Maja Chwalińska długo czekała na taki sukces. Wreszcie jednak – wyrwała sobie go sama. Dziś zagra o ćwierćfinał Roland Garros, w rankingu WTA jest już pewna miejsca w TOP 100. Z tej okazji przygotowaliśmy jej… alfabet, w ten sposób opisując całą karierę Polki. Od dziecięcych lat do dziś. Od pierwszych turniejów, do największego kortu w paryskim Szlemie. Jak więc wyglądała ta droga Mai?
Maja Chwalińska od A do Z. Najważniejsze z kariery polskiej tenisistki
A jak Advantage
A właściwie BKT Advantage Bielsko-Biała, czyli klub, który Maja reprezentuje już od lat. Oczywiście, tenis nie jest przesadnie – tym bardziej w Polsce – klubowym sportem w sensie drużynowej rywalizacji, ale w Bielsku mają i wspierają aktualnie trzy zawodniczki, które walczą o Szlemy lub w nich grają – Maję, Lindę Klimovicovą i Katarzynę Kawę. Znaczy, że wiele rzeczy robią dobrze i ta pomoc faktycznie stoi na wysokim poziomie. Kto wie, jak potoczyłaby się kariera Chwalińskiej, gdyby nie to, że już ponad dekadę temu do Bielska trafiła i tam znalazła potrzebne jej do trenowania warunki?
B jak Bytom
Pierwszy wygrany turniej w karierze. Wiele młodych zawodniczek odnosi takie sukcesy z marszu, Maja trochę się na niego naczekała – ponad trzy lata od debiutu w seniorskiej rywalizacji. To była impreza ITF-owska, niewielkiej rangi, ale stanowiła jednak pewne przełamanie. Maja, notowana na 333. miejscu, wykorzystała fakt bycia turniejową dwójką i to, że przez całą imprezę grała wyłącznie z zawodniczkami notowanymi niżej. Zaraz po Bytomiu przyszły jeszcze triumfy w Grodzisku Mazowieckim i Warszawie. A w efekcie – skok w rankingu o ponad 100 pozycji.
C jak Choroba
Depresja nie wybiera. Tak można by podsumować sytuację Mai, która mniej więcej w okresie tych pierwszych dobrych wyników zaczęła mierzyć się właśnie z tą chorobą. Z fanami informacją tą podzieliła się dopiero dwa lata później, ogłaszając przy okazji przerwę w karierze. W rozmowie z TVP Sport mówiła, już po powrocie do rywalizacji:
– Nawet nie da się tego wytłumaczyć. Ktoś pyta „co u ciebie”, a ty masz łzy w oczach. Teraz, kiedy już jest w porządku, nie potrafię tego opisać. Nie chciałam mówić o moim życiu. Każde pytanie wywoływało łzy. Chyba dlatego ludzie ukrywają się z depresją. To dobra lekcja. Nie ma co oceniać innych, bo nikt nie wie, co tak naprawdę dotknięci czują, z czym walczą. Każdy ma jakieś problemy, ale nie każdy potrafi o nich mówić.
Na szczęście jej udało się – a to trudna rzecz – z depresją wygrać.
D jak Dąbrowa Górnicza
Rodzinne miasto. Tam się urodziła, tam chodziła do szkoły i tam trafiła na tenis. Choć od lat trenuje w Bielsku-Białej, to Dąbrowa o niej pamięta i przy okazji kolejnych dobrych wyników pojawiają się gratulacje dla Mai nawet na oficjalnych stronach miasta. I to nie tylko teraz – w Dąbrowie od dawna się Mają chwalą, nie podpięli się wyłącznie pod ostatni sukces.
E jak Elise Mertens
Druga runda tegorocznego Roland Garros. Na kort wyszły Maja Chwalińska i Elise Mertens. Polka grała o życiowy sukces, raz była bowiem w drugiej rundzie Szlema, ale dalej – nigdy. Belgijka to z kolei przykład tenisowej solidności, zawodniczka od lat w szerokiej światowej czołówce i regularnie tę drugą rundę przechodząca. Do tego: tenisistka z TOP 50. A Chwalińska nigdy takiej nie pokonała. Miała więc Maja do przebicia dwa szklane sufity równocześnie… i zrobiła to w wielkim stylu.
