Afryka słucha proroków. „Nastał czas nowoczesnych szamanów” [WYWIAD]

Michał Kołkowski

25 czerwca 2026, 09:35 • 21 min czytania 5

Reklama
Afryka słucha proroków. „Nastał czas nowoczesnych szamanów” [WYWIAD]

Prorokują, mówią językami, szczycą się posiadaniem uzdrawiających mocy. Wyznawców potrafią wprowadzić w trans i omotać. No i oczywiście zarabiają na tym wszystkim niezłe pieniądze, a obietnica podzielenia się łaską bogactwa jest tym, co najmocniej przyciąga do nich nowych wiernych. Nowocześni szamani – jak nazywa ich w rozmowie z Weszło dr Jędrzej Czerep – z kościołów pentekostalnych coraz skuteczniej oczarowują Afrykę, a mundial jest dla nich kolejnym pretekstem, by popisać się zdolnościami profetycznymi.

Reklama

– Afrykanie są pijani religią. […] Najczęściej proroctwa tych religijnych guru są bardzo ogólnikowe, takie trochę jak przepowiednie Nostradamusa. Można je potem interpretować, wyginać i dopasowywać do rzeczywistości na wiele różnych sposobów, zgodnie z potrzebą chwili – tłumaczy nam ekspert.

Jędrzej Czerep jest politologiem i analitykiem ds. Afryki Subsaharyjskiej w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Wykłada w Collegium Civitas i regularnie odwiedza Czarny Ląd – prowadził badania naukowe między innymi na terenie Nigerii, Tanzanii czy Sudanu.

***

Jak powszechne są obecnie w Afryce napięcia czy niepokoje o podłożu religijnym?

Reklama

Na pewno Afryka jest areną silnej rywalizacji, bo to jest kontynent, który jest nadal traktowany jako obszar do zagospodarowania przez wiele wyznań, wiele kościołów czy organizacji religijnych. Zarówno chrześcijańskich, jak i muzułmańskich. Na to się nakładają tradycyjne wierzenia, które trochę się przenikają z jednym i drugim. Napięcia i konflikty pojawiają się na styku tych wpływów, zresztą mają wielowymiarowy charakter. Czasami tak naprawdę nie wynikają z podziałów religijnych, tylko są w ten sposób interpretowane. Na przykład w związku ze zmianami klimatycznymi czy wzrostem populacji na danym obszarze, społeczności wędrowne, pasterskie, przemieszczają się ze swoimi stadami i stykają się ze społecznościami osiadłymi, rolniczymi. I na tym polu dochodzi coraz częściej do ostrych konfliktów. One bywają odbierane jako spory religijne, bo pasterze stanowią na ogół społeczności muzułmańskie, ale ja byłbym ostrożny z takimi uproszczeniami.

Taki błąd popełnił choćby Donald Trump, który oskarżył Nigerię o prześladowanie chrześcijan. Było to zdecydowanie za mocnym uproszczeniem i nadinterpretacją wielu różnych napięć, które lokalnie występują na terenie tego kraju. Ale – żeby też nie było wątpliwości – Afryka z pewnością jest miejscem, w którym ruchy ekstremistyczne, dżihadystyczne odnalazły wygodną dla siebie przystań. Po likwidacji tak zwanego kalifatu w Syrii i Iraku, to właśnie Afryka stała się globalnym epicentrum ekstremizmu muzułmańskiego spod znaku czarnej flagi dżihadu. Mamy tutaj takie miejsca jak pogranicze Mali, Burkina Faso i Nigru. Mamy wspomnianą Nigerię, ale też Mozambik czy Somalię, które są w tym momencie jednymi z najbardziej znaczących ośrodków światowego dżihadyzmu.

Radykałowie islamscy z innych części świata też się tam odnajdują?

Tak, Afryka przyciąga islamskich ekstremistów z innych stron globu. I to oczywiście rodzi konflikty tych ugrupowań z lokalnymi społecznościami. Ci fundamentaliści uznają wszystkich, którzy nie podążają za ich interpretacjami Koranu, za niewiernych. Dotyczyć to może również muzułmanów.

Reklama

Jędrzej Czerep: Ruchy dżihadystyczne odnalazły przystań w Afryce

Nigeria rzeczywiście stała się krajem kojarzonym z prześladowaniami chrześcijan.

