Mussolini, gra o życie, szpieg i kadra-widmo. Polityka kontra mundiale

Jakub Radomski

09 czerwca 2026, 20:13 • 17 min czytania 3

Reklama
Mussolini, gra o życie, szpieg i kadra-widmo. Polityka kontra mundiale

Włosi to jedna z dwóch drużyn, która potrafiła obronić mistrzostwo świata, ale nie każdy wie, jak mistrzostwa świata w 1934 roku wykorzystywał propagandowo Benito Mussolini. Mistrzostwa z 1974 roku kojarzą nam się ze świetnym występem reprezentacji Polski i nie każdy zna historię znanego polityka, który okazał się szpiegiem, czy groteskowego zachowania piłkarza reprezentacji Zairu. Pewnie słyszeliście, że mundial w 1978 roku odbywał się w Argentynie, którą rządziła junta wojskowa, ale nie każdy wie, jak strasznych rzeczy się dopuszczała. Wreszcie – mało kto kojarzy, czym była argentyńska kadra widmo, a to drużyna, w której grał przyszły król strzelców mundialu i która ma związek… z Ruchem Chorzów.

Reklama

Rok 1934, czyli: faszyzm, Benito Mussolini i początki piłkarskiego marketingu

Podobno Adolf Hitler był w swoim życiu tylko na jednym meczu piłkarskim. Miało to miejsce w roku 1936, podczas turnieju piłkarskiego na igrzyskach w Berlinie. Reprezentacja III Rzeszy na początku wygrała aż 9:0 z Luksemburgiem i w ćwierćfinale przyszło jej mierzyć się z Norwegią. Na Poststadionie w Berlinie pojawił się Hitler, ale byli też Joseph Goebbels, Herman Goring czy Rudolf Hess. Wszyscy byli przekonani, że obejrzą wielki triumf drużyny III Rzeszy, tymczasem to Norwegia po dwóch kontratakach wygrała 2:0. Adolf Hitler nie poszedł już nigdy na mecz piłkarski. Nie przepadał za piłka, a jednocześnie po tamtym spotkaniu miał złe doświadczenia.

Benito Mussolini też nie był fanatykiem futbolu, ale dostrzegł w nim dużą szansę. Włochy były organizatorem drugich mistrzostw świata w historii, które odbyły się w 1934 roku. Chodziło w tym turnieju o to, żeby gospodarz zwyciężył, podobnie jak Urugwaj w 1930 roku, ale jednocześnie, może nawet bardziej, żeby radykalnie zerwać z negatywnym wizerunkiem Włoch. Po I wojnie światowej ten kraj miał opinię chaotycznego i niezbyt nowoczesnego. Jonathan Wilson, świetny dziennikarz piłkarski, w rozmowie, którą opublikowałem z nim kilkanaście dni temu na Weszło, mówił tak: „Chodziło o pokazanie: Patrzcie, jesteśmy nowoczesnym, dobrze funkcjonującym narodem, ze wspaniałymi stadionami, transportem publicznym i pięknymi miastami. Zresztą to w pewnych aspektach była prawda. Wydano wtedy wielkie pieniądze na stadiony i całą infrastrukturę”.

Organizatorzy postanowili dofinansować podróże kibiców z innych państw, zapewniono też ludziom zniżki na przejazdy pomiędzy miastami. Wreszcie – zadbano o marketing. Przy okazji turnieju pojawiła się cała gama różnych produktów, takich jak np. czajniki. Dbano też o to, by bilety wyglądały jak najładniej. Każdy produkt miał logo imprezy, ale też pojawiał się na nim symbol faszyzmu w postaci wiązki rózg. Jeden z działaczy, Giorgio Vaccaro, powiedział nawet wprost: „Chcemy pokazać efektywność organizacyjną faszyzmu w sporcie”. Sam Mussolini pojawiał się na meczach reprezentacji Włoch: przychodził z rodziną, mając na sobie żeglarską czapkę. Ciekawe jest to, że sam kupował bilety dla siebie i bliskich. Podobno uważał, że przychodzenie na mecz za darmo byłoby niezgodne z ideałami włoskiego faszyzmu.

