Reklama

Czy Warriors zeszli już na dobre z parkietu? O przyszłości Golden State

redakcja

Autor:redakcja

28 kwietnia 2024, 21:18 • 11 min czytania 3 komentarze

Golden State Warriors zakończyli swój udział w sezonie 2023/2024 po smutnej porażce – różnicą 24 punktów – z Sacramento Kings, jeszcze przed fazą play-off. Wydaje się, że mógł być to moment symboliczny, jeden z ostatnich meczów najlepszej drużyny poprzedniej dekady w jej obecnym składzie. Czy wielcy Wojownicy zeszli już z parkietu, czy też stać ich na ostatni taniec?

Czy Warriors zeszli już na dobre z parkietu? O przyszłości Golden State

Przegrana w pierwszej minirundzie Play-In idealnie podsumowała całosezonowe wrażenia względem Warriors. Był w niej więc próbujący walczyć Steph Curry, był osierocony przez formę Klay Thompson, był przepłacony Chris Paul. Było też miotanie się z oczekiwaniami, ustalonymi bardziej przeszłością niż aktualnością, była próba imitacji czasu minionego.

Biorąc pod uwagę fakt, że niespełna dwa lata temu koszykarze GSW zakładali na palce mistrzowskie pierścienie, a 12 miesięcy temu byli o krok od finałów konferencji zachodniej, to teraz z ich planów wyszło niewiele. Z planów, które zresztą przed sezonem wydawały się mieć sens.

Gdyby tylko nie Staruszek Czas.

Reklama

Nowy lider, nowi my

Zakontraktowanie Chrisa Paula przez Golden State Warriors wyglądało na wyjątkowe dopasowanie. Oto dostaliśmy połączenie legendarnego zawodnika, jednego z najlepszych rozgrywających w dziejach, którego kariera była delikatnie wyszczerbiona brakiem mistrzostwa z legendarną ekipą, która jeszcze raz (być może ostatni) miała nastawić busole na czerwcowe konfetti. CP3 miał odciążyć Curry’ego przy posiadaniu piłki, aby ten mógł w grze bez piłki zwiedzać parkiet w poszukiwaniu pozycji, po drodze zbijając piątki z Klayem Thompsonem. Splash Brothers (nazwa odnosi się do dźwięku, który „wydaje” siatka w koszu, po trafieniu do niego piłką bez dotknięcia obręczy) mieli powrócić w zupełnie nowej odsłonie. Dodanie do składu innej „jedynki”, weterana Cory’ego Josepha potwierdzało te zamiary.

ZWROT 50% DO 500 zł – BEZ OBROTU W FUKSIARZ.PL!

W zasadzie mamy sześciu starterów, tak patrzę na ten skład (…) Jeśli to ma się udać, wszyscy muszą zaakceptować swoją rolę, niezależnie od tego, kto zaczyna, a kto nie. Wszystko będzie działało poprawnie tylko wtedy, gdy cały zespół się na to zgodzi. Dobrze znam tych gości. Pięciu z nich naprawdę dobrze i coraz bardziej poznaję Chrisa. Jedno, co wiem o nich wszystkich, to fakt, że ponad wszystko chcą wygrywać – mówił przed sezonem trener GSW, Steve Kerr.

Coach Kerr wie jak dopasowywać wielkie postaci do swoich „wychowanków” (Curry, Thompson, Draymond Green) i naturalnie wykształconego systemu. Zmierzył się z tym wyzwaniem już w przeszłości, po transferze Kevina Duranta do Warriors, i wyszło mu to perfekcyjnie, bo w pierwszych dwóch latach współpracy sięgnęli po dwa tytuły mistrzowskie, a sam KD zgarnął i postawił nad kominkiem statuetki dla najlepszego zawodnika finałów NBA. Teraz sytuacja była jednak zgoła inna – o ile Durant przychodził do GSW w swoim prime, będąc zapewne w najlepszej piątce koszykarzy globu, o tyle Chris Paul, gdy przymierzał trykot „Wojowników” po raz pierwszy, dryfował już na drugą stronę rzeki.

