Maja Chwalińska fantastycznym występem na Roland Garros nie tylko weszła do TOP 100 rankingu WTA, ale od razu przeskoczyła kilka kolejnych progów i wylądowała tuż za najlepszą „20” tego zestawienia. Jak duże jest osiągnięcie Mai? Jakie Polki dokonywały tego wcześniej? I jak daleko w tym rankingu dotarły?
Maja Chwalińska i jej wielki skok. Finalistka Roland Garros i ranking WTA
Maja Chwalińska na konferencji prasowej po przylocie do Polski powiedziała, że chce się po prostu wyspać i dobrze zjeść. No i odpocząć – ma nie grać meczów aż do Wimbledonu, bo po dawce, którą zaliczyła w Paryżu, trzeba zrobić sobie przerwę. Chodzi nie tylko o odpoczynek dla ciała, ale i głowy, bo znalazła się przecież Chwalińska w zupełnie nowej rzeczywistości.
Jest w końcu czwartą osobą z Polski, która zagrała w wielkoszlemowym finale w singlu. Przy czym pierwsza, Jadwiga Jędrzejowska, robiła to jeszcze przed II wojną światową. Równocześnie Maja jako druga kwalifikantka w historii doszła do meczu o tytuł w turnieju tej rangi. Przeskoczyła ze 114. miejsca na świecie na 21. A przy okazji: stała się nową bohaterką polskich fanów, którzy tłumnie witali ją już na lotnisku.
Niesamowite to były dla Mai trzy tygodnie. Jak jednak jej osiągnięcie wygląda w polskiej historii? I kto był tam, gdzie jest Chwalińska, przed nią?
Maja Chwalińska. Dwunasta Polka w setce. I to z przytupem
To jedna z liczb, która najbardziej się liczy co do wyczynu Mai Chwalińskiej. Jako dwunasta Polka w historii awansowała do najlepszej setki rankingu WTA. Oczywiście, od razu powędrowała znacznie wyżej, zostając dziewiątą Polką w TOP 50, ósmą w TOP 40 i siódmą w TOP 30 rankingu WTA. Ot, co dyszkę odstawiała kolejną z koleżanek po fachu, tak się złożyło.
Maja w tej chwili ma na koncie 1996 punktów. 20. w rankingu Anna Kalinska – ta sama, którą Polka pokonała w ćwierćfinale w Paryżu – ma ich 2212, więc jest to całkiem spora różnica. Z drugiej strony – Chwalińska mało będzie teraz tych oczek bronić, więc kolejne skoki są możliwe, jeśli tylko będą dobre wyniki.
Inna sprawa, że skoro do Wimbledonu nie gra, to punktów w tym okresie nie nabije. A rywalki za nią mogą to zrobić.
Możliwe więc, że w Londynie znajdzie się jako zawodniczka z niższym rankingiem – ale to w sumie nieistotne. Z TOP 32 nie wypadnie, ale nie wiadomo, czy będzie rozstawiona, bo… czekamy na decyzję w sprawie przyznania jej dzikiej karty. Jeśli jej nie dostanie, będzie musiała przebijać się przez kwalifikacje do kolejnego Szlema. Do trzech kolejnych turniejów tej rangi ta „przyjemność” jednak z pewnością ją ominie. Choć oczywiście, dobrze byłoby, by i tym razem się tak stało.
Co do rankingu jeszcze – Maja ma teraz tuż za plecami całkiem niezłe towarzystwo. Na miejscach 22-30. (chodzi o zawodniczki, które tracą mniej niż 500 punktów do Polki) znajdują się odpowiednio:
- Elise Mertens: 1918 punktów. Zwyciężczyni 10 turniejów WTA, była półfinalistka Australian Open.
- Leylah Fernandez: 1844. Była rewelacja i finalistka US Open 2021, zwyciężczyni pięciu turniejów WTA.
- Clara Tauson: 1800. Zwyciężczyni trzech turniejów WTA.
- Emma Navarro: 1779. Zwyciężczyni trzech turniejów WTA, półfinalistka US Open 2024. Rówieśniczka Mai.
- Madison Keys: 1772. Mistrzyni Australian Open 2025, siedmiokrotna (co najmniej) półfinalistka wielkoszlemowa. Zwyciężczyni 10 turniejów WTA.
- Anastasija Potapowa: 1640. Zwyciężczyni trzech turniejów WTA. Rówieśniczka Mai.
- Marie Bouzkova: 1631. Zwyciężczyni trzech turniejów WTA.
- Ann Li: 1601. Zwyciężczyni dwóch turniejów WTA (i finalistka turnieju w Melbourne w 2021 roku, którego meczu o tytuł… nigdy nie rozstrzygnięto).