Maja Chwalińska faworytek się nie boi 😤
Po wyeliminowaniu Qinwen Zheng, w czwartek Polka ograła rozstawioną z numerem 23 Elise Mertens❗ #RolandGarros pic.twitter.com/9YBiSkgjF1
— Eurosport Polska (@Eurosport_PL) May 28, 2026
21. na świecie Mertens powalczyła bowiem tylko w pierwszym secie, przegranym przez siebie 4:6. W drugim nie ugrała nawet gema! To była wielka wygrana Mai, wyznaczenie sobie nowej granicy możliwości. A że to nie przypadek, potwierdziła rundę później, gdy z miejsca zanotowała drugą wygraną nad rywalką z najlepszej „50”, pokonując 49. na świecie Marię Sakkari.
F jak Florianapolis
Ważny moment, bo to pierwszy wygrany turniej rangi WTA 125, czyli jeszcze poniżej właściwego touru, ale powyżej wszystkich ITF-ów. Napisać można: trochę jak Challengery u mężczyzn. Maja pojechała w grudniu 2024 roku do Brazylii, tam kończąc sezon. Była 158. na świecie, walczyła jeszcze o poprawę rankingu. I udało się, w wielkim stylu. Polka wygrała całą tę imprezę, ciesząc się z życiowego – na tamten moment – sukcesu. A po drodze zanotowała triumf nad Mayar Sherif, 68. w rankingu, wtedy była to najwyżej notowana rywalka, jaką pokonała… i pozostawała nią aż do tego Roland Garros.
G jak Głowa
Konkretnie: głowa na korcie. Chwalińska to bowiem tenisowo niezwykle inteligentna zawodniczka. Oczywiście, musi taką być, bo – o czym jeszcze wspomnimy – wymuszają to na niej warunki fizyczne. Ale to nie zawsze tak oczywiste. Tymczasem Maja od kiedy była dzieciakiem, świetnie rozumiała, co zrobić, żeby utrudnić rywalce życie. Wykorzystywanie geometrii kortu, slajsy, skróty – wszystko to miała. Wiedziała też, gdzie się ustawić i potrafiła przewidzieć wiele zagrań przeciwniczek. Miała do tego wszystkiego zmysł, swego rodzaju dar.
I w Paryżu widać, jak pięknie potrafi z niego korzystać.
H jak Hantuchova
Co ma wspólnego słowacka tenisistka, była „5” światowego rankingu i półfinalistka Australian Open z 2008 roku z Mają Chwalińską? Mogłoby się wydawać, że nic, bo Daniela zakończyła karierę w 2017 roku, gdy Maja miała niespełna 16 lat. Jednak gdyby cofnąć się jeszcze dalej w czasie – do kwietnia 2016 – to okaże się, że była to… pierwsza rywalka Chwalińskiej w tourze!
To były czasy turnieju WTA w Katowicach. Maja Chwalińska, ledwie 14-letnia, była jedną z zawodniczek, które otrzymały dziką kartę do kwalifikacji – poza nią wręczono też jedną Weronice Falkowskiej, Wiktorii Kulik i… późniejszej mistrzyni Wimbledonu 2023, Markecie Vondrousovej. Traf chciał, że Maja już w pierwszej rundzie tych kwalifikacji trafiła na schodzącą ze sceny, ale utytułowaną rywalkę. Przegrała gładko, 0:6, 2:6, jednak zaliczyła pierwsze obycie z wielkim tenisem.
A poza tym mało kto może powiedzieć, że jego pierwszy mecz w WTA to starcie z tenisistką, co była kiedyś w TOP 10 rankingu. A pierwszy mecz w ogóle – w turnieju ITF-owskim – Maja też ma zresztą niezły. Pod koniec 2015 roku, w Opolu, zmierzyła się bowiem z Karoliną Muchovą, która osiem lat później grała z Igą Świątek w finale French Open.
I jak Iga Świątek
Przyjaciółka z kortu. Znają się od kiedy miały 10 lat. Wspólnie odnosiły wiele sukcesów, w 2015 roku zostały na przykład mistrzyniami Europy młodzików w deblu, a rok później powtórzyły to wśród kadetek. W 2016 roku kadra Polski z Mają, Igą i Stefanią Rogozińską-Dzik wygrała juniorski Fed Cup, zdobywając tym samym tytuł mistrzyń świata. Były też wraz ze Świątek w finale juniorskiego Australian Open w 2017 roku, ale tam przegrały.
O dziwo, w seniorskiej karierze – bo przecież zaczynały ją niemal równo, są w końcu z tego samego rocznika – zmierzyły się ze sobą tylko raz. To już prehistoria, bo chodzi o turniej w Sztokholmie, z przełomu października i listopada 2016 roku. To był jeden z pierwszych turniejów Mai, a drugi w karierze Świątek! Iga wygrała wówczas z koleżanką 6:2, 6:3 w 1/8 finału, ale odpadła w kolejnej rundzie.
J jak Jaroslav Machovsky
Obecny trener Mai. Współpracę zaczęli w 2020 roku, czyli w tym trudnym dla Polki okresie. Urazy, depresja, przerwana na moment kariera – przez wszystko to przeszli wspólnie i powoli „przywracali” Chwalińską do najlepszego tenisa. Z czasem udało się poprawić jej zdrowie i zaczęły pojawiać się wyniki. Po sześciu latach oboje nie kryli wzruszenia tym, co stało się w Paryżu. Trener komplementował Maję, Maja trenera, którego zresztą uważa za osobę ważniejszą niż po prostu szkoleniowca.
– Sześć lat razem i ta relacja jest już bardziej jak ojciec z córką. Bardzo mnie wspiera. Myślę, że to jest jego główna rola. Daje mi spokój. Ważne, żeby mieć taką zaufaną osobę w swoim boksie – mówiła Maja dziennikarzom w Paryżu.
K jak Karate
Maja co jakiś czas wspomina, że była dzieckiem pełnym energii. Na tyle, że rodzice – tata jest pracownikiem kopalni, mama pracuje jako recepcjonistka – nie do końca sobie z jej rozładowaniem radzili. Rozwiązaniem okazał się sport. Tenis nie był jednak pierwszym, jakiego spróbowała, bo już jako sześciolatka poszła na zajęcia… z karate. Później jeden z jej trenerów opisywał dla Weszło, że „widziałem, że się wyróżnia. […] była bardzo wygimnastykowana, z tego względu, że chodziła na karate”. Ostatecznie więc, choć w sportach walki nie została, to przydało jej się to karate i w tenisie.
CZYTAJ TEŻ: POCZĄTKI MAI CHWALIŃSKIEJ. „IGA BYŁA ZAPATRZONA W NADALA, MAJA W FEDERERA”
L jak Lewa ręka
To przewaga. Zawodniczek grających lewą ręką jest, naturalnie, mniej niż tych praworęcznych. Co za tym idzie – łatwiej z tej strony zaskoczyć rywalkę. A że Maja gra jeszcze w sposób niecodzienny, dużo zmienia tempa, dużo rotuje zagraniami, to jest to atut podwójny. Do gry z leworęcznymi trudniej się przygotować, trudniej też jest w trakcie meczów. Zresztą widać to choćby na tym Roland Garros, gdzie rywalki z tym, jaki tenis proponuje im Polka, po prostu sobie nie radzą.
M jak Marzenia
Maja Chwalińska jest raczej realistką… ale w tenisie tak naprawdę wszystko się może zdarzyć. Dlatego i realiści mają wielkie marzenia, i dlatego też Chwalińska nadal powtarza, że marzy o wygraniu Wielkiego Szlema. Do niedawna nie miała dla takich marzeń żadnej „podpórki”. Teraz, wraz z tym występem na paryskich kortach już się taka trafiła. Bliżej jej też do spełnienia drugiego z nich – znalezienia się wysoko w rankingu. Na pewno przebije już granicę pierwszej setki i będzie mogła myśleć o wykonaniu kolejnych kroków. I oby też prowadziły w górę.
N jak Niedobór wzrostu
Trzeba o tym napisać, choć sama Maja specjalnie się tym brakiem nie przejmuje. Zresztą trudno, by było inaczej, bo od dziecka była najniższa albo niemal najniższa w każdej kategorii wiekowej. Dziś mierzy 164 centymetry i jest to wzrost… wybitnie nie na dzisiejsze tenisowe czasy. Kilka dekad temu byłoby Mai łatwiej (tego samego wzrostu w czasie kariery była m.in. Billie Jean King, a Amerykanka swoje wygrała), obecnie natomiast wiele zawodniczek jest wyższych, a do tego gra szybki, oparty na sile tenis.
Niewielkiej tenisistce jest przez to znacznie trudniej, ale Maja sobie radzi, bo musi. Po prostu. Przez lata uczyła się, jak na te poczynania rywalek reagować. I w Paryżu udowadnia, że nauka ta nie poszła w las, a jej styl gry najlepiej – z perspektywy rywalek – opisałoby pewnie słowo „upierdliwy”. Bo niby nie ma w nim nic groźnego samego w sobie, ale jako całość po prostu wybija cię z uderzenia i kompletnie rozstraja. A nam to jak najbardziej pasuje.
O jak Operacja
To był 2022 rok. Maja akurat pierwszy raz weszła do turnieju wielkoszlemowego, przechodząc kwalifikacje na Wimbledonie. Potem wygrała mecz w głównej drabince i odpadła w II rundzie. Był to sukces i bardzo miłe wydarzenia, opłacalne finansowo, ale… nic więcej, bo akurat wtedy za Wimbledon nie przyznawano punktów. A w dodatku: niedługo potem Chwalińska została zmuszona do zrobienia sobie przerwy od tenisa.
Powód? Prawdopodobnie najpoważniejszy uraz w jej karierze. We wrześniu 2022 roku – nieco ponad dwa miesiące po Wimbledonie – Maja przeszła operację kolana. Plan był taki, że Polka wróci na kort po kilku tygodniach, jeszcze w tym samym sezonie. Ostatecznie przerwa trwała ponad pół roku, a po niej jeszcze dobry rok nie grała na swoim poziomie. Od powrotu do gry, do finału turnieju ITF w Porto, gdzie doszła do finału, przełamując się w ten sposób, miała bilans 24-23, a grała przecież w niewielkich imprezach.
Wyświetl ten post na Instagramie
P jak Paweł Kałuża
Pierwszy trener. Prowadził Mają przez 12 lat – od 2008 do 2020 roku. To on odkrył jej talent, a potem go rozwijał. Jak wspominał w rozmowie z Weszło:
– Jeździłem po szkołach, robiłem 15-minutowe ćwiczenia na sali gimnastycznej. Dzieci przychodziły z paniami wychowawczyniami, potem szły na ustawiony przeze mnie tor przeszkód, grały w zbijaka, berka. Pokazywałem im na koniec wiszący w szkole plakat promujący tę talentiadę i prosiłem, żeby pokazały go rodzicom. Zapewniałem, że jak na nią przyjdą, będzie czekać je jeszcze więcej sportowych atrakcji.
Maja pojawiła się na zajęciach podobno jako jedyna osoba ze swojej klasy. Sport z miejsca jej się spodobał, przeszła udanie testy sprawnościowe i zajęcia z rakietą. Kałuża ostatecznie wyłonił z całego grona młodych potencjalnych tenisistów najzdolniejszą dziesiątkę, która miała zapewnione dwa lata bezpłatnych zajęć tenisowych. Potem całą tę talentiadę wstrzymano, ale Kałuża nadal pracował z tą dziesiątką, a z czasem – już tylko z Chwalińską, która powoli wchodziła do świata wielkiego tenisa.
To on był więc szlifierzem tego talentu, pozwalał też Mai sprawdzać się w innych sportach – na przykład (choć ze względu na jej wzrost trudno to sobie wyobrazić) w siatkówce, na którą sam skierował Chwalińską, bo chciał, by spróbowała różnych dyscyplin. Ostatecznie jednak padło na tenis. I dobrze, że tak się stało.
R jak Roland Garros
Wiadomo, trzeci Szlem, w którym Maja zagrała, ale wyjątkowy. Był Wimbledon 2022 i wygrana w głównej drabince. Było Australian Open 2025, tam meczu ugrać się nie udało. I wreszcie tegoroczne Roland Garros, które stanowi absolutne przełamanie. Maja jest już w IV rundzie, a w starciu z Diane Parry będzie miała po drugiej stronie równorzędną sobie rywalkę, a więc wszystko jest możliwe.
Chwalińska przez ten turniej dała się też poznać światu, wielu kibiców zainteresowało się jej osobą. I co ważne: konkretnie nią, nie tylko jej znajomością z Igą Świątek, bo w przeszłości mówiła, że potrafiła się przez te ciągłe porównania i pytania o Igę czuć gorzej, widząc, jak jej rówieśniczka odnosi sukcesy. Dziś już tak na to nie reaguje, ale dobrze, że w końcu sama osiągnęła coś dużego. I oby tak dalej.
S jak Setka
Wreszcie się udało… a w sumie to uda. Bo Maja Chwalińska musi poczekać jeszcze tydzień na to, by oficjalnie ogłoszono jej debiut w TOP 100 rankingu WTA. Ale to będzie bardzo słodki tydzień oczekiwania, bo wejście do tej najlepszej setki Polka zalicza z przytupem. Do Roland Garros przystąpiła jako 114. tenisistka świata i już wtedy było wiadomo, że jest blisko przekroczenia tej magicznej granicy. Wygrane kwalifikacje przesunęły ją w górę, ale jeszcze nie za nią.
