Rekord inny niż wszystkie. Długa droga Messiego na mundialowy szczyt

Aleksander Rachwał

18 czerwca 2026, 11:26 • 11 min czytania 8

Reklama
Rekord inny niż wszystkie. Długa droga Messiego na mundialowy szczyt

Leo Messi przez lata przyzwyczaił nas do tego, że rekordy bije, a potem śrubuje je tak długo, aż wydają się bezpieczne na wiele lat. Z mundialami było jednak inaczej: tu największe rzeczy przyszły dopiero pod koniec kariery. Dlatego zrównanie się Messiego z Miroslavem Klose na szczycie listy najlepszych strzelców w historii mundialu jest szczególne. Nie pokazuje bowiem – jak wiele innych rekordów Argentyńczyka – jak bardzo zdominował futbolowe statystyki. Pokazuje raczej, jak trudna była jego relacja z reprezentacją i jak długa, wyboista droga prowadziła go do tego, by także na mundialowej scenie potwierdzić swoją wielkość.

Reklama

Trzeci gol Messiego z Algierią był jego szesnastym trafieniem na mistrzostwach świata. Dziesięć z tych bramek – a więc ponad połowę – Argentyńczyk zdobył po 35. urodzinach, na dwóch ostatnich mundialach. A przecież na pierwszym zadebiutował jako 18-latek, obecny zaś jest już jego szóstym. Dysproporcja między klubowymi i reprezentacyjnymi osiągnięciami Messiego przez lata była ogromna, ale to już przeszłość. Mundiale nie są już rysą na wizerunku najlepszego piłkarza w historii futbolu, lecz jednym z najważniejszych rozdziałów jego historii.

Mundial 2006 – debiut

Debiutowi Messiego na mistrzostwach świata towarzyszyła duża presja. Ciążyła ona jednak nie tyle na piłkarzu, ile na selekcjonerze Jose Pekermanie. 18-latek z Barcelony zdążył już wtedy pokazać szerokiej publiczności swój talent i zostać okrzyknięty przyszłością argentyńskiej piłki. Na turniej przyjechał jednak po kontuzji, przez którą stracił większość drugiej części sezonu. To właśnie tym Pekerman tłumaczył decyzję, by nie dać mu ani minuty w pierwszym meczu grupowym z Wybrzeżem Kości Słoniowej.

– O tym, jak będziemy postępować, nie będzie decydować opinia publiczna ani prasa. Jeśli coś pójdzie nie tak, jedynym, który zapłaci za to cenę, będzie chłopiec. Bo Messi wciąż jest tylko chłopcem – tłumaczył szkoleniowiec.

„Tylko chłopiec” był jednak zawodnikiem, którego na swojego następcę namaścił sam Diego Maradona. Argentyńska legenda już wtedy przekonywała, że młodzieniec z Barcelony to, obok Ronaldinho, najlepszy piłkarz na świecie, i w trakcie turnieju również domagała się jego obecności w składzie. Pomijanie takiego zawodnika – który na dodatek zapewniał, że jest w pełni zdrowy – było prostą drogą do konfrontacji z kibicami i dziennikarzami.

Reklama

Pekerman dał Messiemu zadebiutować w drugim meczu grupowym, z Serbią i Czarnogórą. 18-latek pojawił się na boisku na kilkanaście ostatnich minut, przy prowadzeniu Argentyny 3:0. Cztery minuty po wejściu zaliczył asystę przy golu Hernana Crespo, a w samej końcówce sam ustalił wynik na 6:0 dla Albicelestes.

Debiut okazał się jednak ostatnim wielkim momentem Leo na turnieju w Niemczech. W meczu z Holandią zagrał od początku, ale był to bezbramkowy remis w starciu dwóch drużyn pewnych awansu, skupionych już na kolejnej fazie turnieju. Messi zagrał dobrze, ale brak konkretów w pewnym stopniu dał selekcjonerowi alibi, by w meczu 1/8 finału znów posadzić go na ławce. W starciu z Meksykiem zameldował się na boisku w końcówce regulaminowego czasu gry przy stanie 1:1 i strzelił gola, którym mógł zamknąć rywalizację jeszcze przed dogrywką. Jego trafienie na pustą bramkę nie zostało jednak uznane – jak się wydaje, niesłusznie – ze względu na spalonego asystującego mu Pablo Aimara. Bohaterem został w dodatkowym czasie gry Maxi Rodriguez, autor przepięknej bramki wolejem z dystansu.

Reklama

Choć wejście Messiego z Meksykiem znów dało drużynie pozytywny impuls, Pekerman nie wpuścił go ani na minutę w ćwierćfinałowym meczu z Niemcami, przegranym po rzutach karnych.

