Śląsk Wrocław jest jak trybuny wielkiej areny Euro 2012, na której gra. Jednych straszy, innych smuci, u każdego pogłębia obojętność. Pogłębia, bo na przestrzeni ostatnich kilku lat niewiele znajdziemy w Polsce bardziej apatycznych klubów. Już każdy wie, że Śląsk jest bezbarwny. Patrzymy teraz, jak daleko w swojej przezroczystości uda mu się posunąć. Puste krzesełka to symbol marnotrawienia potencjału. Przypominają o nietrafionych transferach, złych wyborach trenerskich i miejskich patologiach. Są jak szklanka, która jest do połowy pusta. Nie pozwalają spojrzeć na to, że dwanaście innych klubów Ekstraklasy miało w tym sezonie mniejszą frekwencję niż pogrążony w kryzysie WKS. Odwracają uwagę od faktu, że to naprawdę duży klub, któremu wielu zazdrości, mający spory potencjał na odbicie się. Będzie ono możliwe, jeśli Śląsk uniknie błędów powtarzanych w ostatnich latach.

Powielane błędy, które niszczą Śląsk Wrocław

A tych nazbierało się całkiem sporo.

Dawid Szulczek mawia, że do spokojnego utrzymania w Ekstraklasie potrzeba 40 punktów i na tym poziomie określa swoje sezonowe cele w Warcie Poznań. Jeśli przyjąć te kryteria za minimum przyzwoitości dla zespołu, którego ambicją jest wyłącznie pozostanie w lidze, Śląsk Wrocław dwa razy ich nie spełnił. W minionym sezonie uzbierał 38 oczek. Rok temu skończył z bilansem 35 punktów. Utrzymał się w lidze, ale nie było to utrzymanie spokojne. Utrzymał się słabością innych.

W rozgrywkach 21/22 – dzięki temu, że Bruk-Bet zanotował jesienią ogromną stratę i raził później nieskutecznością, Wisła Kraków zawstydziła Śląsk rozmiarami swojego kryzysu, a Górnik Łęczna nie dojechał do Ekstraklasy. W zeszłym sezonie dzięki temu, że Wisła Płock zanotowała spektakularnie złą wiosnę, Lechia Gdańsk zawstydziła Śląsk rozmiarami swojego kryzysu, a Miedź nie dojechała do Ekstraklasy. Jeśli wrocławianie dalej będą igrać z losem, w końcu spadną. Nie co rok oglądamy tak dramatyczne upadki jak te z Gdańska czy Krakowa. Nie co rok przytrafiają się tacy frajerzy jak Bruk-Bet czy Wisła Płock. Jeśli nic w Śląsku się nie zmieni, jego spadek będzie jednym z logiczniejszych scenariuszy na następny sezon.

Dlatego dla wrocławskiego klubu najlepiej byłoby przyjąć na wewnętrzny użytek, że zespół zaliczył dwa cudowne utrzymania i trzeciego już nie będzie. Innymi słowy: że dwa razy właściwie spadł z Ekstraklasy i gra w niej nadal jedynie dzięki szczęśliwemu splotowi okoliczności, do którego doszło niezależnie od tego, co samemu zrobił. Jeszcze innymi słowy, Śląsk Wrocław musi całkowicie zmienić swoją mentalność, dostrzec popełniane błędy i przestać je powielać, jeśli chce dalej grać w Ekstraklasie.

Oto pięć najważniejszych rzeczy, które muszą się zmienić we Wrocławiu, żeby WKS nie powtórzył kolejnego sezonu, w którym utrzymuje się, mimo że na to nie zasłużył.

POCHWALIĆ SIĘ POMYSŁEM NA SIEBIE

Mówisz „Zagłębie Lubin”, myślisz „prężna akademia”. Mówisz „Widzew Łódź”, myślisz „szalone i wypełnione do ostatniego krzesełka trybuny”. Mówisz „Warta Poznań” czy „Stal Mielec”, myślisz „wynik ponad stan”. Mówisz „Śląsk Wrocław”, myślisz…

No właśnie.