Nigeria jest mniej więcej pół na pół krajem muzułmańsko-chrześcijańskim. Choć obecnie muzułmanów jest już troszkę więcej. Północna część państwa to strefa muzułmańska, południowa – bardziej chrześcijańska, tak to można w uproszczeniu przedstawić. I rzeczywiście dochodzi w Nigerii do napięć, ale znów: one są wielopoziomowe i wielowątkowe. Nie zawsze po linii podziałów religijnych. Mamy w Nigerii grupy ekstremistyczne, które w jednym miejscu atakują kościoły, a w innym napadają na meczety. Tu nie chodzi o religię, tylko o atak na centralne, symboliczne ośrodki autorytetu. Porwania dla okupu zdarzają się na terenie całej Nigerii. Spory o ziemię między pasterzami i rolnikami – podobnie. Większość ofiar ekstremistów muzułmańskich to są… inni muzułmanie. Dlatego z całą pewnością nie można twierdzić, że Nigeria jest krajem, który przymyka oko, a już tym bardziej: sprzyja prześladowaniu chrześcijan.

To jest – mówiąc wprost – zupełna bajka. Bajka, którą mocno spopularyzowali niektórzy amerykańscy politycy. Niestety, ale im niekiedy przychodzi łatwo opowiadanie pewnych historii, które sami uznają za prawdy objawione. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj senator Ted Cruz, będący jednocześnie wielkim przyjacielem Izraela. Tego człowieka umiejętnie podeszli nigeryjscy separatyści, nawołujący do odbudowy państewka Biafra, które próbowało się wybić na niepodległość w latach 60. XX wieku. Cruz przyjął ich wersję za dobrą monetę, naopowiadał o tym Trumpowi, a ten puścił to dalej w obieg. Tymczasem prawda jest taka, że sami ci biafrańscy separatyści są ekstremistami nacjonalistycznymi. Dlatego zawsze powtarzam, że te sprawy są złożone.

Obecny prezydent Nigerii jest muzułmaninem z południa, czyli z tego terenu – co do zasady – bardziej chrześcijańskiego. Jednocześnie jego żona jest pastorką jednego z ważnych kościołów zielonoświątkowych. Więc kto tak naprawdę rządzi Nigerią, kogo reprezentuje? Nie można tego prezydenta w prosty sposób przyporządkować do jednej społeczności religijnej albo zrobić z niego reprezentanta interesów konkretnej grupy wyznaniowej.

Reklama

Święto Przerwania Postu

Święto Przerwania Postu (Id al-Fitr) w Lagos

Uogólnienia mogą zwodzić na manowce?

Oczywiście, że tak – ten religijny gąszcz jest zbyt skomplikowany. A już zwłaszcza trudno go rozwikłać, gdy w grę zaczynają wchodzić emocje i globalna polityka. Wtedy dyskusja tak naprawdę traci większy sens. Bo trzeba pamiętać, że generalnie religia w Afryce jest wszechobecna. To jest najbardziej religijny kontynent na Ziemi. Ja sam, rozmawiając z wieloma przywódcami religijnymi Afryki, bo trochę się tym zajmuję badawczo, słyszałem od nich takie opinie, że to jest ważny problem kontynentu. Że Afrykanie są pijani religią, dlatego emocje bardzo często biorą tutaj górę i przeszkadzają.

Reklama

To mówią sami przywódcy?

Tak, ci bardziej racjonalni czy myślący na chłodno. Dyskusja o podziałach religijnych jest jednak tym bardziej trudna w Afryce, ponieważ te religie się ze sobą przenikają. Tradycyjne wierzenia, ta tradycyjna afrykańska religijność miała to do siebie, że miała być przede wszystkim użyteczna. To nie były jakieś skomplikowane systemy rozumienia wszechświata, rozpatrywania miejsca człowieka w relacji z bóstwami. Religia w wydaniu afrykańskim dotyczyła przede wszystkim kontaktu ze światem duchów, który miał czemuś konkretnemu służyć. Zapewniać zdrowie, sprowadzić deszcz, zagwarantować dobre plony, odpędzać złe wróżby. Albo odwrotnie: rzucać zaklęcia na kogoś innego, by uzyskać jego miłość lub – wręcz przeciwnie – sprowadzić na niego śmierć. Tutaj swoją rolę do odegrania mieli tradycyjni szamani, będący łącznikami z tym światem duchów. No i to podejście przeniknęło i do chrześcijaństwa, i do islamu, jakie znamy dziś w Afryce.

Jędrzej Czerep: Chrześcijaństwo zasysa tradycyjną religijność Afryki

Tradycyjne wierzenia Afryki kształtują tamtejsze chrześcijaństwo i islam?