– To opcja, którą mieliśmy w głowie przez cały czas, ale moment nie był odpowiedni – tłumaczył się po meczu selekcjoner. Trudno jednak powiedzieć, by kogokolwiek tym wyjaśnieniem przekonał.

Mundial 2010 – wielkie oczekiwania

Cztery lata między mundialami w Niemczech i RPA można z perspektywy futbolu określić jako wieczność. W tym czasie choćby Hiszpanie z drużyny zawodzącej na wielkich turniejach przeobrazili się w zespół, który zaczął dominować rozgrywki międzynarodowe. Status Messiego zmienił się zaś z „wielkiego talentu” na „najlepszego piłkarza na świecie”.

Ten wciąż bardzo młody zawodnik, który w 2006 roku z pełną pokorą czekał na szansę wejścia z ławki, tym razem zapowiadał: „Chciałbym wygrać turniej i zostać królem strzelców”.

Reklama

W Argentynie do takich deklaracji podchodzono jednak z pewną rezerwą. Messi czarował w Barcelonie, ale wielu kibiców wypominało mu, że nie potrafi przełożyć tej formy na reprezentację. Porównania z Diego Maradoną, który potrafił doprowadzić do sukcesów nie tylko klub, ale i kadrę, nakładały na gwiazdę Barcy coraz większą presję. Od lat związany bardziej z hiszpańską niż argentyńską piłką „cichy Leo” nie był z pewnością kochany tak jak „boski Diego”.

Pod presją był jednak również Maradona – wówczas selekcjoner Albicelestes. To na jego barkach spoczywało zadanie takiego poukładania kadry, by Messi wreszcie pokazał w niej pełnię możliwości. Tymczasem w dotychczasowych meczach pod wodzą Diego piłkarz Barcelony spisywał się przeciętnie. Dla obu legend turniej w Południowej Afryce okazał się więc dużym rozczarowaniem.

Messi miewał przebłyski geniuszu i próbował ciągnąć zespół, ale brakowało mu konkretów. Niejednokrotnie po jego akcjach albo strzałach bramki zdobywali koledzy, jednak sam bezpośredni udział gwiazdora Barcelony przy golach był niewielki. Argentyńczyk miał walczyć o koronę króla strzelców, a wrócił z turnieju bez choćby jednego trafienia.

Reklama

Była to też całkowita porażka koncepcji Maradony jako selekcjonera. Szalona ekspresja przy linii bocznej, motywacja i dobre rady bazujące na własnych piłkarskich doświadczeniach okazały się niewystarczające przy wątpliwym warsztacie czysto trenerskim. Argentyna Maradony była w dużej mierze uzależniona od Messiego. Gdy zabrakło jego bramek, nie było planu B.

Do pewnego czasu Albicelestes radzili sobie mimo ewidentnych mankamentów, jednak pierwsze naprawdę poważne wyzwanie – ćwierćfinałowy mecz z Niemcami, przegrany 0:4 – okazało się brutalną weryfikacją. Cena, którą liderzy płacą za swoją wielkość jest taka, że po porażce – nawet, gdy nie są jedynymi winnymi – to ich w dużej mierze obwinia się o niepowodzenie. I występ Messiego w RPA z pewnością dodał w tym kontekście paliwa jego krytykom.

– Cała odpowiedzialność spoczywała na Messim, a Messi nie jest Maradoną – pisał po spotkaniu z Niemcami argentyński portal Clarin.

Reklama

Mundial 2014 – o krok od chwały

Tym razem miał to być już mundial Messiego. Zespół prowadzony przez Alejandro Sabellę wyglądał na dużo lepiej przygotowany niż ten Maradony, sam Messi zaś nie był już tylko najlepszym piłkarzem drużyny, ale kapitanem i faktycznym liderem zespołu.

Do fazy pucharowej zawodnik Barcelony właściwie wniósł Albicelestes na swoich plecach. Na początek przełamał mundialową niemoc strzelecką w pierwszym starciu z Bośnią.

Reklama

Kolejnym pięknym golem uratował Argentynie zwycięstwo w doliczonym czasie gry.

Dwoma bramkami przeciwko Nigerii potwierdził zaś, że zamierza włączyć się do walki o koronę króla strzelców. Przy tym drugim trafieniu ostatecznie udowodnił, że stać go na to, by w biało-niebieskiej koszulce robić to samo, co w niebiesko-bordowej: posłał piłkę do siatki bezpośrednio z rzutu wolnego.