Pewnym było, że wtaszczy do szatni ogromne doświadczenie i zabłyśnie przywództwem na parkiecie, ale w klubie musieli zakładać jego regres w statystykach indywidualnych. W swoim debiucie w nowych barwach, akurat przeciwko byłej ekipie – Phoenix Suns – wykręcił linijkę wierną oczekiwaniom, czyli 14 punktów, 9 asyst, 6 zbiórek i 2 przechwyty. Mecz zaczął w wyjściowej „5” w związku z nieobecnością Draymonda Greena, podobnie było w kolejnym starciu. Gdy Green stał się jednak dostępny do dyspozycji trenera (już w meczu numer trzy sezonu zasadniczego), Steve Kerr nie zawahał się posadzić CP3 na ławce. Dla rozgrywającego mogła to być sytuacja nadzwyczajna. Oto po raz pierwszy w karierze zaczął spotkanie poza wyjściowym składem, kończąc serię 1365 spotkań z rzędu, w których był starterem drużyny, w jakiej aktualnie występował.

Na ławce rezerwowych

Generalnie rzecz biorąc, rola rezerwowego nie przypadła Paulowi do gustu. W 40 meczach z ławki notował średnio 8 pkt., 6,6 as. oraz 3,8 zb. Lepiej wyglądał jego dorobek statystyczny, gdy był pierwszym rozgrywającym drużyny (11,9 pkt, 7,3 as., 4,1 zb. w 18 spotkaniach), ale nadal było to ze dwa szczeble poniżej tego, co mógł i co powinien dawać. Biorąc pod uwagę mniejsze i większe urazy (złamana ręka), 38-latek właściwie przez cały sezon nie odnalazł na dłużej swojego rytmu.

Reklama

Curry i Paul

Chris Paul i Steph Curry. Fot. Newspix

Podobnie było z Klayem Thompson, którego również dopadła zsyłka na ławkę rezerwowych (pierwszy raz od 2012 roku, czyli swojego debiutanckiego sezonu w NBA, Klay rozpoczął mecz w rundzie zasadniczej wśród rezerwowych). Choć trzeba przyznać, że w odróżnieniu do Chrisa Paula, ta rola pasowała mu w większym stopniu – zdobywał ponad 2 „oczka” więcej z ławki niż jako starter. Gorzkim finałem sezonu był jednak jego występ w meczu kończącym rozgrywki dla Warriors, czyli starciu przeciwko Sacramento Kings. Tam wyróżniały się w jego wykonaniu następujące dokonania: zero celnych rzutów z gry, zero zdobytych punktów i totalna bezradność w defensywie, która zawsze stanowiła jeden z jego zauważalnych przymiotów.

Rozwalmy to od środka

Kto wie czy jednak za główną przyczynę mistrzowskiej destrukcji nie powinien uchodzić Draymond Green. Silny skrzydłowy powszechnie znany jest ze swojego „no co kurwa? no co kurwa?” charakteru, jednak nie zawsze wykorzystuje go w sprawach, w których – zdawałoby się – powinien.

Z jego usposobieniem emocjonalnym zaczęły się dziać ciekawe rzeczy jeszcze za czasów mistrzowskiej ekipy, gdy podczas jednego ze spotkań na oczach milionów widzów nawrzeszczał z wzajemnością na Kevina Duranta. Stało się to tuż po tym, gdy przy stanie 106:106 w meczu przeciwko Los Angeles Clippers i w posiadaniu, które mogło dać drużynie Golden State wygraną, Draymond zakozłował się w dryblingu i nawet nie oddał rzutu, wcześniej ignorując domagającego się piłki KD. W jednym z programów, kilka lat po zdarzeniu, obaj panowie wyciągnęli na światło dzienne dokładne cytaty z tych pogaduszek i przedstawili cały kontekst sytuacji.

https://twitter.com/BleacherReport/status/1062375476264615936?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1062375476264615936%7Ctwgr%5E4ee47b4d373690d65c83408ac8e76542cbf7ba5b%7Ctwcon%5Es1_&ref_url=https%3A%2F%2Fzkrainynba.com%2Fawantura-w-szatni-green-poklocil-sie-z-durantem%2F

Podszedł do ławki [Kevin Durant – przyp. red.] i uderzył w nią pięścią, krzycząc „Hej! Podaj mi kurwa tę piłkę”. Ja na to: „Wypierdalaj. Chciałeś piłkę, to trzeba było pobiec”. A on: „Słyszałeś, co do chuja powiedziałem?” i uderzał dalej w krzesło: „Podaj mi tę jebaną piłkę”. Odpowiedziałem: „Ej, lepiej się kurwa uspokój. Nie wiem, z kim, do cholery, myślisz, że rozmawiasz (…) Byłem graczem All-Star, zanim tu przyszedłeś. Nie mów tak do mnie, jakbym był jakimś przypadkowym kolesiem, którzy nie wie, jak grać w kosza” – relacjonował Draymond Green.

Warriors maszerowali wówczas po trzecie kolejne mistrzostwo i… nigdy tam nie dotarli. Kto oglądał znakomity dokument netflixowy „The Last Dance” ten doskonale wie, jak głęboko złożone oraz jak odporne na stabilizacje są relacje, nastroje i powiązania w mistrzowskiej organizacji. Nie dziwi zatem diagnoza Greena o tym jak wielki wpływ na cały sezon miała ta sytuacja, a także zarządzanie nią przez klubowych decydentów.

Na początku roku powiedziałem Bobowi [Myersowi, dyrektorowi Warriors] i Steve’owi [Kerrowi]: „Mam problem z Kevinem. Potrzebuję pomocy. Pilnie. To wszystko jest strasznie frustrujące”. Ale nikt mi nie pomógł. Więc zostałem z tym sam. […] Gramy z Clippers i wiesz, jaki jestem – z każdym się dogadam, poświęcę się za każdego, przyjmę za ciebie kulę, przyjmę za ciebie hejt w mediach, przyjmę zawieszenie, przyjmę karę, cokolwiek. Ale w zamian wszystko, czego od ciebie potrzebuję, to wiedzieć, że jesteś w tym ze mną…. Po wylądowaniu spotkałem się ze Steve’m Kerrem i Bobem Myersem. […] I niemal wprost mówią mi, że się źle zachowałem, że muszę przeprosić. Przypomniałem im: „mówiłem wam to. Że mam z nim problem, że nie powinno to nikogo dziwić”. Mówiłem im, co się stało… ciągle mi powtarzali, że muszę przeprosić. A ja na to: „Nie zamierzam, do cholery, przepraszać. On jest jedną nogą poza klubem, niby chce tu zostać, a niby nie. Nie mam zamiaru kurwa przepraszać za coś, co chciałem powiedzieć” – mówił Green. Po czym kontynuował:

– Po prawie dwóch godzinach mówią: „Idź do domu, spotkamy się rano. Prześpij się z tym, może poczujesz się inaczej”. Spotykamy się następnego dnia i gadamy:

– Przeprosisz?
– Nie przeproszę.
– OK, zawiesimy cię na dzisiejszy mecz – powiedział Steve. Zacząłem się śmiać. On na to:
– Cóż, nie takiej odpowiedzi się po tobie spodziewałem.
– Wiesz – powiedziałem – czuję, że mnie zawieszasz, aby zwalić na mnie całą odpowiedzialność za tę sytuację i ochronić Kevina – aby poprawić jego samopoczucie. Bo to bzdura. Nigdy nie widziałem, żeby jakikolwiek gracz został zawieszony za kłótnię z innym graczem.

Powiedziałem im, że popełnią błąd, zawieszając mnie, ponieważ jedyną osobą, która może to naprawić, jestem ja… Ale i tak to zrobili. Potem było coraz gorzej – opisywał skrzydłowy Golden State Warriors.