I to bardzo mocno. Islam w Afryce – na południe od Sahary, przede wszystkim w strefie Sahelu – to jest islam suficki, bardziej mistyczny. Oparty na bractwach, czyli takich specjalnych stowarzyszeniach, które mają swoje tajemne modlitwy, taki ekskluzywny system rytuałów. Wyznawcy tworzą swego rodzaju społeczność wzajemnego wsparcia, wspierania się w drodze do doskonałości. Wspólnie pracują nad dążeniem do jakichś moralnych atutów. No i te bractwa łączą w sobie tradycję islamską, jaka przybyła do Afryki z Bliskiego Wschodu, z pozostałościami po lokalnych wierzeniach. Mogę się tutaj powołać na własne doświadczenia z Mauretanii.

Reklama

To jest formalnie islamska republika, w której mieszka właściwie 100% muzułmanów. Muzułmańskie nauczanie stanowi tam podstawę systemu prawnego. Ale jak się porozmawia ze zwykłymi ludźmi, zwłaszcza wywodzącymi się ze społeczności afrykańskich, a nie arabskich, to – owszem – oni deklarują, że są muzułmanami. Tylko że jednocześnie wierzą w duchy przodków, a na wsiach dalej funkcjonują szamani, którzy przepowiadają przyszłość i uchodzą za łączników ze światem paranormalnym. Niewiele ma to z islamem wspólnego, prawda? Z punktu widzenia islamskich ortodoksów z Bliskiego Wschodu, te różne sposoby praktykowania w Afryce mogłyby zostać uznane po prostu za herezję. Inny przykład: w całej Afryce Zachodniej powszechny jest kult świętych, to znaczy – takich kaznodziejów muzułmańskich. Nazywa się ich marabutami. W Senegalu można zobaczyć całe ściany oblepione ich wizerunkami. Z punktu widzenia islamskiej ortodoksji, jest to nie do przyjęcia.

Marabut. Tajemnicza postać z pogranicza magii, religii i polityki

A jak ewoluuje afrykańskie chrześcijaństwo?

Chrześcijaństwo z taką samą siłą zasysa tę tradycyjną religijność Afryki. Obecnie na kontynencie najbardziej ekspansywną i rozwojową formą chrześcijaństwa są tak zwane kościoły pentekostalne – czy: zielonoświątkowe, mówiąc po polsku – które w gruncie rzeczy wyciągnęły z powrotem na powierzchnię przytłumione nieco tradycje prorokowania, przepowiadania przyszłości. Biali misjonarze katoliccy i protestanccy w okresie kolonialnego podboju Afryki mocno tego rodzaju praktyki zwalczali, ale one przetrwały i teraz – paradoksalnie – przeżywają swój ponowny rozkwit w formie pentekostalizmu, który, co też ciekawe, trafił do Afryki ze Stanów Zjednoczonych.

Reklama

Do kościołów pentekostalnych chodzi się, żeby doświadczyć transu, usłyszeć proroctwa, zobaczyć uzdrowienia albo odczynianie cudów. Ta formuła jest jednak ściśle powiązana z obietnicą bogactwa materialnego, oczywiście już tutaj, w życiu doczesnym. I można powiedzieć, że właśnie ta obietnica rozbiła bank. To był ten klucz dopasowania religijnej oferty dla afrykańskiego odbiorcy. On w coś takiego chętnie wchodzi i się z tym identyfikuje. Dlatego takie kościoły są obecnie najszybciej rosnącymi na kontynencie i zdobywają wielki posłuch wśród wyznawców. W tej chwili zdają się wygrywać konkurencję z dużymi, tradycyjnymi wyznaniami chrześcijańskimi, wywodzącymi się z Europy.

papież Leon XIV w Kamerunie

powitanie papieża Leona XIV w Kamerunie

Z tego, co wyczytałem, to ci zielonoświątkowi pastorzy z rozmysłem epatują własnym bogactwem.

Reklama

A tak, oczywiście. Taki pastor ubiera się najczęściej jak dandys – w najlepsze garnitury, a nawet jeszcze bardziej wymyślne stroje. Obwiesza się złotą biżuterią, złotymi łańcuchami, nosi oczywiście na nadgarstkach złote zegarki. Samo bogactwo pastora ma być namacalnym dowodem na jego nadprzyrodzone możliwości. Że jest to rzeczywiście człowiek obdarzony specjalnym darem bożym, jakimś rodzajem łaski. I spotkała go nagroda ze strony niebios. No a teraz podobną łaskę obiecuje innym – to bogactwo ma też spłynąć na wiernych. Jeśli tylko, jak to się mówi, odpowiednio zasieją ziarno.

