W Płocku otwarcie mówili, że marzą o europejskich pucharach, więc nie dziwi, że w meczu z Motorem autobus stojący zwykle w polu karnym Nafciarzy został przeparkowany. No bo skoro w ostatnich dwóch kolejkach Wisłę czekają spotkania z Górnikiem i Lechem to gdzie szukać punktów, jak nie w domowym starciu ze słabą ostatnio ekipą Mateusza Stolarskiego? W efekcie dostaliśmy całkiem żywe, przyjemne do oglądania widowisko, z tym, że przyjemne dla kibiców Motoru i widzów postronnych. Lublinianie w tych warunkach poczuli się jak ryba w wodzie, przełamali kiepską passę i wykonali spory krok w kierunku utrzymania.
Pierwsza połowa naprawdę mogła się podobać, o ile oczywiście zgodzimy się, że w piłce najfajniejsze są akcje pod jedną i drugą bramką, a nie cierpliwe przesuwanie, dyscyplina taktyczna i odpowiedzialność w defensywie. Przy lepszej skuteczności po obu stronach pewnie mielibyśmy nawet i z pięć bramek, ale i na te dwie, które zobaczyliśmy, nie było co narzekać.
Wisła Płock – Motor Lublin 0:4. Puchary uciekają Nafciarzom
Żałować skuteczności mogła rzecz jasna Wisła, bo gdyby Sekulski zrobił lepszy użytek z dogrania Rogelja, Nafciarze pewnie złapaliby większy komfort i mogliby przejść do tego, co kochają najbardziej, czyli budowy szczelnego muru wokół swojej szesnastki. Kapitan gospodarzy miał mnóstwo miejsca i czasu – mógł sobie piłkę przyjmować, mógł się upewnić, że uderzenie będzie miało odpowiednią moc i precyzję, a zamiast tego praktycznie podał do bramkarza. Piłkę po drodze trącił chyba jeszcze jeden z zawodników Motoru, ale to nie zmienia faktu, że tę sytuację można i trzeba było lepiej wykończyć.
Mógł się więc ten mecz znakomicie zacząć dla drużyny Mariusza Misiury, a zamiast tego mocno się skomplikował, bo już chwilę później Motor trafił na 1:0. Piłkę z autu dorzucił Ndiaye, w polu karnym zrobiło się zamieszanie, w końcu futbolówka trafiła pod nogi Wolskiego, który przymierzył nie do obrony dla Burka.
W tym momencie Wisła nie miała już żadnego powodu, by tylko się bronić, więc mecz otworzył się na dobre. I Motor skrzętnie z tego korzystał, bo goście z naprawdę ogromną łatwością tworzyli sobie kolejne sytuacje. Miał swoją Ndiaye, gdy został ładnie wypuszczony i mimo opieki rywala oddał ładny strzał, z którym poradził sobie bramkarz. Był niezły strzał Lubereckiego z linii pola karnego, który nieznacznie minął bramkę. Niewiele zabrakło do gola Czubakowi, który próbował pokonać Burka strzałem głową. No, niewiele zabrakło za pierwszym razem, bo druga próba napastnika Motoru już zakończyła się golem. Były gracz Arki pokazał, że jest specjalistą od gry w powietrzu – nic nie zrobił sobie z obecności dwóch rywali, po prostu wygrał pozycję po dośrodkowaniu Wolskiego, a potem idealnie uderzył.
Wisła z tworzeniem ataków nie radziła sobie aż tak dobrze, ale też miała swoje okazje. Przy najlepszej z nich (uderzał głową Jurić) gości uratował Samper, dobrze ustawiony na linii pola karnego. Niezłą miał też – znowu – Sekulski. Ładnie położył zawodnika Motoru w polu karnym, uderzył, ale Samper znów zrobił dobrą robotę w defensywie i zablokował strzał.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Druga połowa to już jednak kompletna niemoc gospodarzy i Motor mógł już w zasadzie tylko pilnować, by spokojnie dowieźć wynik do końca. Wisła miała inicjatywę, ale niewiele z tego wynikało. Ten mecz po prostu obnażył braki ofensywne Nafciarzy – gdy można się odpowiedzialnie bronić i cierpliwie polować na swoje okazje, jest okej (choć i z tym jest ostatnio problem). Gdy trzeba prowadzić grę, kreować – robią się problemy. Tym razem jednak nie zgadzało się nic – ofensywa nie była w stanie stworzyć większego zagrożenia pod bramką rywala, a defensywa nie radziła sobie z obroną własnej.
Motor spokojnie mógł się zadowolić wynikiem 2:0, ale skoro gospodarze odstawiali taki kryminał we własnym polu karnym, to żal było nie skorzystać i nie strzelać dalej. Trzeci gol stracony po stałym fragmencie gry (znów dośrodkowanie Wolskiego, głową uderzył Bartos) to wystarczająca recenzja gry gospodarzy w tyłach, ale jednak niepełna, bo akcja Motoru na 4:0 to był już obraz totalnego zrezygnowania drużyny Misiury. Ronaldo przyjął sobie piłkę kilkadziesiąt od metrów od bramki, po czym po prostu wbiegł sobie w pole karne i strzelił. I to nie tak, że nie było tam nikogo, kto mógłby go powstrzymać.
No co tu dużo pisać, tak grająca Wisła w europejskich pucharach to byłoby za dużo, nawet jak na Ekstraklasę. Motor natomiast po serii trzech porażek (i zarazem pięciu meczów bez zwycięstwa) przełamał się w najlepszy możliwy sposób. Ekipa Mateusza Stolarskiego złapała głęboki oddech w walce o utrzymanie i wydaje nam się, że na tym oddechu zdoła dopłynąć do mety.
Zmiany:
Legenda
WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE NA WESZŁO:
- GKS spóźnił się do Gliwic aż 45 minut i tylko zremisował
- Grosicki: Chciałbym, aby ten sezon już się skończył
- Padł z radości, przemówił do kibiców. Wielkie emocje Siemieńca [WIDEO]
Fot. Newspix