleżanek. A jak uczy przeszłość – nawet te talenty, które wydają się już „zmarnowane”, nadal mogą zaskoczyć.
SEBASTIAN WARZECHA
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix