Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Skrzypczak o golu z połowy: Podpuszczaliśmy się – daj za kołnierz. To dałem

Szymon Janczyk

Autor:Szymon Janczyk

25 lipca 2022, 15:36 • 10 min czytania 0 komentarzy

Szymon Skrzypczak dokonał czegoś, co nie zdarza się zbyt często — strzelił gola z połowy boiska, wykorzystując wznowienie ze środka gry do przelobowania bramkarza. Jaki proces myślowi prowadzi do takiego trafienia? Czy napastnik Chojniczanki zamieniłby je na kilkadziesiąt bramek więcej na przestrzeni całej kariery? Jak z podopiecznymi obchodził się Adam Nawałka i kto pilnował Piotra Zielińskiego w internacie Zagłębia Lubin? Zapraszamy na rozmowę z autorem gola sezonu na zapleczu Ekstraklasy.

Skrzypczak o golu z połowy: Podpuszczaliśmy się – daj za kołnierz. To dałem

Ile telefonów odbiera piłkarz, który strzela bramkę z połowy boiska?

Zaskoczę cię: tylko ty do mnie zadzwoniłeś. Były jeszcze jakieś numery, ale mam teraz dużo na głowie, załatwiam wiele rzeczy niezwiązanych z piłką i nie oddzwaniałem do wszystkich, więc do końca nie wiem.

Dla mnie to nawet lepiej. Pytanie retoryczne: to był najładniejszy gol w karierze?

Mam kilka ładnych bramek w repertuarze, które pamiętam, ale ten był niecodzienny, niespotykany, więc można tak powiedzieć.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

A te inne?

Pamiętam mecz Odry Opole z Podbeskidziem Bielsko-Biała w 1. lidze. Dostałem piłkę od Kuby Modera, który wtedy z nami grał i przelobowałem bramkarza z trzydziestu metrów, w trakcie akcji. To takie bramki, że to nie jest przypadek. To nie tak, że ktoś naciągnie procę, trafi w widły i mówi, że tak chciał. Taki mierzony strzał trzeba mieć, to świadome zagranie.

Jasne, ale jak mielibyśmy wycenić ile procent szczęścia, a ile umiejętności jest w takiej bramce, to jak by to wyglądało?

Główną zasadą jest podjęcie decyzji w ułamku sekundy, bo czas ucieka, a bramkarz się cofa. Za decyzją idzie potem wykonanie. Ja chciałem zrobić tak, jak potem wyszło. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że stać mnie na takie pomysły. Nie mam pojęcia, jakbym miał to wycenić. Nie wiem, czy gdybym wziął teraz dziesięć piłek i uderzył, to wpadłoby tak samo, jak wtedy, ale na pewno taki był cel. Koledzy się śmiali, żebym to powtórzył na treningu, ale powiedziałem im, że raz już widzieli, a jak nie, to mogą obejrzeć powtórkę w internecie.

Takie strzały rzadko ćwiczy się na treningach.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Nie no, nie ćwiczy się. Ale faktem jest, że od kilku lat zawsze zwracam uwagę na to, jak ustawiony jest bramkarz przy wznowieniu gry ze środka. Z Tomkiem Mikołajczakiem zawsze się wtedy podpuszczamy: dawaj, daj mu za kołnierz. Teraz się udało! Ryzyko jest, ale tylko takie, że stracimy piłkę, tak jak w normalnej akcji. Zanim położyłem piłkę, zauważyłem, że bramkarz jest wysunięty, wziąłem pod uwagę wiatr w plecy i wyszło jak wyszło.

Udało się potem porozmawiać z Kacprem Daną?

Niestety nie, bo w trakcie meczu zderzył się z kimś i znieśli go z boiska. Rozmawiałem z kolegami z GKS-u Tychy, że wrócił do szatni i nic mu nie jest. Rozmawiałem tylko z trenerem GKS-u, Dominikiem Nowakiem, z którym minąłem się na korytarzu. Zamieniliśmy parę słów, emocje już opadły, więc podszedł do tego bardziej żartobliwe.

Sprawdzał pan już jak wysyła się nominacje do Nagrody Puskasa?

Kompletnie nie wiem, o czym mówimy!

To nagroda od FIFA dla autora najładniejszej bramki w sezonie.

Okej, nie miałem o tym pojęcia. Jak ktoś mnie zna bliżej, to wie, że nie bardzo interesuję się światem piłkarskim. Uprawiam ten sport, ale aż tak w tym nie siedzę. Bardziej żona wysyłała mi to, jak pokazują tę bramkę w mediach i jak krąży po internecie. Oglądam mecze, lubię to, mam pełno kolegów-piłkarzy, ale nie zagłębiałem się w takie konkursy.

Pana pierwsze i ostatnie trafienie na zapleczu Ekstraklasy dzieli ponad 10 lat, ale bramek na tym poziomie jest tylko 25. Zamieniłby pan to trafienie na — dajmy na to — drugie tyle goli w pierwszej lidze?

Wiadomo — bramka ładna, ale każdy gol cieszy, nieważne czym i jak się strzeli. Wolałbym regularnie strzelać niż mieć jedno ładne trafienie. Na pewno chciałbym mieć większą liczbę bramek. A jak to idzie w parze — dużo goli i do tego ładnych, to już w ogóle jest bajka!

Skoro wspomniałem o pierwszym golu. Strzelił go pan dla Ruchu Radzionków.

Byłem w akademii Zagłębia Lubin, nie dostałem szansy zagrania w Ekstraklasie, mimo że jeździłem na obozy z pierwszym zespołem. Poszedłem na wypożyczenie, to była fajna ekipa. Grał tam świętej pamięci Piotr Rocki, bracia Mak, Marcin Krzywicki. To były moje pierwsze kroki w lidze, poznałem fajnych ludzi. Piłkarsko nie był to tak dobry okres: strzeliłem dwie bramki, na koniec złapałem czerwoną kartkę i w kolejnym klubie musiałem pauzować dwa spotkania. Do momentu przenosin do Górnika Polkowice nie miałem zbyt wielu momentów owocnych w bramki i dobre wspomnienia.

Jak się czuje młody zawodnik, który dzieli szatnię z uznanymi nazwiskami?

Nigdy nie miałem problemów, zawsze łapałem kontakt ze starszymi zawodnikami. Miałem charakter i broniłem się na boisku – tak patrząc z perspektywy czasu. Teraz, gdy sam jestem doświadczonym piłkarzem, nie zamykam się na nikogo, ale boisko weryfikuje. Najłatwiej zasłużyć sobie na szacunek starszyzny na boisku.

Czyli to nie był taki rodzaj “przewózki” w stylu np. Kacpra Kozłowskiego?

Bardziej spokojnie i ostrożnie. To były inne czasy, każdy znał swoje miejsce w szeregu. Zawodników się nie głaskało, na zaufanie i obecność w zespole trzeba było sobie zapracować, inaczej byłeś na uboczu. Młody myślał dwa razy zanim coś powie, teraz mówi co ślina na język przyniesie. Zachowania też się zmieniły.

Ale grono młodzieżowe mieliście mocne – bracia Mak, Michał Nalepa, Bartosz Kwiecień…

Kilku zawodników do teraz gra na wysokim poziomie. To była drużyna montowana na nowo, to wygląda inaczej niż gdy zespół jest gotowy i dwie-trzy osoby do niego dołączają. Nie chcę skłamać, ale wtedy było może dziesięć osób z klubu. Reszta dołączyła jako “nowi”, trzeba było się poznać, nawiązać relacje.

Kto miał największy talent z tych chłopaków?

“Maczki” fajni w szatni i na boisku. Pamiętam, że był też z nami Mateusz Cieluch, bardzo dobrze się zapowiadał. Był w podobnym wieku do mnie. Ja największy szacunek miałem do Piotra Rockiego, fajnie, że mogłem stawiać pierwsze kroki obok takiej osoby. Siedziałem z nim czy z Adamem Giesą, dużo się dowiedziałem, posłuchałem opowieści…

Artur Skowronek, wasz trener, miał wtedy 29 lat. Jak sobie radził?

Miał świeże podejście. Potrafił po meczu przyjść do szatni, poklepać po plecach, usiąść jak z kolegami. Bardzo dobrze go wspominam. Jego wiek był raczej atutem. Wtedy w Ruchu Radzionków nie można było wybierać zawodników z całej Polski, nie było świetnej infrastruktury. Podszedł do tego na spokojnie, był młodym trenerem, ale pomógł.

Pański kolega z Ruchu, Rafał Zaborowski, zrobił egzotyczną karierę. Ostatnio przytrafił mu się nawet Bangladesz. Widziałby pan siebie w takiej roli?

Nie. Teraz mam już dwójkę dzieci, nie zostałbym obieżyświatem. Kilkanaście lat temu? Miałem możliwość wyjechania do Norwegii gdy byłem jeszcze w Zabrzu, ale żona była wtedy w ciąży z pierwszym dzieckiem i się na to nie zdecydowałem. Sportowo i życiowo dobrze się czułem i czuję w Polsce.

Zaborowski o Bangladeszu: Kibice robili ze mną selfie nawet na treningu

A czego zabrakło, żeby miał pan tyle spotkań w Ekstraklasie, ile np. Bartosz Kopacz?

Doświadczenia. Większość zawodników powie to samo: gdybym miał wtedy to doświadczenie i luz, które mam teraz, to potoczyłoby się inaczej. Ale tak nie było, każdy musiał przejść swoją drogę i coś z tego wyciągnąć. Nie czuję do siebie urazy, potoczyło się tak i tyle. Cieszę się, że miałem okazję zagrać na najwyższym poziomie w Górniku Zabrze, przy takich zawodnikach i trenerach. Kilka bramek strzeliłem, to też cieszy, chociaż wiadomo, że chciałoby się brać pełnymi garściami. Też nie było tak, że zmieniałem kluby jak rękawiczki, tylko spędzam w nich kilka ładnych lat, bronię się sportowo.

Ciężko było się przebić w Górniku Zabrze u Adama Nawałki?

Tak, bo w Górniku Polkowice strzeliłem wiele bramek, a pamiętam, że przez pierwsze pół roku nie mogłem się nawet odkręcić. Taki był poziom pracy. Trenowałem w Ekstraklasie w Zagłębiu Lubin, ale u trenera Nawałki nie było zmiłuj — nie grasz, to schodzisz do rezerw, cały czas na obrotach. To mnie wzmocniło, bo do teraz jestem w czołówce, jeśli chodzi o wszelkie wydolnościowe testy, unikam też kontuzji. Swoje trzeba przeżyć i wyciągnąć z tego wnioski. Tamten okres otworzył mi oczy na pracę i to podtrzymuję.

Trener był dla pana surowy?

Osobiście nie, ale pracowaliśmy dość długo i było kilka takich historii związanych z innymi osobami. Nie miało znaczenia, ile ktoś ma lat, liczyło się boisko. Pamiętam sytuację z Łukaszem Madejem, wziął go za rękę jak juniora, zaczął go przestawiać. To był doświadczony zawodnik, ale nie było świętych krów, każdy to wiedział.

Angulo, Nakoulma – kto był lepszy?

Patrząc na okres, w którym nie było mnie już w Zabrzu, to Angulo. Miałem okazję trenować z nim przez krótki czas. Nakoulma miał swój luz, trener Nawałka trochę przymykał na niego oko. Musiał mieć spokój i wtedy grał bardzo dobrze.

Górnik Polkowice to najlepsze wspomnienie z kariery? Miło być królem strzelców, nawet w drugiej lidze.

Ten okres otworzył mi możliwość gry grania w Ekstraklasie, mogłem zaistnieć w piłce. Pamiętam, że już po pierwszej rundzie pojechałem na obóz z Zagłębiem, trener Pavel Hapal wziął mnie jednak do siebie i powiedział, że pierwszym wyborem będzie Michal Papadopulos, że przede mną będzie ktoś jeszcze. Stwierdziłem, że nie chcę trenować i czekać, wróciłem do Polkowic i w drugiej rundzie dołożyłem kilka kolejnych bramek. Czułem wtedy zaufanie, grano na mnie piłki, miałem sporo okazji. Styl gry był ofensywny, drużynę objął wtedy Adam Buczek, który chciał ściągnąć jak największą liczbę zawodników, którzy zdobyli dwa mistrzostwa Polski juniorów z Zagłębiem. Faktycznie tak było, a my znaliśmy się z chłopakami nawet ze szkoły, więc z łatwością rozumieliśmy się na boisku.

Buczek: Dobra runda juniora w 3. lidze to znak, że może pójść wyżej

Zagłębie to była wówczas kuźnia talentów. Trenował z wami nawet Piotr Zieliński.

Chodziłem do klasy z jego bratem, Pawłem. Piotrek był w pokoju obok, Paweł go trochę “nadzorował”. Swoje lata w internacie przeżyliśmy. Nie każda z osób, która zdobyła mistrzostwo Polski, przebiła się potem do pierwszego zespołu, mimo że to było naszym celem. Akademia Zagłębia była wtedy uważana za najlepszą i taką była. Zawodników ściągano z całej Polski. Do tej pory co roku spotykamy się we Wrocławiu z członkami tamtej ekipy – Pawłem, Arkadiuszem Woźniakiem, Adrianem Rakowskim, Michałem Łaskim, Danielem Signatowiczem.

Piotrka można było podziwiać jako zawodnika?

Zwróciłem uwagę na to, że nie miało dla niego znaczenia, czy gra prawą, czy lewą nogą. To było fascynujące, bo każdy ma jakąś nogę wiodącą, a Piotrek potrafił zagrywać stałe fragmenty obiema nogami. Trzeba coś takiego mieć, wytrenować. Dopiero zaczynał trenować z Młodą Ekstraklasą, ale to zapamiętałem. Tym transferem do Włoch przetarł trochę szlaki, bo wtedy nie wyjeżdżało się z Polski tak wcześnie. Rodzice Pawła i Piotrka mieli jednak głowę na karku, nadzorowali to wszystko i dobrze to przemyśleli.

Który sezon był w pańskim wykonaniu lepszy – ten w Polkowicach, o którym już rozmawialiśmy, czy pierwszy po spadku Chojniczanki? W obydwu przypadkach bramek i asyst było łącznie 26, ale detale trochę się różnią.

Poziom drugiej ligi w tym momencie i dziesięć lat temu, to duży przeskok. Teraz jest ona na tyle wyrównana, że trudniej tu o zdobywanie bramek, kreowanie sytuacji. Tak samo jest w pierwszej lidze – dziesięć lat temu to była liga bardziej “kopana”. Teraz zespoły próbują grać technicznie, lepiej taktycznie, jakość rośnie. To już nie jest kopanina, takie “łubudu”. Indywidualnie ten sezon w Chojnicach był udany, mimo że nie udało się wtedy awansować. Cieszę się, że podtrzymuję regularność.

Liga jest coraz mocniejsza również dzięki takim firmom jak Wisła Kraków. Taki wyjazd będzie wydarzeniem?

Na pewno, nikt nie podważa tego, jaka to marka, nawet jeśli ktoś Wisły nie lubi i jej nie kibicuje. Nie ma piłkarza, który powiedziałby, że nie będzie fajnie tam pojechać i zagrać.

Co zadowoli Chojniczankę w tak silnie obsadzonej lidze?

Trzeba mierzyć siły na zamiary. Chcemy się zadomowić w lidze, nie awansowaliśmy po to, żeby zaraz spaść.

WIĘCEJ O 1. LIDZE:

SZYMON JANCZYK

fot. Newspix

Nie wszystko w futbolu da się wytłumaczyć liczbami, ale spróbować zawsze można. Żeby lepiej zrozumieć boisko zagląda do zaawansowanych danych i szuka ciekawostek za kulisami. Śledzi ruchy transferowe w Polsce, a dobrych historii szuka na całym świecie - od koła podbiegunowego przez Barcelonę aż po Rijad. Od lat śledzi piłkę nożną we Włoszech z nadzieją, że wyprodukuje następcę Andrei Pirlo, oraz zaplecze polskiej Ekstraklasy (tu żadnych nadziei nie odnotowano). Kibic nowoczesnej myśli szkoleniowej i wszystkiego, co popycha nasz futbol w stronę lepszych czasów. Naoczny świadek wszystkich największych sportowych sukcesów w Radomiu (obydwu). W wolnych chwilach odgrywa rolę drzew numer jeden w B Klasie.

Rozwiń

Najnowsze

Hiszpania

Hiszpania poznała się na Piątkowskim. Dobre było tylko pierwsze wrażenie…

Dominik Piechota
2
Hiszpania poznała się na Piątkowskim. Dobre było tylko pierwsze wrażenie…

Felietony i blogi

Ekstraklasa

Trela: Transferowe historie sukcesu w Ekstraklasie. Czego mogą nauczyć polskie kluby?

Michał Trela
4
Trela: Transferowe historie sukcesu w Ekstraklasie. Czego mogą nauczyć polskie kluby?
Ekstraklasa

Mistrz Polski pisze, że jest średniakiem. Dla Legii czy Lecha to odwaga nie do pomyślenia

Wojtek Kowalczyk
67
Mistrz Polski pisze, że jest średniakiem. Dla Legii czy Lecha to odwaga nie do pomyślenia

Komentarze

0 komentarzy

Loading...