Potem przyszła jednak wygrana w I rundzie i ona dawała szansę. Ta w drugiej – właściwie to przypieczętowała. A triumf w trzecim meczu drabinki głównej sprawił, że Polka wskoczy w okolice 75. miejsca… no chyba że wygra i dziś. Wtedy dostanie okazję wbicia się od razu do TOP 50, a przy okazji przekroczy dorobek 1000 punktów. Z pewnością też nie będzie musiała grać w kwalifikacjach do najbliższych US i Australian Open. Generalnie: jest super, no super jest.
T jak Talent
Chyba rozumie się samo przez się? Wiadomo, że każda zawodniczka z TOP 1000 rankingu ma sporo talentu. Potem – by dojść wyżej – do głosu dochodzą inne rzeczy. Ale też nie każda zawodniczka ma tego talentu ten sam poziom. Chwalińska dostała go jednak ogrom. Od dziecka było widać, że pod tym względem to diament. I dobrze, że udało się to udowodnić i w dorosłym tenisie. Choć trzeba liczyć, że to nie koniec i jeszcze wiele nam Maja pokaże.
U jak Urazy
Wspomnieliśmy operację kolana, ale prawda jest taka, że Maja regularnie doznawała różnych mniejszych lub większych kontuzji. Sporo meczów w karierze – 15, ale to naprawdę duża liczba, uwierzcie – oddała walkowerem lub kreczami. Gnębiły ją te bóle. Kolano, nadgarstek, mięśnie. Co chwila coś się pojawiało, wybijało z rytmu, utrudniało przygotowania czy grę w konkretnym turnieju. W takiej sytuacji po prostu niełatwo jest rywalizować, a o Chwalińskiej coraz częściej mówiło się, że „gdyby nie to zdrowie…”. Zdrowie jednak wreszcie, jak już napisano, udało się ogarnąć. I nie dziwi więc, że wraz z tym przyszły wyniki.
W jak Wimbledon
Wspomnieliśmy już o tym turnieju. Wimbledon będzie miał w tym tenisowym sercu Mai zawsze specjalne miejsce, bo to tam debiutowała w Wielkim Szlemie. Przeszła wtedy przez kwalifikacje i zrobiła to rozgrywając w każdej rundzie trzysetowy mecz, a w spotkaniu o awans pokonała Coco Vandeweghe, a więc całkiem renomowaną rywalkę. Potem wygrała jeszcze spotkanie z 79. na świecie Katerina Siniakovą, co dodatkowo dało jej pierwszy triumf nad rywalką z TOP 100 rankingu.
– To jest niesamowite uczucie. Wiem, że niektórzy mogą mówić, że to tylko druga runda, ale dla mnie jest to duży krok i bardzo się cieszę z tego powodu. Na początku byłam szczęśliwa, że jestem w ogóle na tym korcie i chyba widać było u mnie ten luz, czułam się świetnie na korcie i wszystko się układało po mojej myśli, ale później faktycznie doszedł stres – mówiła potem na konferencji prasowej.
Długo czekała, by tamten rezultat przebić, ale po niemal czterech latach się udało. Wimbledon z 2022 roku zostanie więc nie najlepszym wynikiem, ale miłym wspomnieniem, takim, do którego warto wracać.
Z jak Zmiany
Tych czeka Maję sporo. Lepszy ranking pozwoli jej rywalizować w turniejach WTA, często bez konieczności kwalifikacji. Odpadnie sporo meczów właśnie o samo wejście do turnieju. Na pewno zagra w dwóch, a może i trzech Wielkich Szlemach bezpośrednio. Otrzyma szansę na zgromadzenie większej liczby punktów. Powinni pojawić się sponsorzy, samo French Open da jej spore zabezpieczenie finansowe.
Generalnie więc pojawi się coś, co w tenisie nie jest wcale oczywiste: komfort. Urośnie też pewna presja, ale to inna sprawa i z tym Chwalińska po prostu będzie musiała sobie poradzić. Maja jednak przeszła już tyle w karierze, że ten wzrost oczekiwań powinien ją nie tyle stresować, co cieszyć. Do tego przecież dążyła przez lata.
I wreszcie się doczekała.
SEBASTIAN WARZECHA
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix