Nie, nie odwołamy się po raz setny do cytatu „zęby swędzą…” na myśl o powrocie pierwszej ligi. Ale nie będziemy też ukrywać, że gdy myślimy o pierwszym gwizdku na zapleczu Ekstraklasy, na naszych twarzach gości uśmiech. Domyślamy się jednak, że nie wszyscy są tak szczęśliwi, jak my. Były kluby, którym przymusowa przerwa w rozgrywkach dostarczyła więcej problemów niż dotychczas. Były takie, które zostały wybite z rytmu, gdy akurat ruszyły i szły jak walec. Dlatego też przyjrzeliśmy się ogólnej sytuacji w lidze i wróżymy, kto najmocniej skorzystał lub stracił na lockdownie.

Komu przerwa pomogła, komu zaszkodziła, czyli czego spodziewać się po I lidze?

Umówmy się na wstępie, że sytuacji Chojniczanki Chojnice poruszać już nie będziemy. Tour de Pologne – nomen omen – „Turów” i wszelkie kwestie z nim związane szeroko omówiliśmy choćby w tym tekście, więc zainteresowanych wieściami z Chojnic odsyłamy właśnie tam. Nie będziemy też zbytnio zagłębiać się w kwestie finansowe, bo dziś usłyszeliśmy werdykty Komisji Licencyjnej, które po pierwsze sporo nam zdradzają, po drugie również szeroko je omówiliśmy.

To o kim właściwie napiszemy? Uspokajamy. Tematów nam nie zabraknie!

Podbeskidzie Bielsko-Biała

Jeśli mamy wskazać palcem jeden klub, który prawdopodobnie najwięcej stracił na zatrzymaniu rozgrywek ligowych, bez wahania wskażemy Podbeskidzie. Bielszczanie rozpoczęli wiosnę wręcz koncertowo. Jasne, w meczu z Wartą sprzyjało im szczęście – Bartosz Kieliba nie powinien osłabić poznaniaków i wylecieć z boiska. Ale jednak, dwie wygrane, sześć strzelonych goli, sześć zdobytych punktów. „Górale” czuli się bardzo mocni, a przed nimi był już mecz z kolejnym zespołem z czołówki – Olimpią Grudziądz. Dosłownie przed nimi, bo odwołanie rozgrywek spotkało ich na… treningu w drodze do Grudziądza. Szczególnie rozczarowało to Mateusza Marca, który mówił nam, że szykował się do debiutu w podstawowej jedenastce Podbeskidzia. – Jadąc do Grudziądza spodziewałem się, że zagram w pierwszym składzie, odbyliśmy trening w Gutowie Małym i… musieliśmy wracać do domu.

O Marcu wspominamy dlatego, że zimą był on bohaterem jednego z najgłośniejszych transferów wewnątrz pierwszej ligi. Zakusy na czołowego strzelca zaplecza Ekstraklasy miały drużyny z najwyższego szczebla rozgrywek. Chciały go też inne czołowe kluby pierwszej ligi. A jednak, „Marcowy” wybrał Podbeskidzie i… usiadł na ławce. Podobnie zresztą było z Kamilem Bilińskim, który zdradził nam, że chciała go większość klubów z czołówki tabeli. On też trafił pod Klimczoka i on także został rezerwowym. Jeśli Krzysztof Brede mógł sobie pozwolić na usadzenie takich zawodników, to chyba więcej na temat siły ofensywnej ekipy z Bielska-Białej mówić nie trzeba.

Nie ma co się oszukiwać – Podbeskidzie w gazie byłoby murowanym faworytem do zgarnięcia kompletu punktów w starciu z Olimpią. Zwłaszcza że grudziądzanie mieli bardzo słaby start – przegrali 0:5 ze Stalą Mielec. Inna rzecz, że drużyna z południa Polski ma teraz zwyczajnie trudniejszy terminarz. Na przestrzeni dziewięciu dni czekają ją trzy mecze z klubami z czołówki: oprócz Olimpii są to także Bruk-Bet Termalica oraz Miedź. Gdyby ligę grano regularnym rytmem, lider miałby lżej. Teraz jeden błąd może spowodować nerwówkę.

Radomiak Radom

Jesteś beniaminkiem ligi, ale masz aspiracje do walki o awans. Zajmujesz miejsce w czołówce tabeli, więc z optymizmem patrzysz w przyszłość. Zwłaszcza że zimą udało się zatrzymać gwiazdy i uniknąć rewolucji. Udało się też wyjechać na obóz, na którym rewelacja Europy przyjęła od ciebie trzy bramki (tak, Atalanta strzeliła sześć, ale wciąż – było to niecodzienne). Radomiak miał mocno rozbudzone apetyty, a potem… Potem wyszedł na boisko.