Reklama

Wątpliwość była właściwie jedna: czy sam Messi wystarczy, by dotrzeć do finału. Argentyna znów w dużej mierze zależała od tego, co wyczaruje jej największa gwiazda. Tak przynajmniej było do 1/8 finału, gdy to jego podanie do Di Marii, zamienione przez ówczesnego gracza Realu Madryt na gola, dało Argentyńczykom awans.

Wygrana w ćwierćfinale przeciwko Belgii nie była już jednak efektem wysiłków tylko Messiego, lecz całej drużyny. Leo brał udział w akcji bramkowej, ale indywidualnie nie był to w jego wykonaniu występ idealny – choćby w końcówce meczu zmarnował sytuację sam na sam.

Reklama

Jeszcze wyraźniej malejący wpływ 27-latka było widać w dwóch najważniejszych spotkaniach turnieju. W półfinale Holendrzy, poza kilkoma zrywami, przez większość meczu dobrze radzili sobie z wyłączaniem kapitana Albicelestes z gry.

Meczem Messiego z pewnością nie był też finał. Choć jego wpływ na dotarcie do tej fazy był nie do przecenienia, w ostatnim spotkaniu genialnemu Argentyńczykowi zabrakło tego jednego błysku, dzięki któremu mógłby rozstrzygnąć rywalizację z Niemcami na korzyść swojej drużyny. A miał ku temu okazję. Gdyby w drugiej części meczu jego strzał z lewej strony pola karnego nie minął o centymetry bramki Neuera, dyskusja o tym, czy Messi dogonił Maradonę, prawdopodobnie trwałaby osiem lat krócej. Nagroda dla najlepszego gracza turnieju była w tej sytuacji marnym pocieszeniem.

Reklama

Co mam powiedzieć? Szkoda. Moja sytuacja i kilka innych, których nie wykorzystaliśmy to wielka szkoda. Będziemy ich żałować do końca życia – mówił Messi już kilka miesięcy po turnieju.

Mundial 2018 – granice wytrzymałości

Porażka z Niemcami była dla Messiego tylko początkiem koszmarnej serii traum. W 2015 roku Argentyna przegrała po rzutach karnych z Chile w finale Copa America, a rok później, na tym samym etapie i z tym samym rywalem, poległa w specjalnej edycji turnieju zorganizowanej na jego stulecie. W drugim z tych finałów Messi nie wykorzystał rzutu karnego, po czym ogłosił, że kończy z grą w reprezentacji.

– W szatni pomyślałem, że to dla mnie koniec w drużynie narodowej. To nie dla mnie. Robiłem co mogłem, by wygrać trofeum z Argentyną. Nie udało się, nie byłem w stanie tego zrobić. Myślę, że tak będzie najlepiej dla wszystkich – dla mnie i dla wielu osób, które tego chcą. Podjąłem decyzję. Próbowałem wiele razy, ale się nie udało – mówił załamany kolejnym niepowodzeniem Argentyńczyk.

Ostatecznie zmienił jednak zdanie. W sierpniu ogłosił powrót, a we wrześniu ponownie przywdział koszulkę Argentyny, by powalczyć z nią o wyjazd na mundial w Rosji. W eliminacjach był kluczowy – gdyby nie jego hat-trick w ostatnim meczu z Ekwadorem, Albicelestes nie wywalczyliby kwalifikacji na turniej.

Reklama

Sam mundial był w pewnym sensie powtórzeniem schematu z poprzednich lat: Argentyna miała niezłą kadrę, ale jako drużyna nie była mocna. Skoro jednak miała Messiego, nierozsądnie byłoby z góry zakładać, że niczego nie osiągnie. Cudów ostatecznie nie było. Drużyna Jorge Sampaoliego zaczęła od remisu z Islandią, w którym piłkarz Barcelony zmarnował rzut karny. Potem wysoko przegrała z Chorwacją, a awans wywalczyła rzutem na taśmę w meczu z Nigerią, po golu na 2:1 w samej końcówce spotkania. Messi zdobył wtedy swoją jedyną bramkę w turnieju – na 1:0, całkiem niebrzydką zresztą, po świetnym podaniu Evera Banegi.

Więcej czasu, by się rozkręcić, Argentyńczycy już jednak nie dostali. Po wyjściu z grupy czekała na nich Francja, będąca wtedy w wybornej formie i zmierzająca po pierwszy tytuł mistrza świata od dwudziestu lat. W starciu z gwiazdą nowego pokolenia Messi musiał uznać wyższość Kyliana Mbappe – sam zanotował dwie asysty, ale Francuz zdobył dwie bramki i wywalczył rzut karny. Choć ten indywidualny pojedynek i tak na moment przyćmił Benjamin Pavard, autor jednego z najpiękniejszych goli całego turnieju.