Mamy tu anegdotyczny łącznik ze światem sportu, bo tak naprawdę w tym momencie w Afryce są trzy szybkie ścieżki do zrobienia wielkiej kariery i wydobycia się z nędzy. Przebicia przez ten szklany sufit, którego zdecydowana większość mieszkańców kontynentu nigdy nie przebije. Jedna opcja to zostać muzykiem. Druga – piłkarzem czy też w ogóle sportowcem. Tylko że międzynarodowa kariera w branży muzycznej albo sportowej wymaga jednak określonego talentu, z którym rodzi się relatywnie niewiele osób. I tutaj pojawia nam się ta trzecia możliwość, czyli – zostać mistykiem, prorokiem. Założyć własny kościół. Ta ścieżka jest dostępna w zasadzie dla każdego, wystarczy mieć pewien rodzaj siły przebicia, dobre gadane, no i można zacząć gromadzić wokół siebie jakąś społeczność.

To oczywiście skutkuje znaczącym wzrostem pozycji materialnej i społecznej takiego samozwańczego proroka. Naprawdę wiele osób decyduje się na taką formę kariery. Z tego względu – nazwijmy to – jakość tych kościołów zielonoświątkowych drastycznie się obniża, bo do głosu dochodzą coraz bardziej szemrani kombinatorzy i oszuści.

Uczestniczył pan w tego rodzaju – nazwijmy to – nabożeństwach?

Reklama

Wielokrotnie! Sam byłem ciekawy, czy to się też mnie udzieli, kiedy ludzie dookoła zaczną wpadać w trans. Być może jestem na to jednak odporny, ponieważ zupełnie nie zareagowałem. Natomiast ciekawa jest kwestia tej magicznej czy nadprzyrodzonej rzeczywistości, która dla Afrykanów stanowi oczywistość. Wielu badaczy, na przykład antropologów, zadaje sobie to pytanie: czy to działa tylko na Afrykanów, którzy wychowują się w wierze w podobne zjawiska, czy na każdego obiektywnie? Spotkałem się na przykład z tym, że znajoma mojej żony, mieszkająca w Nigerii, wpadła w sidła takiej grupy czarowników, którzy namówili ją podstępem do tego, żeby im oddała swój jeden włos. No i po tym fakcie została przez nich omotana w jakiś dziwny sposób psychiczny czy duchowy. Oddawała im wszystkie swoje pieniądze przez kilka lat. Otrząsnęła się już w zasadzie w sytuacji bankructwa. Dotarło do niej, że robi coś właściwie wbrew swojej woli czy wbrew swojemu rozumowi.

Afrykańskie media są pełne informacji o różnego rodzaju cudach, proroctwach i magicznych zdarzeniach. Tam to nikogo nie dziwi. To jest coś codziennego, z czym każdy zdążył się oswoić. Nigeryjski pisarz i naukowiec Ebenezer Obadare napisał niedawno w jednej ze swoich książek, że w Afryce intelektualiści tak naprawdę zostali już strąceni z pozycji autorytetów publicznych. Ich miejsce zajęli właśnie samozwańczy prorocy. To na ich temat piszą media. To ich się cytuje, to oni zabierają głos w różnych istotnych społecznie tematach. A czas pisarzy czy akademików przeminął. Nastał czas nowoczesnych szamanów.

Jędrzej Czerep: W Afryce nastał czas nowoczesnych szamanów

Rozumiem, że ci prorocy dzięki pewnym technikom manipulacji uodparniają się na to, że ich przepowiednie bywają chybione?

Cóż, tak wygląda właściwie cała historia prorokowania. Technika wtórnej interpretacji takich przepowiedni i dopasowywania ich do faktów działa od zawsze, zresztą nie tylko w Afryce. Teksty proroctw często korygowano post factum, ich kolejne wersje się od siebie różniły. Teraz oczywiście podstawowa różnica polega na tym, że mamy Internet, w którym teoretycznie nic nie ginie. Cokolwiek zostanie powiedziane, można do tego wrócić i czarno na białym pokazać: tu i tu coś się nie zgadza. Więc takich proroctw ewidentnie nietrafionych jest cała masa, one są wdzięcznym przedmiotem żartów czy dyskusji w mediach społecznościowych.