- Hailey Baptiste: 1513. Zwyciężczyni jednego turnieju WTA. Rówieśniczka Mai.
Łącznie więc tych dziewięć zawodniczek ma na koncie wygranego Szlema, dwa przegrane finały, znacznie więcej półfinałów oraz równe 40 triumfów w turniejach w głównym cyklu. Maja, która wyskoczyła aktualnie na miejsce przed nimi, nie ma jeszcze na koncie żadnego takiego – nawet 250, najniższej rangi – a finał Roland Garros był w ogóle jej pierwszym w WTA. Innymi słowy: wyprzedza Chwalińska całkiem rozpoznawalne zawodniczki.
Zobaczymy, jak długo się przed nimi utrzyma… i czy zdoła wskoczyć jeszcze wyżej. Bo z tych jedenastu Polek, co były przed nią, siedem nie zdołało.
Polska historia
Jest Maja bowiem czwartą najwyżej notowaną Polką w historii rankingu WTA. Przewodzi tej stawce – i to się już nigdy nie zmieni – Iga Świątek, która była (i to dość długo) światową jedynką. Czy jeszcze na to miejsce wróci? Przekonamy się, niemniej nikt jej tego osiągnięcie nie zabierze. Tuż za jej plecami – a przez kilka dobrych lat na czele takich zestawień – jest Agnieszka Radwańska, w przeszłości światowa „2”.
I to jedyne Polki w TOP 10 rankingu WTA. Gdyby brać pod uwagę i męskie zestawienia, to w dyszce byli jeszcze Hubert Hurkacz (najwyżej 6.) oraz Wojciech Fibak (10.). Niedaleko za nią z kolei – Jerzy Janowicz, w przeszłości 14. tenisista świata.
U kobiet z kolei przed Mają znajduje się jeszcze Magda Linette, która po swoim półfinale w Australian Open, w połączeniu z innymi punktami, znalazła się w 2023 roku na 19. miejscu w rankingu WTA. Jest więc trzecią Biało-Czerwoną w TOP 20 w całej historii tego zestawienia (sięgającej 1973 roku). Innym się nie udało, Mai na razie – choć dzieli ją od tego ledwie jedna pozycja – też nie.
W TOP 100 znalazło się też kilka innych, stosunkowo oczywistych nazwisk.

Była tam (i dalej jest) też Magdalena Fręch, która weszła do setki w 2021 roku, a trzy lata później – po sukcesie w turnieju WTA 500 w Guadalajarze – wskoczyła na 22. miejsce. Wcześniej do TOP 100 trafiła Urszula Radwańska (najwyżej 29.), była tam też Marta Domachowska (37.), a w poprzedniej dekadzie też zakręciła się w niej na moment też Katarzyna Piter, której udało się przebić tę granicę minimalnie, ale jednak – najwyżej znalazła się na 95. miejscu. To jedna z tych tenisistek, co długo balansowała na granicy setki. I dobrze, że udało jej się tam wejść, bo się do tej polskiej historii w ten sposób dołożyła.
To jednak tylko osiem nazwisk. Zostały jeszcze cztery. Bo były i w tej setce zawodniczki, o których wielu współczesnych kibiców – takich, co zaczęli śledzić tenis wraz z wybuchem formy Agnieszki Radwańskiej – może już nie do końca pamiętać.
Jedna była absolutną pionierką. Trzy stanowiły część generacji, po której wiele sobie w Polsce obiecywano. Przypomnijmy krótko, co osiągały w rankingu.
Pionierka. Pierwsza Polka w TOP 100
Zaczęła to wszystko Iwona Kuczyńska. Oczywiście, gdyby ranking istniał od zawsze, to pierwsza byłaby Jędrzejowska. Ale że nie istniał, no to Kuczyńska ma miano tej absolutnej dla naszego tenisa pionierki pod tym względem. Tym bardziej, że wyrobiła się jeszcze w czasach minionego słusznie ustroju, a tam tenisistom i tenisistkom łatwo nie było. Wielu straciliśmy przez to, jak władza podchodziła do tego sportu i jak nie tylko nie pomagała, ale czasem wręcz blokowała możliwości rozwoju.
Kuczyńskiej się udało. Pochodziła z Wrocławia, urodziła się w 1961 roku. Szybko – jak na tamte czasy i ustrój właśnie – przeszła na zawodowstwo. Choć po części dlatego, że gdy ogłoszono stan wojenny, została w Stanach Zjednoczonych, gdzie akurat przebywała. A tam cóż jej zostało? Po prostu grać.
No więc grała. I to całkiem nieźle. Do TOP 100 awansowała i w singlu (w 1987 roku), i w deblu – w tym drugim była całkiem ceniona, sięgało po jej „usługi” grono uznanych zawodniczek. Grała w parez z Mimą Jausovec, Dianne Fromholtz czy nawet samą Martiną Navratilovą. Właśnie w deblu wygrała jedyny w karierze tytuł i to też historia, bo wcześniej żadna Polka zawodowego trofeum nie zgarnęła. A ona (i Martina Navratilova) zgarnęły trofeum w turnieju w Filderstadt w 1988 roku.

Iwona Kuczyńska. Fot. Newspix
W singlu nie osiągnęła żadnego takiego sukcesu, w Szlemach dwa razy z kolei udało jej się dojść do III rundy – w obu przypadkach na Wimbledonie. Do tego warto wspomnieć, że w 1987 roku w Hamburgu ograła Claudię Kohde Kilsch, notowaną wówczas na 9. miejscu na świecie. To też historyczna wygrana i jedyna taka w karierze Kuczyńskiej. Niestety, trzy lata później skończyła karierę i podobnych sukcesów już nie zanotowała.
Po niej przyszła jednak trójka naprawdę solidnych polskich tenisistek.
Trzy niespełnione nadzieje z lat 90.
Chronologicznie to jest tak: 19 grudnia 1994 do setki wskoczyła Katarzyna Nowak, a niespełna rok później osiągnęła w niej najwyższe, 47. miejsce. Nowak polskim fanom tenisa jest dziś znana pewnie bardziej jako komentatorka i ekspertka, mniej jako całkiem uznana tenisistka. Możliwe, że byłaby nawet bardziej, ale szybko, bo w 1998 roku (miała 29 lat) zakończyła karierę przez problemy z kręgosłupem.
Talent pokazywała już jako juniorka, jeździła bowiem po świecie i sporo wtedy powygrywała. W 1987 roku, a więc wtedy, gdy Kuczyńska przebijała setkę, była nawet 7. juniorką świata. Była też uznaną i skuteczną reprezentantką Polski w Fed Cupie. Do tego jako pierwsza Polka reprezentowała nasz kraj na igrzyskach – w 1992 roku w Barcelonie. Odpadła wtedy w pierwszej rundzie, ale dała dobry mecz (4:6, 6:7) z rozstawioną z „15” Julie Halard-Decugis z Francji.

Katarzyna Nowak. Fot. Newspix
W karierze kilka razy grała w ćwierćfinałach imprez WTA, dwukrotnie udało jej się też przejść do półfinału. W meczu o tytuł jednak nigdy nie wystąpiła. W turniejach wielkoszlemowych z kolei jej życiówka to trzecia runda – na Wimbledonie 1995. Nigdy nie wygrała z tenisistką z TOP 10, ale trzykrotnie pokonywała rywalki z TOP 20 rankingu WTA.
W podobnym okresie, co Nowak, w setce zawitała też Magdalena Grzybowska i trochę w niej pobyła. O ile weszła tam 9 października 1995 roku, o tyle rekordową dla siebie pozycję ustanowiła niemal trzy lata później – 10 sierpnia 1998 roku. Weszła wtedy na 30. miejsce, stając się pierwszą Polką notowaną w TOP 30 właśnie. Pobiła jej rezultat dopiero Agnieszka Radwańska, niespełna dekadę później.
Grzybowska była młoda i przebojowa. Do TOP 100 wbiła mając niespełna 17 (!) lat na koncie, do TOP 30 awansowała wciąż będąc nastolatką. Pochodziła ze sportowej rodziny – ojciec był siatkarzem, matka koszykarką, oboje grali na niezłym poziomie. Magdalena dostała po nich nieco wzrostu – w czasach kariery zmierzono jej 184 centymetry (niektóre źródła podawały nawet 186 cm) i potrafiła wykorzystać tę przewagę. W 1996 roku wygrała juniorskie Australian Open i właściwie pewnym wydawało się, że mamy tenisistkę zdolną walczyć o wielkie turnieje.

Magdalena Grzybowska. Fot. Newspix
Do 1998 roku wszystko zmierzało w idealną stronę. A wtedy doznała jednej z najgorszych kontuzji dla tenisisty czy tenisistki – zawiodło kolano. Długo nie grała, próby powrotu nie wypaliły. Karierę skończyła w 2002 roku, mając ledwie 24 lata. Potem studiowała w Paryżu, była komentatorką, krótko współpracowała też z siostrami Radwańskimi, będąc ich menadżerką.
Do dziś w przypadku jej kariery można zadawać sobie pytania „co by było, gdyby…”, bo przecież Grzybowska już jako nastolatka rzucała poważne wyzwania czy to Monice Seles (urwała jej seta w Chicago), czy Arantxy Sanchez Vicario (wygrała z nią pierwszą partię na Wimbledonie), czy też Conchicie Martinez (obecnej trenerce Mirry Andriejewej), którą pokonała w turnieju w Hilton Head. Możliwe, że gdyby zdrowie dopisało, byłaby zawodniczką nawet z najlepszej „10” rankingu.
Jej jednak i tak udało się miejsce w rankingu wyśrubować. Z kolei niemal równo rok po tym, jak Nowak osiągnęła najwyższą w karierze pozycję w rankingu, do setki wskoczyła Aleksandra Olsza. To było 9 września 1996 roku. 21 dni później Polka ustanowiła własną życiówkę – 72. miejsce. Olsza była kolejną polską rewelacją, bo swoje rekordy ustanawiała mając 18 lat. To ona jako pierwsza wygrała juniorski turniej wielkoszlemowy, bo zrobiła to na Wimbledonie w roku 1995, pół roku przed triumfem Grzybowskiej w Australii. Ba, triumfowała wtedy i w singlu, i w deblu (w parze z Carą Black, która potem została świetną deblistką właśnie).
Nie dziwi, że w Polsce nadzieje związane z duetem Olsza-Grzybowska były ogromne. I w obu przypadkach, niestety, nic z tego nie wyszło. Olsza, tak jak Grzybowska, też pochodziła ze sportowej rodziny – ojciec był piłkarzem (grał m.in. w GKS-ie Katowice), matka grała w tenisa właśnie. I tak jak Magdalena, tak i Aleksandra karierę zakończyła w podobnym okresie – na początku XXI wieku.

Aleksandra Olsza. Fot. Newspix
W jej przypadku nie zadecydowała kontuzja, a po prostu fakt, że nie osiągała zadowalających ją wyników. Potem wyjechała do USA i tam osiadła.
Jaką drogą pójdzie Maja?
Wróćmy więc do Mai Chwalińskiej. Jej wyczyn jest historyczny, bo żadna Polka wcześniej nie weszła do TOP 100 w takim stylu. Równocześnie jednak narzuca na nią ogromną presję – tym bardziej, że zbiegło się to w czasie z gorszymi wynikami Igi Świątek. Na pewno Maja wykorzystała swój moment. Na pewno zapisała się w historii.
Ale co dalej?
Jej styl gry najlepiej sprawdza się na mączce – to bez wątpienia. Trawa też powinna mu służyć (była już kiedyś przecież w drugiej rundzie Wimbledonu), gorzej korty twarde. A punkty trzeba ciułać. Nie po to, by utrzymać się w okolicach TOP 20 – o to może być trudno, ale walczyć trzeba – a by nie wypaść, na przykład z TOP 50, a tym bardziej z TOP 100, gdy za rok przyjdzie do bronienia tego, co zdobyła w Roland Garros.
Powinno być łatwiej o tyle, że ze swoim rankingiem Chwalińska będzie miała wstęp do wszystkich turniejów, jakie sobie wymarzy. Do większości z nich z rozstawieniem. A jedna, dwie wygrane w tych największych to już cenne oczka do rankingu. Maja ma rok na to, by wykorzystać całą tę sytuację. Jeśli się uda – w setce zostanie na pewno, pewnie i w „50”. Wszystko co wyżej, będzie już – znowu – pięknym snem.
Bo do niedawna przecież nie mogła tak śnić.
Jej historia dlatego jest wyjątkowa, że zdążyła przejść przez łatkę wielkiego talentu, niespełnionej nadziei, a w pewnym momencie nawet talentu straconego. Potem była solidną tenisistką, ale na drugą setkę, taką, co to może się do TOP 100 wkraść na moment. A teraz wszystkim przypomniała jak ogromne ma możliwości, mimo kiepskich do współczesnego tenisa warunków. Powiedzmy sobie jednak szczerze: kariera – wykluczając na moment to, że jest już finalistką wielkoszlemową! – na miarę tej Magdy Linette, z wygranymi kilkoma turniejami WTA 250 i dłuższą obecnością w TOP 100, to coś, na co Chwalińska nie powinna się w żadnym razie obrażać.
Innymi słowy: solidnych kilka lat gry na wysokim poziomie, z wyskokami raz na czas? Trzeba to brać w ciemno. Szczególnie, że – jak uczy historia – na warunki naszego tenisa to nie jest wcale oczywista sprawa.
Niemniej: życzyć trzeba przy tym Mai, by osiągnęła od czy to Linette, czy Magdaleny Fręch znacznie więcej i w tourze, nie tylko w Szlemach (bo to już po części zrobiła). A i ten ranking niech jeszcze poprawi. W końcu we Francji pokazała, że wszystko jest możliwe.
SEBASTIAN WARZECHA
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix