Reklama

Libor Pala. Niespełniony czeski wizjoner

Kamil Warzocha

Autor:Kamil Warzocha

23 marca 2023, 15:25 • 13 min czytania 43 komentarzy

W naszym rankingu najgorszych zagranicznych trenerów w XXI wieku zajął drugie miejsce. Co ciekawe, tuż za swoim rodakiem, Miroslavem Copjakiem. Nie będziemy daleko od prawdy, mówiąc, że to jeden z najdziwniejszych trenerów, jacy kiedykolwiek mieli okazję pracować w Polsce. Zwiedził – bo trudno mówić o czymś więcej – Świt Nowy Dwór Mazowiecki, Lecha Poznań, Ruch Wysokie Mazowieckie, Pogoń Szczecin i Wisłę Płock. Zabawił dłużej tylko w jednym klubie, Polonii Warszawa, którą prowadził przez dwa lata w Młodej Ekstraklasie. To wyjątkowy wyczyn, biorąc pod uwagę fakt, że Libor Pala nie zawsze sprawiał wrażenie człowieka o zdrowych zmysłach.

Libor Pala. Niespełniony czeski wizjoner

Zresztą, brak stabilizacji w karierze trenerskiej to rzecz wpisana w DNA czeskiego szkoleniowca. Tak jak niecodzienne powody, które się na to składają. Chodzi o to, że Pala po prostu był czeską wersją Nikosia Dyzmy w świecie trenerów. Niby coś potrafił, tu i ówdzie zbajerował właściciela czy prezesa, bo przecież zatrudniano go w różnych miejscach, także poza Polską. Lecz, gdy przychodziło co do czego, bywało różnie. Warsztat trenerski to jedno, zaś metody treningowe i relacje z piłkarzami – drugie, osobne zjawisko. Tu tkwi sedno w historii tej postaci, którą po latach wspominamy…

Ze śmiechem na ustach. Mimo wszystko.

Kim był Libor Pala, czeski trener-wynalazek w polskiej piłce?

Pala z linijką

Trochę czasu minęło od 2012 roku, kiedy Pala spadł z „Nafciarzami” z 1. ligi i poszedł w świat. Kto go nie kojarzy, na początku musi wiedzieć, że chyba nie ma na świecie innego Libora Pali, który do futbolu wprowadzałby takie wynalazki z kosmosu. Dosłownie i w przenośni. Jednym z najsłynniejszych była teoria, że zawodnik na określonej pozycji musi mieć konkretny wzrost i wagę. – Ha, ha, ha. Nie ty zdecydowałeś, że odchodzisz, bo to ja zdecydowałem, że ciebie nie chcę! Przecież ty i tak byś u mnie w ogóle nie grał. U mnie skrzydłowy to musi mieć co najmniej 175 centymetrów wzrostu! – powiedział kiedyś do jednego piłkarza Wisły Płock.

Reklama

Na innych pozycjach u Pali piłkarze musieli mieć przynajmniej 180 centymetrów. Każdy niższy zawodnik nie mógł nadawać się do grania w piłkę prosta zasada, prawda? A zatem w procesie szkoleniowym czeskiego wizjonera odpadliby m.in. Messi, Pele, Maradona, Xavi, Iniesta czy Modrić. I patrząc na nasze podwórko, może nawet Piotrek Zieliński. Niby ma równe 180, ale nie daj Boże miarka byłaby źle skalibrowana o jeden centymetr…

Teraz graliśmy mecz z Puszczą i jak popatrzyłem na ich skład, a konkretnie na parametry wzrostowe, śmiałem się, że Libor Pala byłby zachwycony, bo wszyscy mieli powyżej 180 cm, a on tylko takich akceptował – wspomina Kamil Biliński, który grał w Wiśle Płock w czasach trenera Pali.

Mało tego, kiedyś Czech przeprowadzał specjalne testy. W Polonii Warszawa zapraszał młodych zawodników – a jakże – pasujących wzrostem. Jeśli ktoś nie spełniał minimalnych wymogów, nawet jeśli był dobry piłkarsko, mógł co najwyżej z trybun popatrzeć na gierkę wyższych kolegów. Krzysztof Kamiński, obecnie bramkarz Wisły Płock, co prawda nie był na testach dla piłkarzy z pola, ale miał okazję na chwilę zagościć w stolicy: – Dzisiaj, kiedy słyszę o Liborze Pali, pod moim nosem pojawia się uśmieszek. Bardzo barwna postać. Straszne skrajności. Pierwszą styczność z trenerem Palą miałem, kiedy prowadził Polonię w Młodej Ekstraklasie. Pojechałem tam na testy i od razu zobaczyłem, że na treningach jest strasznie dużo krzyków. To była duża różnica względem tego, co znałem wcześniej. Kocioł, bluzgi, wyzwiska. Dostałem obuchem po głowie. Zobaczyłem, że świat piłki seniorskiej może wyglądać trochę inaczej. Potem spotkaliśmy się w Wiśle Płock.

Kamiński dodaje: Wydaje mi się, że trener Pala miał swój pomysł na grę, ale to była prosta piłka, która polegała na zagraniu na wolne pole. Chciał mieć do takiej filozofii mocnych fizycznie zawodników, dlatego kiedyś na testach wszyscy zawodnicy poniżej 180 cm byli odpalani. Pamiętam, że bardzo krytykował napastników. Gdy obrońca nie miał co zrobić z piłką, miał walić długą piłkę w boczny sektor, gdzie miał znajdować się napastnik. Jak go tam nie było, po głowie dostawał… napastnik.

Pala doktor

Libor Pala to unikatowy dziwoląg, choć raczej nieszkodliwy, bo swoimi niestworzonymi metodami nikomu fizycznej (specjalnie zaznaczamy „fizycznej”) krzywdy nie zrobił. Pomińmy te stracony talenty, choć mamy nadzieję, że wtedy odnalazły się gdzieś indziej niż w Polonii. Ba, Czech miał przecież zapędy znachorskie! Chciał leczyć piłkarzy własnymi rękoma, jednocześnie wyprzedzając ówczesne dokonania medycyny. No bo słuchajcie: czy jakiś lekarz proponował wam kiedykolwiek leczenie meteorami? Nie? To najwyraźniej trafiliście pod zły adres.

Reklama

Krzysztof Kamiński, który kilkanaście lat temu także grał w barwach płocczan pod wodzą Libora Pali, wspomina sytuację, w której Czech chciał uleczyć jego kolegę z zespołu: – Słyszałem o czerpaniu energii z drzew, ale też o czerpaniu energii z kosmosu. Tego drugiego byłem świadkiem. Jeden zawodnik miał przedłużającą się kontuzję, chodziło bodajże o mięsień uda. Trener Pala myślał, że on to przeciąga specjalnie, bo nie chce mu się trenować. Dlatego dał mu taki kamyczek, który miał być częścią meteoru. Nie wiem, skąd go miał, ale postraszył tego zawodnika, że jeśli go zgubi, to nigdy się nie wypłaci. Ostrzegł też, że jeśli meteor nie pomoże mu przez tydzień, znaczy to, że musi udawać uraz, bo meteor wyleczy wszystko.

Libor Pala generalnie wykazywał się ponadprzeciętną wiarą w działanie magicznych przedmiotów. Istnieje bowiem jeszcze anegdota, która mówi o leczeniu monetą. Jeden z jego byłych podopiecznych w Polonii miał zbite żebra, na co lekarze powiedzieli: „Panie trenerze, tu trzeba czasu. Zalecamy wizyty u fizjoterapeuty i odpoczynek”. Pala machnął na to ręką i wyciągnął kolejnego asa z rękawa, inny łącznik naszej planety z kosmosem. Wezwał kontuzjowanego piłkarza, kazał mu zdjąć koszulkę i położyć się na łóżku. Zaczął nacierać mu żebra specjalnym olejkiem, wyciągnął z kieszeni pieniążek i powiedział: „Przyklej go tam, gdzie cię boli, najlepiej jakąś taśmą. Chodź tak przez dwa dni. Moneta ściąga energię z kosmosu i będzie cię leczyć w nocy. Za dwa dni wszystko minie”…

– Trenerze, a co z normalnymi zabiegami?
– Odpuść sobie. Ładna medycyna nie poskutkuje, to nie ma sensu. Od teraz to ja będę cię leczył.
– Tym pieniążkiem?!
– Tak! Ty, ale słuchaj, spróbuj go tylko kurwa zgubić, to miesięcznym kontraktem się nie wypłacisz.

Cholera, nie pomogło. Ale to nie była wina trenera Pali, tylko satelit zakłócających przepływ energii z kosmosu.

Pala wizjoner

Nie wiemy, czy Libor Pala w przeszłości naoglądał się Naruto, ale tak się dziwnie składa, że Czech bardzo dużą uwagę przykładał do czakry pobieranej z natury. Wynalazł przełomowy sposób, jak polepszyć osiągi piłkarzy, po czym zaczął wprowadzać go w życie. Skutek? Oczywiście, że natychmiastowy i znakomity. Chodziło o przytulanie drzew i wchodzenie do morza, dzięki którym jego drużyny miały tyle energii, że goliły do zera absolutnie wszystkich. To znaczy: tak miało być według rewolucyjnej koncepcji Pali. Ale rewolucji nie było. Był klops, który po latach możemy obracać w żart.

– Wszędzie wdrażał swoje szalone zasady, do których próbowaliśmy się przystosować. Żył w przekonaniu, że jego filozofie naprawdę mają rację bytu. Kiedyś, podczas biegów w lesie, polecił nam przystanąć i pobierać energię z drzew. Gdybyśmy potem jeszcze tylko wygrywali… Niestety tak kolorowo nie było – wspominał w wywiadzie dla Weszło Mariusz Mowlik, który miał do czynienia z Palą w Lechu Poznań na początku XXI wieku.

To nie wszystko. Libor Pala miał jeszcze kilka innych sposobów, jak odblokować potencjał swoich piłkarzy. Jednych z nich były cotygodniowe zajęcia na basenie: U trenera Pali pierwszy raz spotkałem się z czymś takim, że jak graliśmy np. mecz w sobotę, to w czwartek nie było treningu. Brał nas na basen, na którym kazał nam przez godzinę pływać basen za basenem. Jak nie pływałeś, to gwizdał na ciebie i przywoływał do porządku. Wszystkich miał na widoku. Tylko obcokrajowcy mieli luz. Wtedy w Płocku w większości to byli Brazylijczycy, którzy powiedzieli trenerowi, że nie potrafią pływać. Dzięki temu przez godzinę siedzieli w jacuzzi, a my zapierdzielaliśmy na te baseny.

Kolejna recepta na sukces? Dni wolne, które miały sprytnie rekompensować piłkarzom wszelkie dziwactwa: Trener uwielbiał jeździć w swoje rodzinne strony. Kiedy to robił, dawał drużynie dużo wolnego. Na mecze wyjazdowe bliżej czeskiej granicy jechał autem, żeby potem udać się prosto do Karviny. Zawsze można było się spodziewać, że po meczu dostaniemy dwa dni wolne. To były pozytywy.

Pamiętam, że z jakiegoś meczu wróciliśmy bardzo późno. Była 3 w nocy. Trener zarządził, żeby się przebrać i… zrobić trening biegowy. Następnego dnia chciał jechać do siebie, więc dał nam wolne. Kontakt z szatnią miał słaby, ale dało się na to przymknąć oko, bo dawał te dni wolne. Starsi zawodnicy mówili, że zawsze można było trafić na gorszego trenera. Buntów i wojenek nie było, choć trochę wywrócił szatnię do góry nogami. Jeśli pamięć mnie nie myli, miał np. taką zasadę, że zbiórka odbywała się dwie godziny przed treningiem. Byłem gówniarzem, więc nie przychodziło mi do głowy, żeby marudzić. Trzeba było się dostosować – opowiada Krzysztof Kamiński.

– Dziwna zasada, jaką pamiętam z szatni Libora Pali? Wystawiał oceny jak w szkole po każdym meczu. Wywieszał je potem na tablicy w szatni, żeby każdy to zobaczył. Specyficzny gość – dodaje Kamil Biliński.

Wystarczy jeden rzut oka na CV Libora Pali, żeby stwierdzić, że nad Wisłą niestety nie objawił się czeski Pep Guardiola. Wisłę Płock w 2012 roku spuścił z 1. ligi, a wcześniej w Lechu Poznań zwolnił się sam po sześciu meczach. Tym ostatnim były przegrane derby z Dyskobolią Grodzisk Wielkopolski [1:3 w sezonie 2003/2004]. Wtedy na Bułgarskiej objawiły się słynne białe chusteczki przy akompaniamencie krzyków „Wracaj do domu, hej Pala, wracaj do domu!”. W innych polskich klubach było podobnie. Słowem: nikt za Palą nie miał prawa zatęsknić.

Pala generał

Mogłoby się wydawać, że człowiek czerpiący energię z natury powinien emanować spokojem, ale nie w przypadku Libora Pali. Momentami to był furiat. Człowiek trudny do zrozumienia, na pewno ostry w relacjach międzyludzkich. Sorry, jakich relacjach – z różnych anegdot z przeszłości można wywnioskować, że takowe właściwie nie istniały. Czech w każdym klubie był dosłownie bombą zegarową, która po drodze wyrzuca z siebie granaty odłamkowe.

Przykład specyficznego podejścia Pali pamięta Kamiński: Raz dostałem mocną zjebkę od trenera Pali. Pamiętam, że graliśmy wtedy w Bytomiu i wynik nie układał się po naszej myśli [0:2, przyp. red.]. Trener w czasie meczu „wyciągał” jednego, drugiego i trzeciego, żeby każdemu wrzucić jakiś kamyczek. Do mnie krzyknął: „A ty co, już głową w Wiśle Kraków? Już odchodzisz?!”. Ja robię wielkie oczy, nie wiem, o co chodzi, bo z nikim o żadnym transferze nie rozmawiałem. Trener zaczął do mnie strzelać, że już nową przyszłość sobie układam. Nie wiem, czy on sobie to wymyślił, czy dotarła do niego jakaś plotka. Albo może dostał sygnał z Marsa.

W Polonii Libor Pala był jak generał, który podwładnym robił suszarkę za najmniejsze, niekoniecznie istotne szczegóły. Raz w trakcie meczu posłał do rozgrzewki kilku rezerwowych, ale jednemu przyglądał się dłużej. Nagle wykrzyczał wiązankę bluzgów: „A ty kurwa co? Co ty sobie kurwa myślisz? Czemu ty kurwa jesteś nieprzygotowany? Wypierdalaj mi stąd, spieprzaj do szatni!”. Piłkarze byli w szoku.

– Ale trenerze, o co panu chodzi?!
– Przecież ty masz kurwa sznurówki niezawiązane! Jak ty chcesz w ogóle grać? Spierdalaj do szatni!

W przerwie meczu Pala podszedł do tego zawodnika, wysilił się na uśmiech, złapał go za głowę i powiedział: „I co kurwa, nie miałeś jeszcze takiego trenera, jak ja, co?”.

Pala szaleniec

Libor Pala nie przebierał w słowach, kiedy przychodziło do opieprzania piłkarzy. Z perspektywy czasu można by nawet mówić o mobbingu i charakterologicznym podobieństwie do szaleńca, jakim jest dobrze znany w Krakowie Peter Hyballa. Gdyby w alternatywnej rzeczywistości obaj panowie stworzyli duet trenerski, z drużyny nie byłoby czego zbierać. Jedna część wylądowałaby na Księżycu, druga w wariatkowie, a trzecia zapewne chodziłaby po sądach. Co do samego Pali, nie ma w tym przesady, gdy przypomnimy sobie kolejne historie z przeszłości.

Pala miał na pieńku z kilkoma zawodnikami w Płocku. Do jednego regularnie krzyczał na treningach: „Ty chuju, ty kutasie, w dupie ci się pojebało”. Pewnego dnia piłkarz nie wytrzymał, zawinął się od razu z treningu i wylądował w gabinecie prezesa z prośbą o rozwiązanie kontraktu. Pala dostał burę od przełożonego i musiał przeprosić zawodnika w obecności prezesa. Zamiast tego, powiedział: „Spierdalaj stąd, nigdy u mnie już nie zagrasz!”. Dzień później przeprosił go przy wszystkich.

Innego piłkarza czeski szkoleniowiec namawiał do pozostania w klubie, choć wcześniej rugał go niemiłosiernie. Klub przedstawił niezłą propozycję przedłużenia kończącej się umowy, na co Pala zareagował w typowy dla siebie sposób: „Co ty kurwa myślisz, że taką gwiazdą się zrobiłeś? Pierdolę to, jak grałeś u Broniszewskiego, pierdolę Broniszewskiego! U mnie tak opierdalał się nie będziesz.” Pala uważał, że jak zwyzywa delikwenta i powie zarządowi, żeby go zatrzymać, to ten zostanie. Ostatecznie nie został, a Pala i tak powiedział mu na odchodne, że go nie chciał.

Pala w pewnym momencie pracy w Wiśle Płock nie chciał też swojego asystenta. Obraził się na niego. Zapowiedział koniec współpracy, gdy ten [Marek Końko] poszedł do rywali… pogratulować im dobrej gry. „Ja nie chcę takiego asystenta. Z kim on trzyma?” – mówił Czech po meczu z Legionovią. Co więcej, mniej więcej w tym samym okresie zadzwonił do Weszło, bo nie spodobały mu się artykuły na jego temat. Wykrzykiwał przez słuchawkę, że wie, że to są teksty na zlecenie i wie, że podkablował go jeden z trenerów. Sprytnie połączył kropki, zrzucając dodatkową winę na trenera Końkę, największego zdrajcę narodu! Oczywiście to było pudło.

No i ostatnie rewelacje z uniwersum Libora Pali, swoista wisienka na torcie. W sezonie 2011/2012 jednym z bramkarzy „Nafciarzy” był Jacek Skrzyński, który jesienią nie grał z powodu kontuzji. Miał wrócić do treningów w styczniu, ale po konsultacji z lekarzem okazało się, że potrzebuje jeszcze jednego miesiąca. Co na to Pala? Nie zgadliście: Skrzyński nie dostał karnetu na specjalny masaż meteorami. Skończyło się konfliktem. „W takim razie od dziś nie jesteś mi potrzebny. Możesz iść do prezesa rozwiązać kontrakt i stąd wypierdalać!” – usłyszał 21-letni bramkarz. Pala zabronił mu przychodzenia na obiady z pierwszym zespołem, kazał wynieść rzeczy do szatni gości i pozwolił rehabilitować się tylko tam lub w korytarzu klubowym. Warunek był jeden: nie może pojawiać się w klubie w tym samym czasie, co pierwszy zespół.

Skrzyński przyszedł do szatni gości w niedzielę rano. Robił indywidualne ćwiczenia. Nagle do pokoju wchodzi Pala:

– Co ty tutaj robisz?! Drugi zespół ma trening?
– Nie, mają wolne.
– To ty też masz wolne. Zabieraj stąd rzeczy i zjeżdżaj.
– Ale w czym ja panu przeszkadzam?
– Ty tu nie jesteś od zadawania pytań. Możesz być w klubie wtedy, jak nikogo nie ma z pierwszej drużyny.
– Przecież nikt tutaj nie wchodzi! A jeśli już, to tylko ci testowani. Mam swój kąt do rehabilitacji, nikomu nie przeszkadzam, nikomu nie staję na drodze.
– Już ci mówiłem: spieprzaj stąd i zabieraj swoje rzeczy. Bo jak nie… Bo jak nie, to wezwę ochronę! Zaraz tu przyjdą i cię wyprowadzą. Chcesz tego? No, powiedz, chcesz? Chcesz sobie wstydu narobić?
– To ty chłopie wstydu sobie narobisz. Ja jestem przecież wciąż piłkarzem Wisły.
– Nie obchodzi mnie to. Mogłeś jesienią pokazać, ile jesteś wart.
– Byłem przecież kontuzjowany!
– Nie obchodzi mnie to. Mogłeś pokazać się jesienią… Mówię po raz ostatni: zabieraj się stąd! Ale już!
– Facet, co ty za sceny urządzasz? Mam swoje problemy, więc mnie zostaw w spokoju. A ty swoich problemów nie masz?
– Wypierdalaj stąd, głupi chuju!

Kilka miesięcy później w klubie nie było już obu.

Swoją niecodzienną historię na polskich boiskach Libor Pala zwieńczył spadkiem z Wisłą Płock, po czym ruszył podbijać ligę libańską. Teraz pracuje w Czechach, dorabia w niższych ligach. Co prawda morza do pobierania energii tam nie ma, ale też jest zajebiście.

Więcej o czeskiej piłce:

Fot. Newspix

W Weszło od początku 2021 roku. Filolog z licencjatem i magister dziennikarstwa z rocznika 98’. Niespełniony piłkarz i kibic FC Barcelony, który wzorował się na Lionelu Messim. Gracz komputerowy (Fifa i Counter Strike on the top) oraz stały bywalec na siłowni. W przyszłości napisze książkę fabularną i nakręci film krótkometrażowy. Lubi podróżować i znajdować nowe zajawki, na przykład: teatr komedii, gra na gitarze, planszówki. W pracy najbardziej stawia na wywiady, felietony i historie, które wychodzą poza ramy weekendowej piłkarskiej łupanki. Ogląda przede wszystkim Ekstraklasę, a że mieszka we Wrocławiu (choć pochodzi z Chojnowa), najbliżej mu do dolnośląskiego futbolu. Regularnie pojawia się przed kamerami w programach “Liga Minus” i "Weszlopolscy".

Rozwiń

Najnowsze

EURO 2024

Robert Pires pochwalił Polaków za mecz z Holandią: – To była duża niespodzianka

Arek Dobruchowski
3
Robert Pires pochwalił Polaków za mecz z Holandią: – To była duża niespodzianka
EURO 2024

Janczyk z Niemiec: Reprezentacja odzyskanej radości. Polska wierzy, że można

Szymon Janczyk
1
Janczyk z Niemiec: Reprezentacja odzyskanej radości. Polska wierzy, że można

Piłka nożna

EURO 2024

Robert Pires pochwalił Polaków za mecz z Holandią: – To była duża niespodzianka

Arek Dobruchowski
3
Robert Pires pochwalił Polaków za mecz z Holandią: – To była duża niespodzianka
EURO 2024

Janczyk z Niemiec: Reprezentacja odzyskanej radości. Polska wierzy, że można

Szymon Janczyk
1
Janczyk z Niemiec: Reprezentacja odzyskanej radości. Polska wierzy, że można

Komentarze

43 komentarzy

Loading...