Reklama

Bywa, że stają się dla proroków problematyczne. Niektórzy z takich religijnych przywódców wyspecjalizowali się na przykład w wieszczeniu różnego rodzaju katastrof. Trzęsień ziemi, powodzi, wojen. Jeżeli to prowadzi do siania paniki, władzom państwowym zdarza się reagować. Tak było na przykład kilka lat temu w Namibii. Głośny był również przypadek nigeryjskiego proroka, założyciela i przywódcy najpopularniejszego dekadę temu megakościoła w tym kraju. Nazywał się TB Joshua. Ten pastor ogłosił, że Hillary Clinton wygra wybory z Donaldem Trumpem. Tak się, jak wiemy, nie stało, więc Joshua próbował swoje nietrafione proroctwo wykasować z mediów społecznościowych, co rzecz jasna zostało wyśmiane. Więc nie od każdej nietrafionej przepowiedni da się później uciec. Ale prawda jest taka, że większość takich pomyłek, nawet bardzo spektakularnych, nie powoduje odpływu wiernych czy wyznawców. Zawsze znajdzie się sposób, żeby to zracjonalizować.

Najczęściej zresztą proroctwa tych religijnych guru są bardzo ogólnikowe, takie trochę jak przepowiednie Nostradamusa. Można je potem interpretować, wyginać i dopasowywać do rzeczywistości na wiele różnych sposobów, zgodnie z potrzebą chwili. Jak się akurat trafi, to oczywiście jest z wielką pompą ogłaszane, że oto sprawdziła się przepowiednia. A jak nie? To zawsze można powiedzieć, że to jeszcze nie o to chodziło, że to jeszcze nie jest ten czas.

Krzysztof Jackowski zrobiłby w Afryce jeszcze większą furorę niż w Polsce. A jak to jest z wydarzeniami sportowymi, ci prorocy biorą je na tapet?

Jak najbardziej. Mecze reprezentacji, różnego rodzaju rozgrywki piłkarskie, uruchamiają cały festiwal proroctw. Różni nowocześni szamani przepowiadają wyniki, awanse, liczbę bramek. Jest na przykład taki słynny kaznodzieja z Zimbabwe, który nazywa się Uebert Angel. To zdecydowanie jeden z najgłośniejszych współczesnych proroków. On bardzo często omawia konkretne wyniki spotkań piłkarskich i później się przechwala, jeśli celnie trafił. To ma być jeden z dowodów na jego profetyczne zdolności. W przypadku mundialu już na kilka tygodni przed startem turnieju doszło do wysypu podobnych przewidywań.

Reklama

bractwo Mouridiyyah

członkowie Bractwa Mouridiyyah

Nazywa pan tych samozwańczych proroków „nowoczesnymi szamanami”. Czy to oznacza, że oni w jakiś sposób rywalizują o wyznawcę – albo: o klienta – z szamanami bardziej tradycyjnymi?

Tak, oni generalnie zwalczają tradycyjne wierzenia Afryki. Wręcz nakazują swoim wyznawcom, by odcinali się od tych korzeni. Niszczyli pewne przedmioty kultu, wyrzekali się pogańskich praktyk. Jednocześnie oczywiście sami zajmują pozycje wcześniej okupowane przez szamanów i absorbują szamańskie tradycje, choć nadają im chrześcijańską otoczkę. Była taka głośna sprawa na przykład w Beninie, skąd wywodzi się voodoo, które dziś kojarzymy z Haiti. Tam Vodun – ta źródłowa, lokalna wersja tego zespołu wierzeń – w latach 90. została podniesiona do rangi religii państwowej przez jednego z prezydentów. Potem do władzy doszedł inny polityk, który z kolei otaczał się tymi pastorami. Tymi nowoczesnymi, zielonoświątkowymi prorokami. I on od razu wystąpił przeciwko tym, jak to określał, pogańskim praktykom.

Reklama

A jak na działalność tych wszystkich charyzmatycznych kapłanów reagują islamscy radykałowie?

Są tutaj napięcia. Jak już wspomniałem, te zielonoświątkowe kościoły bardzo szybko wzrastają. Podbierają wiernych nie tylko z innych odłamów chrześcijaństwa, potrafią też uwodzić muzułmanów. Na przykład na terenie Etiopii przyspieszający pentekostalizm niepokoi zarówno hierarchów Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego, jak i mahometan. Pojawia się po prostu zagrożenie skurczenia się bazy wyznawców. A z drugiej strony: mamy też odpowiedź w postaci adaptacji. Przyjęcia tych samych wzorców, jakie przynoszą sukces i popularność kościołom proroczym. Skoro jest to pewna formuła, która ewidentnie wygrywa, która jest świetnie przyjmowana, no to wniosek nasuwa się sam. Mamy przykłady w Nigerii, gdzie nawet grupy muzułmańskie zaczynają kopiować pewne rozwiązania od zielonoświątkowców.