Nie każdy klub w Ekstraklasie budzi wyłącznie pozytywne skojarzenia. Jagiellonia Białystok również męczy swoich kibiców stanem permanentnego okresu przejściowego. Radomiak to transfery często przypadkowych ludzi, jakby żywcem wyjętych z generatora latynoskich nazwisk. Cracovia z kolei wciąż jest postrzegana jako klub, który chce, ale nie może, ewentualnie jako ten, który może, ale nie chce. Niewielu jednak ma tak zły wizerunek jak WKS. Mówisz „Śląsk Wrocław”, myślisz…

Siedlisko miejskiej patologii.

Maszynka wyborcza Jacka Sutryka.

Zabawka Grzegorza Schetyny.

Klub, który istnieje po to, by trwać.

Klub, który nie ma na siebie pomysłu.

Klub, od którego odwrócili się kibice.

I tak dalej, i tak dalej.

Nie chcę powiedzieć przez to, że cały świat uwziął się na Śląsk. Wręcz przeciwnie, niech to wybrzmi, że WKS sam na taki wizerunek mocno zapracował i jest on zasłużony tak, jak tytuł lesera roku dla Caye Quintany. Co więcej, wrocławski klub nie ma żadnego pomysłu na to, by odmienić swój obraz. Tak jak Zagłębie Lubin, które również ma swoje problemy, ale postrzeganie o nim dominuje akademia. Jak Widzew, który też prawie spadł z ligi, też trawią go wewnętrzne tarcia, ale jednak kojarzy się głównie z zaangażowaną społecznością. Jak Warta czy Stal, które – jakkolwiek to brzmi – dałyby wiele, by zamienić się ze Śląskiem Wrocław.

Mija dekada, odkąd WKS ponownie stał się miejskim klubem. Po kilku latach okresu przejściowego – bo sytuacja, w której miasto przejmuje drużynę piłkarską, zawsze jest okresem przejściowym, który niezauważenie zmienia się w stan ciągły – miejscy urzędnicy ustalili, że dalsze finansowanie tej zabawy będzie miało sens tylko w sytuacji, gdy Śląsk jako instytucja zyska większy wymiar społeczny. Buduje w tym celu za około sto milionów złotych Wrocławskie Centrum Sportu. Próbuje pompować akademię, która jeszcze nie przynosi wielkich plonów, ale już za chwilę ma zacząć. W zeszłym sezonie miał najwięcej drużyn męskich i żeńskich na poziomie centralnym spośród wszystkich klubów piłkarskich w kraju. Juniorów w CLJ U-19, U17 i U-15. Sekcję kobiecą w Ekstralidze. Drużyny juniorek w CLJ U-17 i U-15. Pierwszą drużynę w Ekstraklasie. I rezerwy w drugiej lidze jako jeden z trzech klubów z elity. Obok Zagłębia, które kojarzy się ze szkoleniem. Obok Lecha, który kojarzy się ze szkoleniem. Śląsk Wrocław, który kojarzy się głównie z miejską patologią.

Nie chcę przez to powiedzieć, że Śląsk szkoli jak Zagłębie czy Lech. Faktem jest jednak, że jeśli spojrzymy na struktury, to WKS naprawdę ma się czym pochwalić, lecz z jakiegoś powodu trzyma to na marginesie. W efekcie niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, jak w ostatnich latach Śląsk urósł jako organizacja. I przez to nie rozumie, na co idą miejskie pieniądze. Do mainstreamu przebijają się nośne kwoty, jakie pobierają Quintana czy Nahuel. I słusznie, bo sowite opłacanie miernych piłkarzy należy piętnować. Jednocześnie niesprawiedliwa jest sytuacja, w której umowy kilku piłkarzy dominują narrację, a Śląsk wydaje także na prężną sekcję kobiecą, których inne kluby w większości nie mają. Na mocne drużyny młodzieżowe, którym trzeba zapewnić logistykę i zaplecze. Na zespół rezerw, którego obsługa kosztuje więcej w drugiej lidze niż w czwartej.

