Reklama

Lekkoatletyczne MŚ. Czykier czwarty na świecie, Sułek powalczy o medal!

Sebastian Warzecha

Autor:Sebastian Warzecha

18 lipca 2022, 06:39 • 9 min czytania 0 komentarzy

Damian Czykier został drugim Polakiem w historii, który dostał się do finału biegu na 110 metrów przez płotki na mistrzostwach świata i pierwszym… który w tym finale pobiegł. Ewa Swoboda rywalizację na płaskiej setce zakończyła za to na półfinale, ale mówiła, że jest z siebie zadowolona. Wszystkich najbardziej zachwyciła jednak Adrianna Sułek, która w znakomitym stylu przeszła przez pierwszy dzień rywalizacji siedmioboistek i obrała kurs na rekord życiowy, a może nawet na podium mistrzostw świata. W nocy Polacy w Eugene zaprezentowali się naprawdę z dobrej strony.

Lekkoatletyczne MŚ. Czykier czwarty na świecie, Sułek powalczy o medal!

Kaczmarek pokazała moc

W sesji porannej – czy też, dla nas, wieczornej – najbardziej interesowały nas dwie rzeczy: pierwsze trzy konkurencje siedmioboju z udziałem Adrianny Sułek i eliminacje biegów na 400 metrów. Na razie zajmijmy się biegami. Od razu napiszmy – męskie eliminacje nie wypadły dla nas dobrze. Kajetan Duszyński, czyli nasz jedyny reprezentant, choć dużą część dystansu biegł, wydawałoby się, na awans, w końcówce kompletnie osłabł. Sam jednak powiedział, że nie ma żadnych wymówek i po prostu musi się poprawić. I na tym temat jego startu zamknijmy.

Bo oczywistym było, że znacznie ciekawiej powinny wyglądać starty Natalii Kaczmarek oraz Anny Kiełbasińskiej. I to z dwóch powodów.

Po pierwsze, obie są kandydatkami do finału tej konkurencji. Ba, Kaczmarek jest nawet – i to, podkreślmy, zdaniem ekspertów z samych Stanów Zjednoczonych – jedną z zawodniczek, które mogą otrzeć się o podium. Zwykle typuje się, że powinna zająć miejsca 4-5. Więc to jedna, bardzo istotna rzecz. Druga? Po „dramie”, jaka rozpętała się przy okazji startu sztafety mieszanej 4×400 metrów, byliśmy bardzo ciekawi, jak zaprezentują się obie Polki i czy jakkolwiek negatywnie to na nie wpłynęło. Okazało się, że ani trochę.

Reklama

Orlen baner

Kaczmarek zaliczyła swój bieg na wielkim spokoju, wydawała się startować bardzo rozluźniona. A i tak wybiegała drugi rezultat w karierze – 50.21 s. Przegrała tylko ze Stephenie Ann McPherson – i w swoim biegu, i w ogóle, bo jej czas był drugim najlepszym ze wszystkich biegów eliminacyjnych. Wobec takiego pokazu siły coraz bardziej realne wydaje się być przebicie granicy 50 sekund. Przypomnijmy – tego dokonała do tej pory tylko jedna Polka. Pewnie kojarzycie – nazywała się Irena Szewińska.

– Niezły początek. Wiedziałam, że jestem dobrze przygotowana i że trafiłam na mocną serię eliminacyjną. Wiedziałam, że są w niej solidne zawodniczki, w formie na rekordy życiowe. To się potwierdziło. Żeby wejść do półfinału na igrzyskach musiałam pobiec 51.00 s, tutaj 50.20. Ale cieszy mnie to, bo widać, że jestem w formie i mam nadzieję, że dalej będę to pokazywać. Udało się pobiec swoje. W każdym starcie biegam teraz w okolicach swoich najlepszych wyników. To jest optymistyczne – mówiła po swoim biegu Kaczmarek przed kamerą TVP.

A Kiełbasińska? Ona czas miała gorszy – 50.63 s – choć do ostatnich metrów walczyła o wygraną w swoim biegu. To wciąż jednak świetny rezultat, z którego na pewno można sporo urwać. Na razie Ania urwała przede wszystkim temat sztafety mieszanej, nie chcąc komentować całej sytuacji. Powiedziała tylko, że wszystko opisała w swoim oświadczeniu, a poza tym to już przeszłość, a ona skupia się na tym, co w przyszłości.

Miejmy więc nadzieję, że w tej przyszłości pojawią się medale mistrzostw świata.

Życiówka za życiówką

Drugi najlepszy wynik w karierze. Jedna wysokość od wyrównania najlepszego rezultatu w karierze. Życiówka (a właściwie trzy w trzech pchnięciach). I do tego jeszcze jedna życiówka. Tak wyglądały starty Adrianny Sułek w czterech pierwszych konkurencjach siedmioboju. Polka, którą uważano przed mistrzostwami za zawodniczkę z szerokiego grona kandydatek do podium – choć zwykle mówiono, że już pierwsza szóstka będzie dla niej wielkim sukcesem – zajmuje aktualnie lokatę tuż za pudłem. I zapowiada, że jeśli tylko będzie na nie cień szansy, to nie odpuści.

Reklama

– Jeżeli przed biegiem na 800 metrów będę na podium z choćby punktem przewagi, to nie oddam tego miejsca, nawet jakby trzeba było pobiec 2:02 [życiówka Adrianny to… 2:07.92 – przyp. red.] czy szybciej. Najpierw jednak czeka mnie jeszcze skok w dal i rzut oszczepem – a dziewczyny i skaczą, i rzucają daleko. Nie mam się jednak na razie czego obawiać. Robię swoje. Przed startem na 800 metrów zobaczymy, o co będę walczyć i co będę musiała zrobić – mówiła na antenie TVP.

CZYTAJ TEŻ: ADRIANNA SUŁEK. NOWA TWARZ POLSKIEJ LEKKIEJ ATLETYKI?

Jak na razie Sułek jest jednak niesamowita. W biegu na 100 metrów przez płotki zanotowała drugi w karierze rezultat, 13.28 s, otwierając siedmiobój lepiej, niż się tego spodziewano. W skoku wzwyż osiągnęła 189 centymetrów (przy życiówce 192)  – i był to drugi wynik tej konkurencji, wyżej skakała dziś tylko Nafissatou Thiam, ale to zawodniczka, która w karierze przekraczała nawet dwa metry. W dodatku Polka mówiła, że miała problemy zdrowotne. – To był nerwowy konkurs w moim wykonaniu. Mam też drobny uraz, nie będę mówić o konkretach, ale czułam ból przy skokach. Nie odpuszczę jednak, będę walczyć. Uważam, że najlepsze przede mną.

Jak dodała – o jej dyspozycję w pozostałych konkurencjach nie ma jednak obaw. Zresztą potwierdziła to jeszcze tego samego dnia. W pchnięciu kulą życiówkę ustanawiała… trzykrotnie! Już jej pierwsza próba, 14.06 m, była znakomita. W drugiej pchnęła jednak o pięć centymetrów dalej, a w trzeciej dołożyła kolejne dwa centymetry. I zatrzymała się – jak na razie – na wyniku 14.13 m. A przed mistrzostwami świata nigdy nie pchnęła nawet 13.80!

Po przerwie między sesjami, gdy zawodniczki wyszły jeszcze na bieg na 200 metrów, dołożyła do tego wszystkiego kolejną życiówkę. Pobiegła w czasie 23.77 s. Inna sprawa, że mimo tego spadła w aktualnej klasyfikacji z podium. A to przez to, że doskonale dwusetkę pobiegła Anna Hall. Sułek za to – mimo najlepszego w karierze rezultatu – nie była do końca zadowolona.

– Zadowolona jestem na pewno z kuli. Trzy rekordy życiowe i, kiedyś dla mnie niewyobrażalna, granica 14 metrów została przekroczona. Nie jestem za to zadowolona z biegu na 200 m. Moje treningi na przestrzeni ostatnich tygodni wskazywały, że jestem w stanie pobiec szybciej. Muszę porozmawiać z trenerem, może popełniłam błędy. Ale to też jednak życiówka – mówiła. Ogółem jednak pierwszy dzień rywalizacji może uznać za niezwykle udany i sama twierdzi, że myśli o rekordzie Polski, choć przed nią jeszcze między innymi niezbyt lubiany przez nią rzut oszczepem.

Z tego powodu zarówno w przypadku mówienia o rekordzie kraju – wiekowego, to wynik Małgorzaty Nowak z 1985 roku (6616 punktów) – jak i walce o podium (na ten moment traci do niego ledwie 9 oczek) zalecamy jeszcze ostrożność. Faktem jest jednak, że rośnie nam wybitna wieloboistka, która już teraz rywalizuje z najlepszymi na świecie. A przecież niezmiennie się rozwija i poprawia – tak jak tego pierwszego dnia – swoje życiówki.

Jeśli pójdzie tak dalej… to rany, co to będzie na igrzyskach w Paryżu?

Polska szkoła sprintu

Szczerze powiedziawszy – jeszcze rok temu nie sądziliśmy, że będziemy się na tych mistrzostwach aż tak emocjonować biegami na najkrótszych dystansach za sprawą naszych reprezentantów. Ci jednak faktycznie postarali się o to, byśmy zwrócili na nich uwagę (a przecież przed nami wciąż starty Pii Skrzyszowskiej czy sztafety 4×100 metrów kobiet). Zrobiła to choćby Ewa Swoboda, która wynikiem 10.99 s na mistrzostwach Polski – osiągniętym przy nieregulaminowym wietrze – rozbudziła nasze nadzieje nawet na finał ogólnoświatowej imprezy.

Finału ostatecznie nie było, ale nie można napisać, by Ewa biegała źle. Dwukrotnie wystartowała w końcu na całkiem niezłym poziomie – w eliminacjach (wczoraj) 11.07 s, dziś 11.08 s. To dwa najlepsze wyniki w historii polskiego sprintu kobiet osiągnięte przy wietrze wiejącym w twarz, a więc przeszkadzającym w biegu. Inna sprawa, że Swoboda, by w ogóle wejść do finału, musiałaby granicę 11 sekund przebić i to mocniej, niż zrobiła to w Suwałkach. Tylko w jej półfinale przekroczyło ją bowiem aż pięć (ogółem dziesięć, a czas 10.97 s nie dał awansu do finału!) zawodniczek. Poziom światowego sprintu jest aktualnie po prostu piekielnie wysoki.

Ale już na europejskiej scenie Ewa na pewno będzie w stanie powalczyć nawet o medale. Sama zresztą mówiła, że tak naprawdę te mistrzostwa to dla niej przetarcie przed tymi kontynentalnymi.

– Dla mnie startowanie koło Elaine Thompson-Herah [biegły razem w półfinale – przyp. red.] jest dużym i dobrym doświadczeniem. Cieszę się, że troszkę jej „włożyłam” na blokach, to już krok do przodu. Mistrzostwa świata to dla mnie przystanek do mistrzostw Europy. Wiem teraz, na czym stoję, gdzie jestem w tym momencie. Jestem zadowolona. Żeby wejść do finału trzeba biegać grubo poniżej 11 sekund. […] Popracuję nad drugą częścią dystansu. Mam na to niecały miesiąc, choć w Eugene czekają mnie jeszcze sztafety – mówiła.

Zadowolony był też z pewnością Damian Czykier. Zresztą dało się to usłyszeć, gdy krzyknął do mikrofonu „POLSKA! BUDZIMY SIĘ!”. Powody do radości miał ogromne, został w końcu czwartym zawodnikiem na świecie, a przy tym pierwszym Polakiem, który w ogóle wystartował w finale tej konkurencji. Ćwierć wieku temu w Atenach dostał się co prawda do finału Artur Kohutek, były rekordzista Polski (13.27), ale z powodu kontuzji nie wziął w nim udziału. Czykier wziął.

Choć zanim finał się zaczął, doszło do naprawdę dramatycznych momentów.

Jeszcze przed startem wypadł bowiem Hansel Parchment, jeden z największych faworytów, drugi najszybszy zawodnik półfinałów. Na rozgrzewce doznał urazu mięśnia, nie był w stanie biec. Z kolei z powodu falstartu z biegu został usunięty Devon Allen. Reprezentant gospodarzy długo dyskutował z sędziami, bowiem jego falstart wynosił… jedną tysięczną sekundy! I to w dodatku przy granicy, która – według badań – jest zbyt wysoka, bo po prostu jest możliwe, by człowiek reagował na wystrzał startera w czasie szybszym niż w jedną dziesiątą sekundy. Niestety dla Amerykanina, sędziowie okazali się bezwzględni i posłuchali aparatury. Czy słusznie? Trudno orzec, naszym zdaniem falstartu – nawet w zwolnionym tempie – dostrzec się nie dało.

Jedno trzeba jednak sędziom oddać – byli sprawiedliwi. Wcześniej w innych konkurencjach odstrzelono bowiem kilka nieco większych – ale wciąż niewielkich – falstartów i też pokazywano czerwone kartki. Dla reprezentanta gospodarzy nie zrobiono wyjątku. A przez to bieg zmniejszył się z ośmiu do sześciu uczestników.

I w tym sześcioosobowym gronie Czykier dobiegł czwarty z czasem 13.32, o siedem setnych gorszym od jego rekordu Polski. Do podium zabrakło mu sporo – żeby na nim stanąć, musiałby poprawić wspomniany rekord i to z przebitką co najmniej ośmiu setnych. A to byłaby prawdziwa demolka. Można więc powiedzieć, że pobiegł niemal na miarę swoich możliwości. A to niemal, to tylko dlatego, że on sam przyznał wprost – to nie był w jego wykonaniu idealny bieg.

– Kręciłem głową po wszystkim, bo gdybym pobiegł bieg idealny i byłbym czwarty, to byłoby okej. Ale niestety dużo straciłem na starcie z bloków. Chyba zostało mi w głowie to, że za pierwszym razem [gdy odstrzelono falstart] poślizgnąłem się przy pierwszych krokach. Może przez to ponowny start nie był udany. W biegu półfinałowym ja prowadziłem stawkę, rządziłem, rozdawałem karty. Teraz byłem od początku nieco z tyłu, zostałem, nie dałem rady odrobić tej straty. Jest niedosyt, ale oprócz tego to historyczny dzień. Otwieram nową karierę, uczę się nowej techniki. Widzę ten kierunek, widzę, że mogę się ścigać z tymi najlepszymi. Za rok mistrzostwa świata są w Europie, to my, Europejczycy, będziemy gospodarzami, więc here I come – mówił z wielkim uśmiechem na antenie TVP.

I oby uśmiechać mógł się w najbliższym czasie jak najczęściej. Kto wie – może już na mistrzostwach Europy. Tam bowiem będzie jednym z wielkich faworytów do podium.

Fot. Newspix

Czytaj też: 

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Inne sporty

Komentarze

0 komentarzy

Loading...