Bójka na treningu

Durant po sezonie opuścił Bay Area. Część kibiców twierdziła, że to właśnie przez niewyjaśnione relacje z Greenem. Tak czy siak Draymond, który mógł wyciągnąć wnioski z tej sytuacji – abstrahując od tego, w czyim narożniku stała racja – zaniechał ich wyciągania. W trakcie przygotowań do sezonu 2022/2023 na jednym z treningów uderzył kolegę z zespołu, Jordana Poole’a. Jordan miał podobno nadużywać niewybrednego trash talku względem starszego kolegi i ten nie wytrzymał. Posypały się kolejne kary, zawieszenia.

Skończyło się na tym, że… Poole’a wytransferowano w lecie 2023 roku do Washington Wizards. Jordan, który w sezonie mistrzowskim 2021/2022 był znakomitym wsparciem dla liderów zespołu, wnosząc też wiele dobrego w decydujących momentach fazy play-off, musiał opuścić drużynę. Management GSW z jednej strony pozbył się kłopotu w szatni, a z drugiej zszedł z bardzo wysokiego czteroletniego kontraktu obrońcy. I zrobił miejsce dla Chrisa Paula.

Poole, Green i Curry

Poole, Green i Steph Curry. Fot. Newspix

Zawieszenia Green zbiera regularnie. Cierpi na tym on sam, cierpi też drużyna. Sumując jego kary za wykroczenia okołoboiskowe można dojść do kwoty 4 (!) milionów dolarów A Golden State Warriors bez niego w składzie tracą ogromnie na efektywności defensywnej. Sezon w sezon, „Wojownicy” bez Greena dają sobie rzucić zdecydowanie więcej punktów niż z nim na parkiecie. Jego brak rozbija cały flow defensywy „Wojowników”, które trudno złapać w nieregularnych i niespodziewanych seriach spotkań. A sam Draymond, mimo rzekomo pozytywnie ukończonej terapii radzenia sobie z gniewem, nie jest w stanie nie odwalić czegoś z ryzykiem posadzenia na trybunach.

Co dalej z Warriors?

Pytania o kształt GSW w przyszłości są rzecz jasna jak najbardziej zasadne. Tematem numer jeden w nadchodzącym offseasonie będzie przyszłość Klaya Thompsona, któremu wygasa kontrakt. W klubie zrobią wszystko, żeby ostatnie lata starzejącego się ładnie Stephena Curry’ego, mogły być walką o najważniejsze laury. Pewnikiem jest też to, że trenerem pozostanie Steve Kerr, który podpisał przedłużenie kontraktu o kolejne dwa lata. Poza niewymienialnym Currym cała reszta składu pozostaje jednak wielką niewiadomą.

Klay Thompson

Klay Thompson. Fot. Newspix

Przy kolejnych potknięciach, kontuzjach i medialnej dyrdymałozie, coraz częściej (i przy okazji dosadniej) wieszczy się koniec dynastii najlepszego zespołu NBA drugiej dekady XXI wieku. Raz chciałoby się z tym pogodzić, krzywiąc się na samą myśl o potencjalnym rozdrabnianiu dorobku, kurczowym utrzymywaniu status quo i bezskutecznych kolejnych, co rusz gorszych, play-offowych próbach podboju NBA. Innym razem chciałoby się, by to wszystko jeszcze trwało, żeby nie powtórzyć lipca 1998 roku, gdy zabrano ludowi Chicago Bulls, bo może w tym przypadku ten ostatni taniec wciąż jeszcze jest niewytańczony. Bez względu na epilog tej opowieści – drużyna Golden State Warriors ostatnich lat była jedną z najlepszych w dziejach dyscypliny.

Rozrachunek z historią

Czy najlepszą? To oczywiście nie do rozstrzygnięcia. Na pewno zanotowali najlepszy sezon zasadniczy NBA w historii, kończąc rozgrywki 2015/2016 z bilansem 73-9 (poprawili rekord „Byków” Michaela Jordana sprzed dwudziestu lat o jedna wygraną). Na pewno czterokrotnie cieszyli się z mistrzostwa ligi. Na pewno są posiadaczami całej tuby rekordów drużynowych i indywidualnych.

Na pewno też już na zawsze odmienili oblicze koszykówki.

Trzy punkty to więcej niż dwa. To zdanie, z pozoru tak błahe poznawczo, że należałoby przeprosić klawiaturę za jego wybębnienie, rozwikłało zagadkę basketu. Uczynienie z tego filozofii pozwoliło na transformację Warriors z drużyny fun to watch w drużynę dominującą ligę. Steve Kerr zastępując Marka Jacksona na stanowisku pierwszego trenera GSW miał wizję (podobno na rozmowę kwalifikacyjną przyszedł z opasłym playbookiem, w którym miał rozpisanego każdego gracza w lidze, ułożony system treningowy na cały sezon i mnóstwo zagrywek dla przyszłej ekipy). Miał też mnóstwo szczęścia, że w tej wizji towarzyszyli mu strzelcy epokowi. Nie wiemy, kim byliby Curry i Thompson bez Kerra, ale nie wiemy też, jakim coachem byłby Kerr bez Curry’ego i Thompsona. Ale to, że spotkali się w jednym ośrodku treningowym, było jak wybuch rewolucji.

Steve Kerr

Steve Kerr. Fot. Newspix

Liga już wcześniej była w trakcie zmian taktycznych. Pomału dziękowano 130-kilogramowym, potężnym podkoszowym na rzecz tzw. small-ballu (ustawienie bez klasycznego centra, z zawodnikami bardziej uniwersalnymi). Warriors poszli jeszcze dalej i uczynili ze swojego quasi-środkowego Draymonda Greena, głównego rozgrywającego, który po tym, jak obrona rywali podwoiła Stepha, rozwiązywał z gracją przewagę 4 na 3. To przez tę drużynę w kontrataku nie szukano już łatwych punktów spod kosza, tylko czystej pozycji do rzutu zza łuku.

GSW nauczali, że szybki atak można grać nie tylko po udanej obronie, ale i po straconych punktach. Wpajali, że należy dzielić się piłką z partnerem z zespołu, że 30 asyst drużyny może się zdarzać co mecz. No i trafiali. Trafiali wciąż i wciąż. A to odnotować trzeba było 400 „trójek” w sezonie Curry’ego (gdy nikt inny nie zbliżał się do pułapu 300 trafień), a to 37 punktów Thompsona w jednej kwarcie. Jeszcze kilka lat temu żaden kibic basketu nie pomyślałby, że większą ekscytację może wzbudzić seria trafionych rzutów z dystansu niż ekwilibrystyczny wsad do kosza. A tym bardziej że rzut z 9 metrów może być tak łatwy do trafienia, czy że ruch ręki wypuszczającej piłkę może być sztuką.

Do dziś nikt nie wie, jak po niemal perfekcyjnym sezonie zasadniczym 2015/2016, w którym koszykarze (wówczas jeszcze) z Oakland pobili rekord zwycięstw, ostatecznie nie sięgnęli po trofeum Larry’ego O’Briena. Być może koszykarscy bogowie musieli raz na zawsze wyjaśnić wewnętrzne sprawy Cleveland i LeBrona Jamesa. Ktoś może powiedzieć, że z tych 5 finałów z rzędu w latach 2015-2019 można było wycisnąć więcej, można było zostać szóstą ekipą w historii, która wywalczyła minimum trzy mistrzostwa rok po roku. Ale i bez tego słynnego three-peatu koszykarze GSW są w panteonie największych drużyn w dziejach.

Dear Golden State Warriors, za-trzy-mamy Was w sercach.

ADAM BOCHENEK

Fot. Newspix

CZYTAJ WIĘCEJ O NBA:

Najnowsze

EURO 2024

Szkoci przejęli ulice miasta, Niemcy boisko. Świetna inauguracja Euro gospodarzy

Szymon Piórek
0
Szkoci przejęli ulice miasta, Niemcy boisko. Świetna inauguracja Euro gospodarzy

Koszykówka

EURO 2024

Szkoci przejęli ulice miasta, Niemcy boisko. Świetna inauguracja Euro gospodarzy

Szymon Piórek
0
Szkoci przejęli ulice miasta, Niemcy boisko. Świetna inauguracja Euro gospodarzy

Komentarze

3 komentarze

Loading...