Wojewoda dolnośląski: – Niektórym lepiej pójść do prezydenta, zrobić histerię i liczyć na dosypanie grosza

To dlatego, dzięki tym rozbudowanym i wciąż rosnącym strukturom, Stal czy Warta dałyby wiele, żeby się ze Śląskiem zamienić. Może dziś zanotowały lepszy rezultat w tabeli, ale mają też jednocześnie, jakby to powiedział Piotr Obidziński, niższą podłogę niż Śląsk Wrocław. Warta czy Stal to w dużym uproszczeniu projekty oparte wyłącznie na pierwszej drużynie. Takie, jakich wiele w Ekstraklasie. Śląsk jest kompletnie inną strukturą, a mimo to stawia się go w jednym szeregu ze Stalą czy Wartą i w dodatku mówi się przy tym, że Stal czy Warta przynajmniej wyciskają maksa z tego, co mają.

To w interesie Śląska jest zbudowanie wśród obserwatorów polskiej piłki przekonania, że klub naprawdę ma na siebie pomysł. Kiedy przedrzemy się przez wszelkie miejskie historie, faktycznie go dostrzeżemy. Problem w tym, że nie można liczyć na to, iż każdy będzie się przez nie przedzierał. Większość zatrzyma się na przymierającej głodem kapibarze.

OSIĄGNĄĆ ROZEJM POLITYCZNY

Śląsk już nie wygrzebie się ze swoich powiązań miejsko-politycznych, bo za daleko w nich zabrnął. Jedyne, co może, to spowodować, żeby motywacją do podejmowania poszczególnych decyzji nie był efekt wyborczy, a właściwie pojmowane dobro klubu. Zwolnienie Dariusza Sztylki godzinę po meczu nie miało żadnego sensu sportowego. Można było oceniać jego pracę negatywnie, ale pożegnanie w trakcie sezonu na nic się zda, jeśli główny zakres działań człowieka na tej funkcji to przeprowadzanie transferów i wytyczanie wizji. Zwłaszcza, że na miejsce Sztylki nie zatrudniono nikogo innego. Ten ruch pozwolił jednocześnie (albo miał pozwolić) zbić kapitał polityczny. Pokazać, że w Śląsku może dzieje się źle, ale to nie tak, że władze nic nie robią. Robią. Reagują. Lecą głowy.

Sutryk mówi i robi to, co akurat jego zdaniem zyska największy poklask. Potrafi powiedzieć we wrześniu 2019 roku, że Śląsk nie powinien być finansowany z miejskich środków, by dwa miesiące później przyklepać budżet, w którym miasto przeznaczy na klub ponad 13 milionów złotych (true story!). Kiedy nie idzie, grozi palcem, jak wtedy, gdy pisał na Facebooku „proszę Zarząd i cały management klubu o szybką reakcję i plan naprawczy, zanim ja to zrobię”, co nikomu raczej nie służy.

Kiedy idzie, roztacza wielkie wizje. Mówi wtedy publicznie, że celem Śląska Wrocław w każdym sezonie powinny być medale i puchary, nie zważając na to, że nie ma żadnych podstaw do tak wielkich ambicji. Nie powie, że klub powinien mierzyć teraz w dziesiąte miejsce i spróbować się odbudować, bo co to za prezydent, którego zadowoli tak mierny wynik? Minimalista bez żadnych ambicji. Sutryk woli mierzyć wysoko, bo to się dobrze sprzedaje. A jeśli jego cele się nie ziszczą, to przecież nie z jego winy. To przepłaceni piłkarze nie dojechali. Albo zarząd, który musi przedstawić plan naprawczy. Ewentualnie dyrektor sportowy, którego trzeba się pozbyć godzinę po meczu. Prezydent miasta chciał medalu. Nie on zawalił.

To sytuacja, która do niczego dobrego nie prowadzi. Tak samo jak to, że Śląsk stał się orężem do politycznej bitwy, która do najbliższych wyborów samorządowych będzie jeszcze eskalować. W konsekwencji obóz Sutryka gra tak, żeby na Śląsku ugrać jak najwięcej, wykonując niejednokrotnie ruchy pod publiczkę, a frakcja jego przeciwników krytykuje wszystko, co można skrytykować, doprowadzając do absurdu, jakim jest obwinianie piłkarzy za dziury w chodnikach. Ci drudzy mogą walić w bęben w nieskończoność. Jeśli Śląsk będzie piąty, to czemu nie czwarty. Jeśli zagra w eliminacjach pucharów, to czemu nie w grupie. Jeśli wypali sześć transferów, to czemu nie osiem. I tak jak krytyka w przypadku WKS-u zwykle jest słuszna, i nawet z tą opartą na politycznych intencjach można się w stu procentach zgadzać, tak stan nieustannej walki, ciągłej naparzanki dwóch plemion, jest na dłuższą metę sytuacją, z której trudno osiągnąć rezultat w postaci rozwoju klubu.

Opowieści z wrocławskiego zoo

Choć dyskusja wokół miejskich klubów jest uniwersalna, to we Wrocławiu dociera ona powoli do granicy. W Płocku nie dyskutuje się teraz o tym, czy klub powinno się sprzedać, czy nie sprzedawać, czy dalej finansować, czy przywrócić racje żywnościowe kapibarom, czy piłkarze są przepłaceni, czy zamiast napychać im kabzę lepiej połatać drogi. We Wrocławiu śmieją się, że upolitycznione są nawet kary za race. Gdy klub musi je zapłacić, oponenci Sutryka przypominają wtedy, że pieniądze podatników idą na nielegalne wybryki fanatyków.

NIE ULEGAĆ PRESJI SPRZEDAŻY KLUBU

Można zastanawiać się, czy Jacek Sutryk wystawiłby Śląsk Wrocław na sprzedaż, gdyby nie nadchodzące wybory, przed którymi musi zbić kapitał polityczny. Rozpoczęcie przetargu na sprzedaż spółki to ze strony najważniejszego urzędnika w mieście klasyczne odrzucenie gorącego kartofla. Prezydent nie myśli, jak go ugasić. Myśli, co zrobić, żeby to kto inny się poparzył.

Śląsk Wrocław prawdopodobnie nigdy nie miał tak złego wizerunku, jak teraz. W interesie Sutryka jest więc sprzedać go komukolwiek. Byle szybko, byle przed wyborami. A przynajmniej zrobić wszystko, by to się stało. To trochę myślenie w stylu „na złość babci odmrożę sobie uszy”. Tak bardzo nie chcecie, by WKS był miejskim klubem, to zaraz stanie się prywatnym. I zobaczycie, kiedy było lepiej.

Sytuacja do złudzenia przypomina tę, do jakiej doszło kilka lat temu w Kielcach, które też zdawały się być tak zmęczone swoim klubem, jak żadne inne miasto. Pamiętam swój wywiad u Wojciecha Lubawskiego, ówczesnego prezydenta miasta, który od lat był krytykowany za to, że nie potrafi (nie chce?) sprzedać Korony. Widział wszędzie ataki w swoim kierunku. Dopatrywał się spisków. Chciał oddać klub, by zrobić na złość przeciwnikom. I był gotów przekazać go komukolwiek. Usiadł do stołu z Jakubem Meresińskim. Negocjował z Senegalczykami, którzy z kilometra pachnieli fejkiem i finalnie nie zgromadzili kwoty potrzebnej do przejęcia klubu. Skończyło się na przekazaniu Korony rozpoznawalnemu piłkarzowi, Dieterowi Burdenskiemu.

Ten oddał klub niejakim Hundsdorferom.

Po trzech latach znalazł się na skraju upadku. Klub, nie Burdenski czy Hundsdorfer.

Przez cały ten czas miasto łożyło na Koronę środki z tytułu „promocji poprzez sport”. Łącznie 2,5 miliona złotych rocznie.

Teraz też słyszy się, że Wrocław – nawet po pojawieniu się prywatnego inwestora – będzie dotował Śląsk. Miasto ma w tej sytuacji fatalną pozycję negocjacyjną, przyciągającą wszelkiej maści hochsztaplerów. Presja czasowa sprawia, że trudniej prześwietlić potencjalnego nabywcę. Według kwoty, jaka podobno pojawiła się w rozpisanym przetargu, WKS można kupić za 8,5 milionów złotych. Mniej więcej tyle warty jest sam Yeboah. Nowy właściciel na starcie dostanie nie tylko Yeboaha, ale i dziesiątki innych zawodników. W perspektywie będzie miał odebranie ogromnej transzy z telewizji. No i miejskie środki.

Nie życzę Wrocławiowi powtórki z rozrywki. Kielce sprzedały klub byle komu, bo doszło do tak niezdrowej sytuacji, że już nie dało się inaczej. We Wrocławiu atmosfera jest równie gęsta. A to najgorsze okoliczności na sprzedaż klubu. 

ZATRUDNIĆ WIĘCEJ PIŁKARZY

Jednym z bardziej memicznych momentów sezonu jest ten, w którym Mariusz Pawelec wraca do pierwszej drużyny Śląska Wrocław, a później nawet dostaje szansę w Ekstraklasie, po czym Jacek Magiera mówi, że ten powrót powinien być zawstydzający dla młodych chłopaków. Nie tylko. Wstydzić powinni się również ci, którzy budowali kadrę zespołu na poprzedni sezon.

Nie jest zdrową sytuacją, w której pod koniec rozgrywek, w obliczu absolutnie kluczowych meczów w walce o utrzymanie, szkoleniowiec ma do dyspozycji czternastu zawodników. Sztylka i Waśniewski uznali po sezonie 21/22, całkiem słusznie zresztą, że liderzy są wypaleni i należy oprzeć drużynę na kimś innym. Waldemar Sobota niezwykle brzydko się zestarzał. Robert Pich przestał być motorem napędowym. Wojciech Golla dał zarobić. Za Markiem Tamasem nikt nie płakał. Dino Stiglec i Matus Putnocky przestali być czołowymi zawodnikami na swoich pozycjach. Krzysztof Mączyński miał wylądować w rezerwach, a spędził pół roku w Klubie Kokosa. Każdy z wymienionych piłkarzy ma już swoje lata i generalnie trudno polemizować z tym, że zarządzający wrocławskim projektem chcieli się z nimi pożegnać.

To dobrze, że odsunęli liderów.

Jednocześnie źle, że na ich miejsce nie ściągnęli nowych, licząc na to, że w ich buty wejdą chłopaki z rezerw.

Latem ze Śląska Wrocław odeszło dwunastu piłkarzy, na ich miejsce przyszło sześciu, z czego niektórzy, jak Michał Rzuchowski czy Rafał Leszczyński, to z definicji klasyczne uzupełnienia. Łatwo obronić odejście Dino Stigleca, jeśli na jego miejsce ściągnie się kogokolwiek. Trudniej to zrobić, gdy na placu boju zostaje sam Victor Garcia, którego czasem luzują Łukasz Bejger czy Patryk Janasik, którzy nie są lewymi obrońcami. Śląsk Wrocław zrobił po prostu za mało transferów. Grał dwudziestoma piłkarzami. Pozostali służyli mu do poszerzenia kadry.

Pierwsza drużyna nie wytworzyła więc zbyt wielu nowych liderów, ale nie mogła tego zrobić. Zyskała jednego, Johna Yeboaha, bez którego nie utrzymałaby się w lidze. Nikt z drugoligowego zaciągu nie wyróżnił się w ligowej elicie. Adrian Bukowski to piłkarz przezroczysty. Piotr Samiec-Talar to chaos i nieskuteczność. Wielu piłkarzy co najwyżej poszerzało pole manewru, nie notując żadnego epizodu, albo zaliczając symboliczny występ jak wchodzący na minutę Łukasz Gretenstein czy Mateusz Stawny, który został wpuszczony na Raków, odebrał lekcję futbolu i już więcej się nie pojawił. Byli też piłkarze zawieszeni pomiędzy pierwszym zespołem, rezerwami, a CLJ. Tak jak Karol Borys, który uchodzi za największy talent Śląska Wrocław, a nie rozegrał w zeszłym sezonie nawet tysiąca minut, mimo że był przewidziany do trzech drużyn. W dorosłej zaliczył 178 minut, w CLJ 134 minuty i 409 minut w rezerwach. Okazał się za dobry na CLJ-tkę i rezerwy oraz jednocześnie za słaby na zespół Djurdjevicia i Magiery.

APOGEUM ZAPAŚCI KLUBÓW NA DOLNYM ŚLĄSKU

W efekcie Śląsk miał zbyt małą liczbę piłkarzy, by bezstresowo się utrzymać, nie dokonał zmiany pokoleniowej, od której nie ucieknie, bo ta jest niezbędna w kontekście przyszłego sezonu i spadł z drużyną rezerw, która okazała się najgorszym zespołem w drugiej lidze.

PRZESTAĆ WYBIERAĆ NAJPROSTSZE ROZWIĄZANIA

Śląsk ponownie zaufał Jackowi Magierze, po tym jak ten utrzymał go w lidze dzięki wygranym z Miedzią Legnica i Wisłą Płock, wypełniając cel, z jakim wrócił do Wrocławia. Temu samemu Jackowi Magierze, z którego wcześniej również był zadowolony (w krótkiej perspektywie), ale którym zmęczył się w dłuższym horyzoncie czasowym. Szkoleniowiec WKS-u nie został za pierwszym razem zwolniony dlatego, że jest złym fachowcem. W Śląsku uznali wówczas, że Magiera – ze względu na swój charakter i nieustanne gierki psychologiczne – nie jest człowiekiem, z którym, jakkolwiek to brzmi, da się długo wytrzymać. Idealnym na krótki dystans. Męczącym na dłuższy.

I temu samemu Magierze powierzył znowu długodystansową misję.

To proste rozwiązanie, bo Magiera akurat jest pod ręką, ma sukces i jest dobrze postrzegany. Nie twierdzę, że to zły wybór, bo trudno nie cenić tego trenera. Ale jednak nielogiczny. Zwłaszcza, że Magiera nie zrobił takiej furory jak Kuzera, Urban czy Vuković. Po prostu wygrał dwa domowe mecze z najsłabszymi zespołami w lidze. Wyboru nie dokonał dyrektor sportowy, który będzie recenzował pracę szkoleniowca, bo go jeszcze w WKS-ie nie ma. W klubie znowu wiele stoi na głowie, co może niepokoić zwłaszcza z tego powodu, że w ostatnim czasie nie trafiał z trenerami. Po dziesięciu meczach Piotra Tworka, wtedy najgorętszego nazwiska na rynku trenerskim, uznał, że ten jednak się nie nadaje, mimo że swój cel osiągnął (utrzymał się w lidze, jak teraz Magiera). W Śląsku wiedzieli to już po kilku meczach, gdy szatnia zgłaszała zastrzeżenia co do warsztatu szkoleniowca, który chciał bazować głównie na motywacji, ale ta bez merytoryki nie działała. Nie trzeba było wielkiego researchu, by wiedzieć, że jakość treningów czy analiza taktyczna nie są najmocniejszymi stronami tego trenera i na czym innym zbudował on swoją pozycję. Wystarczyło kilka telefonów.

Później Śląsk długo negocjował z Marcinem Broszem, by zostać na lodzie i awaryjnie zatrudnić Ivana Djurdjevicia, o którym akurat zaczęło się robić głośno, bo dobrze wypadł w barażach. Djurdjević również nie wypalił. A potem długo trwał na swoim stanowisku, bo zatrudnienie czwartego trenera obiłoby się echem w całej Polsce. A to przecież niepopularny ruch. Śląsk musi podejmować te popularne.

Nie jest sztuką zatrudnić Tworka, gdy jest o nim głośno i Djurdjevicia, gdy jest o nim głośno. Sztuką jest znaleźć takiego trenera, który ci odpowiada i który jest dla ciebie, w pozytywny sposób, przewidywalny, bo znasz jego dobre i złe strony. Dariusz Sztylka miał na koncie wiele prostych rozwiązań. Podczas swojej kadencji uparł się na młodzieżowców, którzy odbili się od wielkich klubów bądź akademii. Robił transfery z Manchesterem United (Łukasz Bejger), AC Milan (Przemysław Bargiel), Bayernem Monachium (Marcel Zylla), Herthą Berlin (Dennis Jastrzembski), WBA (Maksymilan Boruc), SPAL (Jakub Iskra) czy RB Lipsk (Mateusz Maćkowiak). Ściągnął Javiera Ajenjo Hyjka, który odbił się od Piasta, a wcześniej Atletico Madryt. To nośne i medialnie ruchy. Problem w tym, że praktycznie żaden nie wypalił (może Bejger, ale trudno uznać też, że robi furorę na polskich boiskach).

I znów – nie jest sztuką znaleźć młodzieżowca w czołowej akademii świata, licząc na to, że na niższym poziomie, w Polsce, sobie poradzi. A przy tym zarobi znacznie więcej niż jego rówieśnicy, bo wielka marka w CV podbija jego wartość i oczekiwania. Śląsk zaczął także, jak wszyscy zresztą, ściągać Hiszpanów. Podczas gdy większość grzebie w drugiej lidze, zatrudniając czasami piłkarzy bez wielkiego życiorysu, Śląsk chciał pozyskiwać drogich i dobrych. Taki Caye Quintana miał znakomite CV. Trafił do Śląska świeżo po sezonie w LaLiga2, w którym był podstawowym piłkarzem. Łącznie rozegrał na tym poziomie 82 mecze. Jeszcze lepszym życiorysem mógł pochwalić się Nahuel Leiva. 41 meczów w LaLiga dla Realu Betis i Villarrealu. 98 spotkań na zapleczu hiszpańskiej ligi. Gra w rezerwach Barcelony. Gdybyśmy mieli stworzyć listę najlepszych CV Hiszpanów, jacy zagrali w ostatnim sezonie Ekstraklasy, obaj zapewne znaleźliby się w top 5.

Przy obu na papierze wszystko się zgadzało i nie mogło nie wypalić.

Ale nie wypaliło.

***

Wszystko sprowadza się do jednego kardynalnego błędu popełnionego w zeszłym sezonie, który tym razem może okazać się niewybaczalny. Śląsk nie może uwierzyć w to, że w sezonie 22/23 przydarzył się mu przejściowy kryzys, który w obliczu utrzymania zażegna się sam.

Nie.

Śląsk jest w kryzysie sportowym. Z obecną kadrą – w dodatku bez Yeboaha, bo trzeba kalkulować jego odejście – nie utrzyma się w lidze.

Jest w kryzysie organizacyjnym. Popełnia masę złych decyzji personalnych, których nie może już powielać, bo limit się wyczerpuje.

Jest w kryzysie właścicielskim. Nie wie, na czym stoi.

Jest w kryzysie politycznym, będąc w ogniu samorządowej walki.

Jest na najlepszej drodze do tego, by za niedługo podzielić los Wisły Kraków i Lechii Gdańsk.

WIĘCEJ O ŚLĄSKU WROCŁAW: 

Fot. FotoPyK

Najnowsze

Suche Info

Oficjalnie: Superpuchar Europy na Stadionie Narodowym w 2024 roku

redakcja
1
Suche Info

Neymar chce zwolnić trenera? „To kłamstwa. Nie możecie wierzyć w takie rzeczy”

redakcja
1
Piłka nożna

Krychowiak nie schodzi ze sceny niepokonany, ale też nie odbierajmy mu, co jego

Paweł Paczul
Suche Info

Prezes kolumbijskiego klubu zastrzelony po porażce

redakcja
4
Suche Info

Grzegorz Krychowiak kończy karierę reprezentacyjną

redakcja
Suche Info

Media: Piłkarz Championship na celowniku FC Barcelony

redakcja
4

Ekstraklasa

Ekstraklasa

Trela: Szóstka w totka. Dlaczego tak trudno o kompletnych defensywnych pomocników

Michał Trela
5
Weszło

Czy Magiera odbuduje też Nahuela Leivę? [Kozacy i Badziewiacy]

Paweł Paczul
13
Weszło

Kittel – hit, który może stać się bardzo drogim kitem. Zaległości treningowe, adaptacja i frustracja

Maciej Wąsowski
Ekstraklasa

Legia bohatersko walczyła z problemem, który sama stworzyła

Przemysław Michalak
WeszłoTV

LIGA MINUS od 20.00: Glik zadebiutował w Cracovii. Pamiętamy lepsze debiuty…

redakcja
Weszło

Jeszcze nie złota, ale jest. Hattrick Drachala symbolem triumfu Rakowa

Kamil Warzocha
108