Reklama

Argentyna kończyła mistrzostwa rozbita, w atmosferze totalnego chaosu. Leo znów wracał z mundialu pokonany – po turnieju, na którym miał tylko pojedyncze momenty i niewielkie wsparcie drużyny. I wciąż nie miał ani jednego gola w fazie pucharowej mistrzostw świata.

Mundial 2022 – spełnione marzenie

I tak dochodzimy do historii najnowszej. Jeśli czegoś nas ona uczy, to głównie dwóch rzeczy. Pierwsza: to prawda, że najlepsze może nas spotkać dopiero po trzydziestce. Druga: piłka nożna to taki sport, w którym nawet największy wirtuoz nie jest w stanie sam wygrać trofeum. Argentyna w 2022 roku wreszcie miała drużynę.

Sam Messi w końcu przystępował do mundialu już bez presji walki o pierwsze trofeum z reprezentacją. W 2021 roku poprowadził Albicelestes do triumfu w Copa America, gdzie został królem strzelców (ex aequo z Luisiem Diazem) i MVP turnieju (ex aequo z Neymarem). Prowadzona przez Lionela Scaloniego Argentyna była mocna: przed mundialem miała serię 35 meczów bez porażki. Wreszcie nadzieje na tytuł nie musiały opierać się wyłącznie na tym, że Messi stworzy coś z niczego. Tym razem można było traktować Argentyńczyków jako pełnoprawnych kandydatów do mistrzostwa.

Scaloni posprzątał stajnię Augiasza, jaką była po mundialu w Rosji szatnia Albicelestes. Wydaje się, że zrozumiał też, gdzie leży klucz do wykorzystania potencjału jej największej postaci.

Reklama

– Mówię Messiemu, że musi cieszyć się tymi mistrzostwami świata, dobrze się bawić na boisku i na pewno zagra tak, jak wiemy, że potrafi. Nie mówimy mu nic innego – tylko żeby się cieszył – mówił szkoleniowiec przed mundialem w Katarze.

Jest w tym osobliwe zrządzenie losu, że Messi przez lata błyszczał w Barcelonie, bił w niej rekordy i kolekcjonował trofea, ale największe sukcesy z kadrą osiągnął dopiero, gdy zdecydował się ją opuścić. Formalnie po swój pierwszy tytuł sięgnął jeszcze jako gracz Barcy, jednak tego samego lata, w którym triumfował z Argentyną w Copa America, przeniósł się do PSG.

Leo Messi po dwudziestu latach pobytu w Barcelonie, 778 występach, 672 golach i 303 asystach dla tego klubu, zdobywający swoje pierwsze mistrzostwo świata jako gracz PSG. Futbolowi bogowie nie znają granic ironii.

To, co wydarzyło się w Katarze właściwie komentuje się samo. Gol w każdym meczu turnieju poza – naprawdę, futbolowi bogowie, przesadzacie – starciem z Polską, do tego trzy asysty, dublet w finale i wreszcie upragniony tytuł.

Reklama

Lionel Messi stał się największy. Tak niewątpliwie, bez żadnych zastrzeżeń, bez cienia wątpliwości. I w końcu bez niekończących się porównań do Diego Maradony.

Mundial 2026 – epilog

Zakończenie przez Messiego reprezentacyjnej kariery po mistrzostwach w Katarze byłoby pewnie idealnym momentem na zejście ze sceny. Pierwszy mecz mundialu 2026 pokazał jednak, że byłaby to dla świata futbolu niepowetowana strata. Po Argentyńczyku nie widać upływu lat – nie jeśli chodzi o jego umiejętności, technikę, zdolność rozstrzygania meczów.

Reklama

Hat-trick z Algierią to sygnał, że Leo wciąż się cieszy. A szczęśliwy Leo Messi otoczony jakościowym zespołem to wszystko, czego trzeba, by Argentyna znów mogła myśleć o tytule.

Fot. Newspix

8 komentarzy
Aleksander Rachwał

Zainteresowany futbolem od kiedy jako 10-latek wziął wolne w szkole żeby zobaczyć pierwszy w życiu mecz reprezentacji Polski na mistrzostwach świata. Na szczęście później zobaczył też Ronaldo wygrywającego mundial, bo mógłby nie zapałać uczuciem do piłki. Niegdyś kibic ligi hiszpańskiej i angielskiej, dziś miłośnik Ekstraklasy i to takiej z gatunku Stal Mielec – Piast Gliwice w poniedziałkowy wieczór.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Mundial 2026

Reklama