Na przykład?

Choćby takie całonocne, a nawet wielodniowe maratony modlitewno-rekolekcyjne, które w chrześcijańskim języku nazywane są „krucjatami”. Muzułmanie również zaczynają takie maratony uprawiać. Kolejny przykład: tak zwane „mówienie językami”. Czyli wypowiadanie kompletnie niezrozumiałych słów, takie automatyczne, będące jednym ze znaków rozpoznawczych tych seansów w kościołach zielonoświątkowych. Muzułmanie również zaczynają tak robić. No a przede wszystkim siłą pentekostalizmu jest rozmach w wykorzystywaniu nowoczesnych metod marketingowo-promocyjno-medialnych. Musimy pamiętać, że założyciele tych kościołów to są niezwykle sprawni i skuteczni biznesmeni, świetni marketingowcy, często specjaliści w zakresie promowania swoich kościołów w mediach społecznościowych. No i te ich promocyjne, reklamowe sztuczki są coraz mocniej naśladowane przez muzułmanów czy też przez inne kościoły chrześcijańskie.

Reklama

Mamy więc znów do czynienia z charakterystycznym dla Afryki powstawaniem religijnych hybryd. W Nigerii mówi się już na przykład o anglikostalizmie, czyli połączeniu anglikanizmu z pentekostalizmem. Jedna ze starych gałęzi chrześcijaństwa w reakcji na ekspansję kościołów proroczych po prostu podpatruje ich metody, zaczyna włączać ich elementy do swoich praktyk.

Jędrzej Czerep: Założyciele kościołów zielonoświątkowych są skutecznymi biznesmenami

Czy władz państwowych nie niepokoi popularność wszystkich tych samozwańczych proroków i cudotwórców?

Zdecydowanie. To może być poważne zagrożenie dla ładu społecznego: mówimy o ludziach o olbrzymim posłuchu, posiadających swój rząd dusz. To zresztą żadna nowość – jeszcze w czasach kolonialnych Francuzi byli przerażeni posłuchem, jakim na terenie dzisiejszego Senegalu cieszył się Amadou Bamba, założyciel Bractwa Mouridiyyah. Został odesłany na odludzie, bo realnie się obawiano, że jeżeli podburzy miejscową ludność do rewolucji, to za jego głosem podążą miliony mieszkańców tego obszaru. Sęk w tym, że ci współcześni prorocy na ogół nie mają powodu, by stawać w kontrze do władz. Są bogaci, wpływowi i tak naprawdę są partnerami dla polityków. Dołączają do grona elit danego kraju. Gospodarczych i politycznych. I najczęściej bardzo im w tej roli wygodnie.

Teraz mamy taką sytuację, że w Demokratycznej Republice Konga rządzi prezydent Félix Tshisekedi, który wywodzi się z takich religijnych środowisk. Jest otoczony pastorami. Ja sam będąc w Kongu w zeszłym roku spotkałem się na przykład z panią minister ds. młodzieży, która jest jednocześnie pastorką zielonoświątkowego kościoła. No i ten obecny prezydent, który rządzi już drugą kadencję, zamiast wypełnić honorowo swój mandat, planuje zmienić konstytucję, by to ograniczenie dwukadencyjności przestało obowiązywać. I kto go najgłośniej popiera, naciska na te zmiany? Właśnie kościoły pentekostalne. A tymi, którzy się sprzeciwiają modyfikowaniu konstytucji, są na przykład hierarchowie katoliccy oraz szeroko rozumiane społeczeństwo obywatelskie.

Reklama

Więc na tym przykładzie widzimy, jak tacy prorocy mogą sprawdzić się w roli sojuszników władzy. W obecnym układzie DR Konga zyskali przywileje, silną pozycję w elitach. To jest bardzo typowe dla wielu afrykańskich państw. Innym przykładem może być Kenia, gdzie w 2024 roku doszło do wielkich protestów tak zwanego pokolenia Z przeciwko systemowi politycznemu, korupcji, obciążeniom spadającym na barki zwykłych obywateli. Kościoły prorocze były ostatnimi, które miałyby ochotę na okazanie wówczas wsparcia protestującym. Do końca trwały po stronie rządowej. Straciły wtedy swój autorytet w oczach Kenijczyków.

Trudno się dziwić.

Dlatego bardzo rzadko się zdarza, by ci kaznodzieje mieli rewolucyjne zamiary. Choć są i takie przypadki. Choćby w Mozambiku, gdzie w wyborach prezydenckich w 2024 roku wyzwanie starym, rządzącym siłom politycznym rzucił Venâncio Mondlane. On jest wręcz religijnym fanatykiem wspólnoty Igreja Ministério Divina Esperança. Przekonuje, że rola przywódcy politycznego została mu przypisana przez ponadnaturalne moce. Zdaje się święcie wierzyć, że bycie przywódcą Mozambiku jest mu pisane. To dodaje mu odwagi: wrócił do kraju krótko po brutalnym stłumieniu opozycyjnych protestów przez władzę, choć padło wtedy wiele ofiar śmiertelnych. Więc jego życie też znajdowało się w niebezpieczeństwie, no ale on uważa, że musi tę swoją misję wypełnić za wszelką cenę. Jest to jednak rzadki przypadek.

Reklama

Co do zasady, wichrzycielstwa proroków znacznie mocniej obawiano się w czasach kolonialnych, Europejczycy widzieli w tym duże zagrożenie. Tutaj znów możemy podać za przykład Kongo, gdzie Simon Kimbangu – prorok Kościoła Jezusa Chrystusa na Ziemi, tak zwanego kimbangizmu – przepowiadał, że w Afryce dojdzie do odwrócenia porządku i to czarni będą rządzić białymi. Tego rodzaju wizje uznawano za bardzo niebezpieczne, władze kolonialne je zwalczały.

Skoro mamy mundial, to oczywiście do mediów przebijają się już historie o wpływie szamanów na wyniki. Nana Kwaku Bonsam z Ghany miał rzekomo obłożyć klątwą Harry’ego Kane’a. Kiedyś chwalił się spowodowaniem kontuzji Cristiano Ronaldo.

Piłka nożna w Afryce jest takim samym polem walki duchowej, jak oni to odczytują, jak polityka czy wojna. W Nigerii każdy prezydent, który rozpoczyna swoje rządy, zatrudnia szamanów, by najpierw wypędzili złe duchy z prezydenckiej siedziby. Jakieś duchowe pozostałości po poprzedniej głowie państwa. No i oczywiście żeby rzucili nowe zaklęcia, zapewnili duchowe bezpieczeństwo temu nowemu przywódcy. W przypadku wojen żołnierze i partyzanci są często poobwieszani amuletami, które mają ich chronić przed kulami wroga. W sporcie te magiczne moce także znajdują swoje zastosowanie. I to często z inicjatywy władz państwa.

Słynna jest historia z lat 90., kiedy Wybrzeże Kości Słoniowej mierzyło się z Ghaną w finale Pucharu Narodów Afryki. Ministerstwo sportu WKS zatrudniło wówczas grupę czarowników, którzy mieli zapewnić reprezentacji zwycięstwo. Drużyna faktycznie wygrała i to po dramatycznej serii rzutów karnych. Tylko że tym szamanom ostatecznie nie zapłacono za ich czary. Oni się rzecz jasna śmiertelnie obrazili i rzekomo obłożyli reprezentację Wybrzeża Kości Słoniowej klątwą. No i rzeczywiście ta drużyna potem przez ponad dwie dekady nie była w stanie ponownie zatriumfować w Pucharze Narodów Afryki. W końcu władze zdecydowały się oficjalnie szamanów przeprosić, wynagrodzić im jakoś tę zniewagę i generalnie przebłagać, by znowu stanęli po stronie reprezentacji.

Reklama

Z perspektywy Afrykanów takie historie nie są w ogóle niczym dziwnym. Każda reprezentacja ma w sztabie swoich fizjoterapeutów, psychologów, a także swoich czarowników. To jest spójne z tym, w jaki sposób religijność i kontakt ze światem duchowym jest w Afryce traktowany w wielu innych dziedzinach życia codziennego.

Jędrzej Czerep: Magiczne mocne w Afryce znajdują zastosowanie w sporcie

Odwiedził pan niedawno DR Konga. Czuć było mundialową aurę w powietrzu?

Kiedy ja tam byłem, to kongijska reprezentacja nie była jeszcze pewna awansu na mundial, dlatego tej atmosfery raczej nie wyczułem. Natomiast obecnie podstawowym zagadnieniem i problemem tej części Afryki jest jednak epidemia eboli, przed którą świat próbuje się jakoś bronić, ograniczyć jej rozprzestrzenianie się. W związku z tym Stany Zjednoczone nałożyły zakaz na podróżujących z DR Konga. Wielu kibiców, którzy planowali wyjazd do Ameryki Północnej przy okazji mundialu, ostatecznie musiało pozostać w kraju. Włącznie z tym najbardziej charyzmatycznym fanem, człowiekiem-pomnikiem, który na meczach przyjmuje pozę Patrice’a Lumumby, bohatera narodowego Konga. Kongijczycy mocno liczyli, że on wypromuje swoją postawą historię Lumumby podczas mistrzostw, no ale nie dostał wizy. Na szczęście ma już kwarantannę za sobą i powinien się pojawić na trybunach przy okazji drugiego występu Konga na mistrzostwach.

(rozmawialiśmy przed meczem DR Konga z Kolumbią – przyp. red.)

Reklama

Z tego, co wiem, to ambasada Demokratycznej Republiki Konga w Stanach Zjednoczonych zaczęła po prostu rozdawać bilety Kongijczykom już mieszkającym w USA. Stąd mamy afrykańskich kibiców na trybunach, ale oczywiście nie są to podróżnicy z kontynentu, tylko diaspora.

O mundialu przeczytasz również w najnowszym wydaniu Magazynu Zero. Znalazło się w nim ponad 100 stron o mistrzostwach świata – Magazyn zamówisz TUTAJ.

Reklama

Tak naprawdę największym i najciekawszym tematem okołomundialowym w Afryce, takim też bardzo emocjonalnym, stał się jednak problem traktowania afrykańskich migrantów zarobkowych w Republice Południowej Afryki. W tym kraju trwają obecnie wielkie napięcia, a duża część mieszkańców RPA – ksenofobicznie nastawiona – prześladuje, atakuje i domaga się wypędzenia z kraju migrantów z innych państw afrykańskich. Doszło już do szeregu ewakuacji. Afrykańskie państwa muszą wydostawać swoich obywateli z RPA w obawie o ich życie. Robią to między innymi Nigeria czy Malawi.

Jak to się przekłada na kwestie mundialowe?

Przywódcy tych ksenofobicznych bojówek dali migrantom termin do końca czerwca na opuszczenie RPA. Wszystko to wywołało wielkie oburzenie na kontynencie, które przełożyło się na to, że gdy RPA grała w meczu otwarcia z Meksykiem, to znaczna część Afrykanów kibicowała Meksykowi. W samym Meksyku obecni tam Nigeryjczycy ubierali się demonstracyjnie w meksykańskie stroje, kapelusze, dopingowali po hiszpańsku. Republika Południowej Afryki uchodzi obecnie za kraj, który się od reszty Afryki odwrócił. Niby jest krajem afrykańskim, ale prześladuje Afrykanów. Stąd ta reakcja w postaci wsparcia dla Meksyku.

Ponury chichot historii, bo reprezentacja RPA była już kiedyś wyklęta, ale w zupełnie innych okolicznościach.

Reklama

No tak, a przecież cała historia oporu wobec apartheidu jest tak naprawdę historią panafrykańskiej solidarności. Nelson Mandela dostał swój paszport w Etiopii od cesarza Hajle Syllasje. Dzięki temu, jako etiopski dziennikarz, mógł się poruszać po kontynencie i budować poparcie dla swojej sprawy. Inne państwa, takie jak Sudan, Tanzania czy Zambia, gościły go na różnych etapach i wspierały ruch wyzwoleńczy, ruch sprzeciwu wobec apartheidu w RPA. Tymczasem w tym momencie z RPA wypędzani są inni Afrykanie, co jest gorzkim doświadczeniem i dowodem, że ten kapitał panafrykańskiej solidarności wokół RPA został zmarnowany i zapomniany. Gdzieś się ulotnił. W tej chwili Republika Południowej Afryki jest symbolem ksenofobii, a nie solidarności, jak to było dawniej.

ROZMAWIAŁ: MICHAŁ KOŁKOWSKI

fot. NewsPix.pl / WikiMedia

5 komentarzy
Michał Kołkowski

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Mundial 2026

Ochoa skończył tu, gdzie zaczął. „Warto było przeżyć tę ostatnią chwilę”

Patryk Idasiak
2
Ochoa skończył tu, gdzie zaczął. „Warto było przeżyć tę ostatnią chwilę”

Mundial 2026

Reklama
Mundial 2026

Ochoa skończył tu, gdzie zaczął. „Warto było przeżyć tę ostatnią chwilę”

Patryk Idasiak
2
Ochoa skończył tu, gdzie zaczął. „Warto było przeżyć tę ostatnią chwilę”