  • 0:3 w ryj od Warty Poznań, brutalne przywitanie z ligową wiosną
  • 2:3 od GKS-u Jastrzębie, z którym na kwadrans przed końcem meczu radomianie prowadzili 2:0

Tak, można było wpaść w doła. Zwłaszcza po Stambule w Jastrzębiu, po którym piłkarze z Radomia opuszczali boisko ze wzorkiem wbitym w ziemię. Nikt więc nie miał wątpliwości, że komu jak komu, ale radomianom odcinka się przyda. Tyle że wtedy na wierzch zaczęły wypływać sprawy poza sportowe. Nawarstwiające się zadłużenie, spłacane rzutem na taśmę, zabrane stypendia, niepewna przyszłość. Do tego również stadion, który wciąż jest w rozsypce. Klimat i atmosfera na pewno się nie polepszała, więc ciężko było mówić o odcięciu się po falstarcie. Wiemy już, że sprawa zakończyła się tym, że Radomiak nie otrzymał w pierwszym terminie licencji na grę w Ekstraklasie. Kolejna świetna wiadomość…

Jak w takim razie ocenić położenie Radomiaka po dwóch miesiącach przerwy? Szczerze mówiąc – nie mamy pojęcia. Forma, podglądaliśmy ją z bliska, wydaje się być dobra. Ale z werdyktem dotyczącym tego, czy lockdown beniaminkowi pomógł, czy zaszkodził, jeszcze się wstrzymamy.

GKS Bełchatów

Kolejny klub, z którego próżno było nasłuchiwać dobrych wieści. W Bełchatowie nie tylko nie ma pieniędzy. Przede wszystkim są kolosalne długi. Mimo zapewnień prezesa Wiktora Rydza, że PGE wkrótce wróci do finansowania klubu, ci, którzy znają sytuację od środka, stracili już nadzieję. Pisaliśmy o tym w naszym tekście, w którym raportowaliśmy, co nowego wydarzyło się w brunatnym mieście w trakcie lockdownu.

Od tamtej pory zmieniło się sporo. Przede wszystkim miasto straciło szeryfa. Artur Derbin długo stawał na głowie, żeby w tak fatalnych warunkach do pracy, wykręcać wyniki ponad stan. To się udawało, ale w końcu i on dał sobie spokój. I to tuż przed wznowieniem rozgrywek. Patrzymy na sytuację bełchatowian w tabeli. Niewielka przewaga nad strefą spadkową, kadra pełna młodych chłopaków, którą poprowadzi dotychczasowy dyrektor sportowy. Cóż, widywaliśmy lepsze pozycje wyjściowe do walki o życie.

Dziś nie ma nawet wątpliwości, że atmosfera w GKS-ie jest bardzo zła. Klub raczej nie widzi nadziei na utrzymanie, a nawet jeśli to się uda – na dalszy sens gry w pierwszej lidze. Nieoficjalnie udało nam się ustalić, że w Bełchatowie rozważają skorzystanie z możliwości przystąpienia do jesiennych rozgrywek w trzeciej lidze. Tylko czy to wina lockdownu? Raczej nie, bo i bez niego byłoby krucho.

Chrobry Głogów

Chrobry Głogów to jeden z najrozsądniej zarządzanych klubów pierwszej ligi, spróbujcie zmienić nasze zdanie. A tak poważnie, nie ma co zmieniać zdania, bo to czyste fakty. W niedawnym wywiadzie z nami dyrektor sportowy Chrobrego Zbigniew Prejs, boksował się z klubami, które żyją ponad stan. – Kiedy takie kluby jak Chrobry Głogów, chwalone za wiarygodność, będą traktowane poważnie? Dlaczego ja mam rywalizować z klubami, które zatrudniają zawodników, na których ich nie stać i chwali się je za zdobywane punkty, jak dobrze sobie radzą w lidze, a potem te same kluby rozkładają ręce w kwestii płacenia piłkarzom?

Głogowianom ciężko zarzucać, że nie działają w zgodzie z rozumem. Ciężko im też zarzucać, że nie mają zaufania do trenerów, bo nawet po serii porażek Ivan Djurdjević nie mógł obawiać się zwolnienia. To zaprocentowało – wiosnę Chrobry rozpoczął naprawdę solidnie. 3:1 z Puszczą Niepołomice, 5:1 z GKS-em Tychy. Dzięki temu Chrobry na dobre uwolnił się od strefy spadkowej, choć przewaga nad nią nadal była niewielka.

Ale teraz ekipa Djurdjevica może słono zapłacić za to, że… jest zarządzana rozsądnie. Dużym problemem Chrobrego jest z pewnością brak szerokiej kadry. Życie zgodnie z tym, na co starcza, ma to do siebie, że klubu nie stać było na rozbudowanie ławki rezerwowych. A teraz, gdy liga będzie kończona w przyśpieszonym trybie, rezerwowi będą mieli kluczowe znaczenie. Zwłaszcza, że Chrobrego czekają ważne boje z bezpośrednimi rywalami w walce o pozostanie w lidze. Jeśli – czego nie życzymy – skład zacznie się sypać z powodu kontuzji, czy nawet mniej poważnych, ale jednak urazów, znów pojawi się twardy orzech do zgryzienia.

Zagłębie Sosnowiec

Czy Zagłębie Sosnowiec ma szansę na awans do Ekstraklasy? Jak najbardziej. Pięć punktów straty do miejsc barażowych to przecież tyle, co nic. Czy Zagłębie miało szanse na awans do Ekstraklasy z trenerem Dariuszem Dudkiem? Cóż… Nie będziemy jednoznacznie skreślać tego szkoleniowca, jednak jego odejście z Sosnowca sprawiło, że z szafy zaczęły wypadać trupy. Potwierdziły się informacje, od których aż huczało w kuluarach – że zdjęcie w przerwie meczu z Puszczą Niepołomice kapitana, Szymona Pawłowskiego, mocno popsuło atmosferę. Zresztą nie tylko atmosferę, ale i wynik, bo sosnowiczanie przegrali ten mecz w niecodziennych okolicznościach.

Prezes Marcin Jaroszewski w „Sporcie” ujawniał też, co wpłynęło na taką decyzję, a mianowicie brak zgody na obniżkę pensji przez trenera oraz chęć otrzymania podwyżki. Patrząc na miejsce w tabeli, formę Zagłębia i kryzys finansowy, o którym opowiadał nam sternik tego klubu, moment na wysuwanie tego typu propozycji określimy cytatem z „Californication”. Wrong time, wrong place, wrong vagina.

Zagłębie oczyściło więc atmosferę i zatrudniło trenera Krzysztofa Dębka, z którym wiązane są spore nadzieje. Ciężko nam go ocenić bez choćby jednego meczu na koncie, jednak z rozmów z jego podopiecznymi, a także z wywiadu z nim samym wynika, że może to być całkiem konkretny gość, który będzie potrafił dogadać się z drużyną. Drużyną, w której spotka wielu starych znajomych, a to tylko plus. Bo w końcu za kogo umierać, jeśli nie za szanowanego i cenionego generała? Dlatego też gdzie, jak gdzie, ale akurat w Sosnowcu, lockdown posłużył za czas na zmiany. Takie, które mogą przywrócić Zagłębie do walki o Ekstraklasę.

Walka o… tytuł króla strzelców

Piłka nożna i gole to związek tak oczywisty, jak wafle ryżowe i masło orzechowe. Dlatego też wielokrotnie narzekaliśmy na to, że na zapleczu Ekstraklasy o koronę króla strzelców walczą ślimaki. Nie, nie dziwi nas to ani trochę, bo skoro dobrych snajperów brakuje w najwyższej lidze, to jak miałoby ich starczyć na pierwszą ligę? Cóż, obecny sezon tylko temu dowodzi. Co prawda Omran Haydary wyrównał już oszałamiający wynik Valerijsa Sabali z poprzedniego sezonu – 12 goli, ale Haydary’ego już w lidze nie ma. Natomiast w walce o tytuł jest wielu piłkarzy, którzy nie są rasowymi dziewiątkami.

Honoru snajperów będą natomiast bronić Vladislavs Gutkovskis, Fabian Piasecki oraz Mateusz Kuzimski. Każdy z wymienionej wyżej szóstki piłkarzy, ma na koncie dwucyfrową liczbę goli. W każdym z nich pokładamy nadzieję, że przyśpieszony finisz rozgrywek obudzi w nim instynkt snajpera jeszcze większy niż ten, który pokazali do tej pory. Że w końcu doczekamy się króla strzelców z prawdziwego zdarzenia. To w końcu najlepsza armata ligi. Tytuł, którego nie wygrywa się w chipsach.

Dlatego też mamy nadzieję, że lockdown i głód piłki, który piłkarze podkreślają na każdym kroku, da nam jeszcze więcej emocji niż do tej pory. A – przypomnijmy tylko – już pierwsze dwie wiosenne kolejki zawiesiły poprzeczkę bardzo wysoko. 31 bramek na przywitanie wiosny, 38 na poprawkę. Średnio odpowiednio 3,4 oraz 4,2 gola na mecz.

Nie pogniewamy się, jeśli ta tendencja zostanie podtrzymana.

SZYMON JANCZYK

Fot. Newspix