Mussolini na koniec cieszył się też z triumfu swojej reprezentacji, choć Włochom nie było łatwo. W ćwierćfinale zremisowali z Hiszpanią 1:1 i mecz trzeba było powtórzyć. Wygrali 1:0. W półfinale, również 1:0, pokonali Austrię, a w wielkim finale, 2:1 po dogrywce Czechosłowację. Czy Włochom pomagali sędziowie? Pojawiały się takie głosy, zwłaszcza Hiszpanie i Austriacy byli oburzeni i chodziło przede wszystkim o to, że Włosi, przy strzelonych golach, mieli dopuszczać się fauli.Florencja była jak piekło Dantego” – wspominał hiszpański bramkarz Ricardo Zamora, który w pierwszym spotkaniu z Włochami był nieustannie taranowany i uderzany przez rywali. W tym powtórzonym nie był w stanie zagrać. A o drugim meczu tych drużyn „Przegląd Sportowy” – co wspomina Leszek Jarosz w pierwszym tomie swojej „Historii mundiali” – pisał, że nie przypominał spotkania piłkarskiego, a zbiór pojedynków jiu jitsu.

Reklama

Dziwne było też trochę to, że i półfinał, i finał prowadził szwedzki sędzia Ivan Eklind, który do dziś jest najmłodszym arbitrem, prowadzącym wielki finał mundialu. Miał tylko 28 lat. Dużo osób uważało, że postawiono na Eklinda dlatego, że łatwiej będzie nim manipulować. W meczu Włochy – Austria uznał gola, choć bramkarz Austriaków, zdaniem obiektywnych obserwatorów, był ewidentnie faulowany. Trzeba jednak wyraźnie podkreślić, że nikt nikogo nie złapał za rękę i nie ma na temat korupcji żadnych dowodów.

Ivan Eklind (w środku) cztery lata później, jako sędzia meczu Polska - Brazylia na MŚ w 1938 roku

Ivan Eklind (w środku) cztery lata później, jako sędzia meczu Polska – Brazylia na MŚ w 1938 roku

Podobno po finale Mussolini spotkał się z zawodnikami i zapytał ich, czego teraz potrzebują jako mistrzowie świata. Jeden z nich, Eraldo Monzeglio, miał stwierdzić, że nic nie sprawi mu takiej przyjemności, jak podpisana fotografia przywódcy kraju. Mussolini wręczył też drużynie Puchar Duce, który był sześć razy większy niż statuetka od FIFA. Zawierał figury zawodników, oczywiście na tle faszystowskiego godła.

Reklama

Rok 1974, czyli szpieg w kręgach władzy i zespół, który może nie zobaczyć swoich bliskich

W mundialu w 1974 roku reprezentacja Polski Kazimierza Górskiego zajęła trzecie miejsce. Grzegorz Lato został królem strzelców, Jan Tomaszewski obronił dwa rzuty karne, Polacy przegrali mecz na wodzie z Niemcami, ale pokonali Brazylię, wtedy jeszcze aktualnego mistrza świata, w spotkaniu o trzecie miejsce. Ale przede wszystkim to był mundial, który rozgrywano, gdy na świecie dochodziło do napięć, a społeczeństwo znów, prawie 30 lat po zakończeniu II wojny światowej, żyło w poczuciu lęku i niepokoju.

W 1973 roku doszło do wybuchu wojny Jom Kippur. Wojska egipskie i syryjskie najechały Izrael, ten odpowiedział kontratakiem, na co zareagowały USA oraz ZSRR, wspierając swoich sojuszników. Arabskie kraje OPEC postanowiły nie eksportować ropy naftowej do krajów, które poparły Izrael, co spowodowało bardzo duży kryzys gospodarzy, ale i dyplomatyczny. Pamiętano również o zamachu podczas igrzysk w Monachium w 1972 roku, kiedy palestyńska organizacja Czarny Wrzesień zaatakowała izraelskich sportowców i zginęło w sumie 17 osób, w tym 11 Izraelczyków. Dlatego do ochrony niemieckiego mundialu zaangażowano komandosów i strzelców wyborowych, a cena biletu na mecz… uwzględniała ubezpieczenie na życie.

Reprezentacji ZSRR w ogóle nie było na turnieju, ponieważ zbojkotowała mecz barażowy z Chile. Ten miał się odbyć w listopadzie 1973 roku, a ponad dwa miesiące wcześniej w wyniku zamachu stanu władzę w tym kraju przejął generał Augusto Pinochet, który obalił Salvadora Allende, a na Estadio Nacional w Santiago powstało coś na kształt obozu koncentracyjnego, w którym przetrzymywano, ale też torturowano więźniów. Żeby zagłuszać ich krzyki, puszczano piosenki Beatlesów. Moskwa żądała zmiany miejsca rozgrywania spotkania, ale nie zgodziła się na to FIFA. Federacja wysłała na obiekt inspekcję, po czym orzekła, że na Estadio Nacional przebywa co prawda sporo osób, ale są to „zatrzymani bez dokumentów” i należy ustalić ich tożsamość. ZSRR oddało mecz walkowerem i na spotkanie wyszli tylko Chilijczycy.

Kanclerzem RFN był Willy Brandt, który był socjaldemokratą i człowiekiem, który dość ugodowo podchodził do krajów z bloku komunistycznego. Kilka miesięcy przed turniejem okazało się, że jeden z jego najbliższych współpracowników, Gunter Guillaume, jest szpiegiem Stasi, czyli NRD-owskich służb specjalnych. A RFN i NRD nie dość, że występowały w mistrzostwach, to jeszcze znalazły się w jednej grupie. Kiedy stało się jasne, że zagrają ze sobą – kulki wyciągał 11-letni Detlef Lange, śpiewający w chłopięcym chórze- Manfred Ewald, szef sportu w NRD, był wściekły i krzyczał, pytając, dlaczego losowania nie ustawiono.

Reklama

Później stwierdził, że trzeba zrobić wszystko, żeby NRD tego spotkania nie przegrało. I tak się stało, mało tego – NRD wygrało tamto spotkanie 1:0, ale to rywale z zachodu Niemiec zostali mistrzami świata, po pokonaniu w finale 2:1 reprezentacji Holandii. – Na moim grobie wystarczy napisać „Hamburg 1974” i każdy będzie wiedział, o kogo chodzi – mówił później Jurgen Sparwasser, zdobywca jedynej bramki dla NRD.

Piłkarze NRD cieszą się z wygranej nad RFN

Piłkarze NRD cieszą się z wygranej nad RFN

Jarosz cytuje fragment książki „Moje stulecie” noblisty Guntera Grassa, twórcy m.in. „Blaszanego bębenka”, który tak opisuje tamto spotkanie z perspektywy zdemaskowanego szpiega, Guillaume’a: „1:0 dla Niemiec! Dla których? Dla moich czy dla moich? Tak, chyba wrzeszczałem w swojej celi: gol, gol, goool, ale jednocześnie bolało mnie, że drugie Niemcy przegrywają”.

Reklama

Mistrzostwa świata w Niemczech w 1974 roku to też pierwszy w historii start drużyny z Afryki Środkowej. Dziś, na mundialu, który zaraz się zaczyna, pojawi się Demokratyczna Republika Konga i nie każdy wie, że ten zespół już brał udział w mistrzostwach, właśnie 52 lata temu, tylko że wtedy nazywał się Zair. Pod koniec lat 60. i na początku 70. ten zespół stał się czołową drużyną Afryki, sięgając dwa razy po Puchar Narodów Afryki. Miało to związek z tym, że w 1965 roku po władzę w tym kraju, w wyniku puczu, który wspierało CIA, sięgnął Mobutu Sese Seko. To dyktator, odpowiedzialny za zabójstwa, tortury, ale też za rozgrabienie kraju. Było to też człowiek, który chciał wykorzystać sport do celów propagandowych. Nieprzypadkowo to właśnie w Kinszasie, czyli stolicy kraju, odbyło w 1974 roku „Rumble In The Jungle, czyli słynna walka Mohammada Aliego z Georgem Foremanem.

Kiedy Zair awansował na mundial, Sese Seko obiecał piłkarzom samochody, domy i premie. Drużyna musiała zmienić przydomek z „Lwy” na „Leopardy”, bo dyktator miał czapkę właśnie ze skóry leoparda. Piłkarze obiecanych pieniędzy nie dostali. W pierwszym spotkaniu, mimo niezłej gry, przegrali 0:2 ze Szkocją. Drugi mecz był już jednak katastrofą, bo piłkarze Zairu ulegli Jugosławii aż 0:9. Drużyna nie otrzymała pieniędzy i strajkowała, wyszła spóźniona na spotkanie. Piłkarze nie byli w stanie skupić się na turnieju. W hotelu głównie pili alkohol i palili papierosy. W meczu z Jugosławią kłócili się między sobą, jeden z graczy wyleciał z boiska, bo kopnął sędziego w tyłek. Tak, to nie żart. Nie pomógł też rezerwowy bramkarz, wyjątkowo niski Tubilandu Dimbi, który pierwszą bramkę puścił już po kilkunastu sekundach na boisku. Do tego zawodnicy oskarżyli swojego selekcjonera, Błagoję Widinika, który był właśnie z Jugosławii, że celowo odpuścił spotkanie, żeby pomóc swoim rodakom.

I doszło do ostatniego meczu w grupie, przeciwko Brazylii. Przedstawiciele zairskiej władzy, obecni w RFN, przekazali piłkarzom, że jeśli ci przegrają to spotkanie wyżej niż trzema bramkami, już nigdy nie zobaczą swoich bliskich. I mamy mecz z Canarinhos. Brazylia prowadzi 3:0, ma rzut wolny, do końca pozostało około 10 minut. Właśnie wtedy jeden z zairskich piłkarzy, Joseph Ilunga, wyskoczył z muru zanim zabrzmiał gwizdek i po prostu kopnął piłkę. Komentatorzy nie wiedzieli, o co chodzi. Widzowie zaczęli się śmiać, Brazylijscy piłkarze też. Ilunga powiedział później, że wie, że zachował się jak idiota, ale on miał poczucie, że grali w tamtym momencie o życie – swoje i nawet swoich najbliższych. Gdy Zairczycy wrócili do kraju, nie dostali żadnych pieniędzy. Bliskich zobaczyli, ale niektórzy z nich stracili kontrakty w klubach.

Reklama

Rok 1978, czyli Argentyna, zrzucanie żywych ludzi z samolotu do morza i kadra-widmo

Wyobraź sobie, że ktoś ci bliski – brat, dziecko – nagle znika. Był, a tu go nie ma i nie wiesz, co się z nim dzieje. Że w takiej sytuacji są tysiące rodzin i ta osoba już nigdy nie wraca. Po latach dowiadujesz się strasznej prawdy o tym, jak w Argentynie wyglądały rządy junty wojskowej pod przywództwem generała Jorge Videli. On sięgnął po władzę w marcu 1978 roku, oczywiście w wyniku zamachu stanu. To był czas, gdy w Argentynie panował chaos, gdy w Buenos Aires średnio co trzy godziny wybuchała bomba.

Videla doszedł do wniosku, że sytuacja wymaga szczególnych, brutalnych środków. Junta aresztowała wielu przeciwników politycznych, często po prostu porywając ich z ulicy. Ci ludzie trafiali do więzień, a w zasadzie do tajnych ośrodków turtur. Tam zadawano im straszny ból, usypiano, odurzano narkotykami. Leszek Jarosz w drugim tomie „Historii Mundiali” opisuje, co jeszcze robiono z więźniami: to były gwałty, wyrywanie paznokci, rażenie genitaliów, rażenie prądem czy fikcyjne strzelanie w głowę.

Zmuszano ich też do wydawania innych. Czymś wyjątkowo okrutnym były loty śmierci, czyli „vuelos de la muerte”. Nieprzytomnych, ale ciągle żyjących więźniów pakowano do samolotu i zrzucano żywcem z pokładu do oceanu. Chodziło o zatarcie śladów zbrodni i pozbycie się ciał. Szacuje się, że zgładzono w ten sposób tysiące ludzi, a łączna liczna ofiar junty wynosiła minimum 30 tys. osób.

W tym samym 1978 roku w Argentynie odbywał się mundial. Argentyna nie była gotowa infrastrukturalnie na tę imprezę, ale Videla zobaczył w niej spore możliwości propagandowe. Generał promował turniej hasłem: „Jesteśmy uczciwi i ludzcy”. Podczas otwarcia imprezy powiedział, co w swojej książce też cytuje Jarosz: „Te zawody to wielki wkład w proces pokojowy. Pokoju chcą wszyscy. Pokój na ziemi, dla wszystkich ludzi na ziemi”. Oczywiście bredził, ale ludzie wtedy jeszcze w to wierzyli. Argentyńskie media też generalnie broniły reżimu. Pisały o kraju żyjącym w pokoju. Wielu obywateli po prostu nie miało pojęcia, co dzieje się w ich kraju. Dziennikarze zagraniczni raczej relacjonowali mecze, choć niektórzy z nich opisywali trudną rzeczywistość, udając się np. na Plaza de Mayo w Buenos Aires, gdzie odbywały się zgromadzenia matek osób, które zaginęły.

Reklama

Trenerem Argentyny był Cesar Luis Menotti – lewicowiec, człowiek o poglądach komunistycznych, który próbował jakoś odnaleźć się w tej trudnej rzeczywistości. Jego zespół po ograniu Węgrów i Francuzów przegrał z Włochami. W drugiej fazie grupowej Argentyna ograła Polskę 2:0, zremisowała z Brazylią i przed ostatnim spotkaniem była w trudnej sytuacji – żeby zagrać w wielkim finale, musiała pokanać Peru minimum czterema golami.

Mecz Argentyna - Polska (2:0) na mundialu w 1978 roku

Mecz Argentyna – Polska (2:0) na mundialu w 1978 roku

Wygrała ten mecz 6:0 i to spotkanie przez lata budziło duże kontrowersje. Są racjonalne poszlaki, wskazujące na to, że mogło dojść do ustawienia tego meczu. Po latach jeden z peruwiańskich polityków powiedział, że spotkanie ustawiono w ramach tajnego porozumienia między krajami: Argentyna, jeśli wejdzie do finału, miała zatrzymać oraz torturować peruwiańskich dysydentów. Brytyjski „Sunday Times” pisał, powołując się na anonimowe źródło, że argentyński rząd po wygranej 6:0 wysłał do Peru aż 35 tysięcy ton zboża, do tego broń. Piłkarz kadry Peru, Jose Velasquez, przyznawał, że niektórzy jego koledzy mogli zostać przekupieni. Wskazywano bramkarza tej kadry, Ramona Quirogę, który urodził się w Argentynie, a przy niektórych golach nie zachowywał się najlepiej.

Reklama

Gdy Argentyna awansowała do wielkiego finału, ponad połowa mieszkańców Buenos Aires wyszła na ulice. To był sukces propagandowy, podobnie jak pokonanie Holandii w meczu o złoto, 3:1, po dogrywce. Dwa gole w finale strzelił Mario Kempes, największa gwiazda turnieju. Widząc, jak generał Videla osobiście wręcza puchar za mistrzostwo świata kapitanowi Argentyny, Danielowi Passerelli, można było czuć pewien niesmak. Niektórzy piłkarze po tym sukcesie czuli się trochę niedocenieni. Mówili w mediach, że utożsamiano ich z brutalnym reżimem, a przecież oni grali w piłkę. To było dla nich zdecydowanie najważniejsze. Bramkarz Ubaldo Fillol, o którym jeszcze tutaj będzie, powiedział, że on nie wstydzi się tego mistrzostwa świata. – My graliśmy w piłkę i daliśmy Argentynie wielką radość. Nikogo nie zabijaliśmy, ani nie torturowaliśmy – stwierdził.

Tamte mistrzostwa świata to był czas, gdy sport w pewnym sensie jednoczył oprawców i ofiary. Wilson w swojej książce „Potęga i chwała. Nieznana historia mistrzostw świata” opowiada historię Gracieli Daleo, która została porwana i była torturowana. Pewnego dnia zabrano ją z więzienia na przejażdżkę samochodem, trochę w nagrodę, by zobaczyła, jak Argentyńczycy świętują sukces. Daleo wystawiła głowę, widziała tysiące rozradowanych ludzi i dotarło do niej, że nawet jak zacznie do nich krzyczeć, że jest jedną z wielu zaginionych osób, to i tak nikt nie zareaguje, bo wszyscy skupiają się na zwycięstwie. Gdy sobie to uświadomiła, zaczęła płakać.

Prawdopodobnie nie byłoby jednak tej wygranej Argentyny i mogłoby nawet nie być mundialu organizowanego przez ten kraj, gdyby nie kadra-widmo. Powiedziałem na początku, że ona wiąże się z Ruchem Chorzów i to jest prawda. We wrześniu 2017 roku Niebieskich objął argentyński szkoleniowiec Juan Ramon Rocha i było to zaskakujące, bo mowa o człowieku, który wcześniej prowadził m.in. Panathinaikos. Był jego trenerem np. w 1996 roku, gdy doprowadził zespół z Aten do półfinału Ligi Mistrzów, eliminując w ćwierćfinale Legię Warszawa. Rocha pojawił się w Chorzowie i zaczął swoim współpracownikom opowiadać historię, w którą oni nie mogli do końca uwierzyć. Coś o duchach, coś o drużynie, która była odcięta od świata i formalnie jakby nie istniała.

To była właśnie kadra-widmo.

Reklama

Juan Ramon Rocha jako trener Ruchu Chorzów

Juan Ramon Rocha jako trener Ruchu Chorzów

Mundial w 1970 roku w Meksyku to pierwsza w historii impreza, na którą Argentynie nie udało się zakwalifikować, a przesądziła o tym porażka 1:3 z Boliwią w La Paz. To miejsce, gdzie gra się w piłkę na wysokości ponad 3600 m n.p.m. W takich warunkach ciśnienie atmosferyczne to jakieś 65 procent wartości na poziomie morza, więc przyswajalność tlenu jest gorsza o jedną trzecią. Mówi się, że normalny człowiek już od wysokości 2500 m n.p.m. może mieć objawy choroby wysokościowej, a na 3600, jeżeli się wcześniej nie zaaklimatyzuje, czymś absolutnnie normalnym są zawroty głowy, przyspieszone tętno i bardzo płytki oddech.

A tutaj trzeba grać w piłkę. Przez 90 minut, w bardzo ważnym meczu eliminacyjnym.

Reklama

Argentyńczycy uznali, że muszą coś wykombinować. Był lipiec 1973 roku, gdy wymyślono, że stworzą alternatywną drużynę narodową, którą poprowadzi Miguel Ubaldo Ignomiriello, trener znany z pracy z młodzieżą. Powołano grupę młodych ligowców i jednym z tych piłkarzy był właśnie Rocha. Wywieziono ich w góry, do miasteczka Ticlara, gdzie nie było w zasadzie niczego. – To był typ miejsca, w którym przebywa się tylko za karę. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem tam lamę, nawet ludzie wyglądali zupełnie inaczej. Ich indiańskie twarze i ciała dzięki wysokości i słońcu wyglądały jak wyciosane z kamienia – opisuje Rocha w tekście „Niechciani bohaterowie Argentyny” autorstwa Marcina Bratkowskiego. Członkiem kadry-widmo był też Kempes, czyli największa gwiazda drużyny mistrzów świata z 1978 roku, który napisał później w swojej biografii, że czuł się zapomniany przez Boga i ludzi.

Ta kadra była zapomniana, na co wpływ miała rzeczywistość społeczność-polityczna Argentyny. W kraju nadchodził wiatr zmian. Do Argentyny po kilkunastoletnim wygnaniu wracał Juan Peron i miał ponownie zostać prezydentem. Wiele osób bało się, co będzie dalej, panowała atmosfera niepewności, więc los drużyny, którą wywieziono gdzieś daleko w góry, stał się po prostu dla władz obojętny.

Zawodnicy przebywali w górach w koszmarnych warunkach. Na początku przepełniała ich euforia, ale szybko okazało się, że nie mają co jeść. Często spożywali tylko jeden, skromny posiłek dziennie. Musieli grać mecze sparingowe za pieniądze, żeby mieć za co funkcjonować. Niektórzy rezygnowali – jeden piłkarz wyjechał, drugiego wyrzucono, bo psuł atmosferę. Przed jednym ze sparingów zrobili sobie słynne zdjęcie: zwinęli arkusze papieru w kształt stożka, wycięli dziury na oczy i każdy założył je na siebie. Śmiali się, że skoro są jak duchy, to muszą wyglądać jak duchy.

Słynne zdjęcie kadry- widmo (screen z książki "Najlepsze Sportowe Historie")

Reklama

Słynne zdjęcie kadry- widmo (screen z książki „Najlepsze Sportowe Historie”)

A jednocześnie ta hartowana w niecodziennych okolicznościach drużyna była niepokonana – wygrali 14 sparingów, zremisowali tylko jeden. – Byliśmy chyba jedyną niepokonaną reprezentacją Argentyny – śmieje się Rocha w tekście Bratkowskiego. Jedno ze spotkań rozgrywali w Minera Aguilar, wsi górniczej, położonej bardzo wysoko, gdzie średnia długość życia wynosiła 33 lata. – Wszystko było koszmarnie zanieczyszczone, a droga prowadziła przez góry o wysokości 5000 m n.p.m. Na miejscu mieliśmy zagrać pokazowe spotkanie dla górników. Byliśmy przerażeni, ale okazało się, że wystąpimy w szkolnej sali gimnastycznej, która miała specjalną klimatyzację, dzięki której było tyle tlenu, co na poziomie morza. Cała wieś się zeszła. Podejrzewam, że dla większości tych górników to była pierwsza i ostatnia okazja w życiu, żeby zobaczyć prawdziwego piłkarza – dodaje były trener Ruchu.

Najgorsze było to, że kiedy pojawili się w La Paz, zobaczyli na lotnisku selekcjonera pierwszej reprezentacji Argentyny, Omara Sivoriego, i kilku jej ważnych piłkarzy. Członkowie kadry-widmo zrozumieli, o co chodzi i poczuli się zdradzeni. Sztab szkoleniowy debatował nad składem przez całą noc i ostatecznie na murawę wybiegło siedmiu duchów i czterech zawodników pierwszej drużyny. Argentyna osiągnęła cel, wygrała 1:0 po bramce Oscara Fornariego, który nigdy później nie zagra już w reprezentacji. Argentyna awansowała na mistrzostwa świata w 1974 roku, na których przegra m.in. 2:3 z Polską. Pięciu piłkarzy kadry-widmo, m.in. Kempes czy bramkarz Ubaldo Fillol, zostanie w 1978 roku mistrzami świata. Ten ostatni obroni nawet strzał Kazimierza Deyny z rzutu karnego.

Rocha wychowywał się w rodzinie „peronistów” i cieszył się z powrotu byłego prezydenta i ponownego przejęcia przez niego władzy. W 1976 roku, gdy władzę w brutalny sposób przejmował Videla, miał sporo szczęścia, bo trzy dni wcześniej zakończył służbę wojskową. Nie musiał strzelać do własnych rodaków.

Reklama

Mecz Argentyna – Anglia, wojna o Falklandy i dedykacja dla zabitych żołnierzy

To mit, że piłka nożna była kiedykolwiek i jest niezależna od polityki. Ona wpływała, wpływa i zawsze będzie wpływać na mundial. Mistrzostwa świata to turniej, na którym niektóre spotkania są o coś więcej niż trzy punkty. Drabinka turniejowa pokazuje, że w 1/16 finału nadchodzącego mundialu możliwe jest spotkanie USA – Iran i to byłby właśnie taki mecz.

Skoro było o Argentynie, to przecież jednym z najsłynniejszych meczów w historii mundiali jest jej ćwierćfinał z Anglią z 1986 roku. Argentyna wygrała go 2:1, po dwóch bramkach, o których mówi się po latach. Najpierw mieliśmy rękę Boga Diego Armando Maradony – dla jednych synonim sprytu, cwaniactwa, dla innych żenujące oszustwo. Pięć minut później Maradona przeprowadził genialny rajd, ograł kilku rywali i bramkarza i umieścił piłkę w siatce. Dużo mówi się o jego oszustwie, a mało kto pamięta, że sędzia tamtego spotkania mylił się w dwie strony, bo w pierwszej połowie jeden z Anglików powienien wylecieć z boiska właśnie za faul na Diego.

Ręka Boga, czyli gol Maradony w meczu z Anglią

Ręka Boga, czyli gol Maradony w meczu z Anglią

Reklama

Tamten mecz przeszedł do historii również dlatego, że był rozgrywany w cieniu wojny o Falklandy, która wybuchła między tymi krajami w 1982 roku i która zakończyła się zwycięstwem Wielkiej Brytanii. Argentyńczycy mówili po meczu, że to był rewanż na Anglikach za tamten konflikt. Dodawali, że wygrała sprawiedliwość historyczna, a wygraną zadedykowali żołnierzom, którzy wtedy polegli.

***

W mistrzostwach świata, nawet dzisiaj, po latach, wokół niektórych meczów, możemy mieć tego typu historie.

Przy pisaniu tekstu korzystałem z książek: „Potęga i chwała. Nieznana historia mistrzostw świata” Jonathana Wilsona, z obu tomów „Historii Mundiali” Leszka Jarosza oraz z tekstu Marcina Bratkowskiego „Niechciani bohaterowie Argentyny” ze zbioru reportaży „Najlepsze Sportowe Historie”, wydanego przez „Przegląd Sportowy”.

Reklama

JAKUB RADOMSKI

 

3 komentarze
Jakub Radomski

Bardziej niż to, kto wygrał jakiś mecz, interesują go w sporcie ludzkie historie. Najlepiej czuje się w dużych formach: wywiadach i reportażach. Interesuje się różnymi dyscyplinami, ale najbardziej piłką nożną, siatkówką, lekkoatletyką i skokami narciarskimi. W wolnym czasie chodzi po górach, lubi czytać o historiach himalaistów oraz je opisywać. Wcześniej przez ponad 10 lat pracował w „Przeglądzie Sportowym” i Onecie, a zaczynał w serwisie naTemat.pl.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
La Liga

Julian Alvarez tajemniczym „galactico”. Atletico odrzuciło ofertę Realu

Braian Wilma
0
Julian Alvarez tajemniczym „galactico”. Atletico odrzuciło ofertę Realu

Mistrzostwa Świata 2026

Reklama