Wspominamy ludzi futbolu. Oni odeszli od nas w minionym roku

Marcin Ziółkowski

01 listopada 2026, 08:00 • 25 min czytania 0

Reklama
Wspominamy ludzi futbolu. Oni odeszli od nas w minionym roku

Początek listopada to rokrocznie wycieczki na cmentarze, by zapalić znicz i oddać szacunek zmarłym. Świat sportu w ostatnich dwunastu miesiącach także wiele razy pogrążał się w żałobie. Odeszli ludzie, którzy robili to, co kochali i dali kibicom wiele powodów do radości. Były odejścia spodziewane z racji wieku, ale też i te, które nas totalnie zszokowały. Poświęćmy więc chwilę w tym szczególnym dniu na wspomnienie ludzi futbolu.

Reklama

18 grudnia – Age Hareide

W Polsce to człowiek kojarzony przede wszystkim z jednym meczem. Dania rozbiła na Parken w Kopenhadze Polskę 4:0 w meczu eliminacji do MŚ w Rosji jesienią 2017 roku. Mecz ten ma swoją wielką symbolikę.

Po świetnym występie swoich podopiecznych Hareide przyznał, że Polaków bardzo łatwo było rozczytać. Z czasem zaczęto uznawać ten mecz jako schyłek ery kadry Nawałki, bo ceniony trener trochę się przestraszył tych słów i zaczął kombinować z grą na trójkę obrońców. To przyczyniło się do mundialowej klęski.

Na turnieju w Rosji Duńczycy z Hareide za sterami poradzili sobie nieco lepiej od Orłów Nawałki. Drużyna Norwega awansowała do 1/8 finału, a odpadła po meczu z późniejszym finalistą imprezy, Chorwacją, po rzutach karnych.

Reklama

Hareide jako piłkarz grał w Manchesterze City oraz Norwich. Na poziomie angielskiej ekstraklasy zanotował 60 meczów. Prawie drugie tyle zagrał w kadrze narodowej.

Po karierze piłkarskiej był jednym z najwybitniejszych skandynawskich szkoleniowców. Wywalczył dla Molde pierwszy w historii Puchar Norwegii. Po 58 latach oczekiwania doprowadził Helsingborg do mistrzostwa Szwecji. Z Malmoe FF wystąpił w fazie grupowej Ligi Mistrzów. W XXI wieku kojarzony był przede wszystkim z pracy z kadrą Norwegii (był blisko awansu na Euro 2008), Islandią czy wspomnianą już Danią.

Age Hareide

Reklama

W lipcu 2025 roku usłyszał od lekarzy, że ma raka mózgu. Rodzina już wcześniej była zaniepokojona tym, że m.in. mówił coraz bardziej niewyraźnie, a jego twarz potrafiła opadać. W tym samym czasie Hareide nie był już tak mobilny jak wcześniej. Miał problemy z chodzeniem.

Jego syn Bendik wyznał na kilka miesięcy przed śmiercią ojca, że ma nadzieję, że wspólnie z nim obejrzy mundial w Ameryce Północnej. Nie zdążył. 18 grudnia 2025 roku Hareide odszedł w wieku 72 lat.

16 stycznia – Rocco Commisso

Jako nastolatek wyemigrował z rodziną z Kalabrii do Stanów Zjednoczonych. Dorastał na nowojorskim Bronksie. Okazał się jednym z tych, który spełnili marzenie o amerykańskim śnie. Stworzył giganta świata telekomunikacji, Mediacom. „American Dream” nazwał nawet „ostatnią nadzieją na tym świecie”. Twierdził, że we Włoszech nigdy nie osiągnąłby takiego sukcesu. O ludziach z rodzinnych rejonów za wielką wodą nie zapomniał. W swoim czasie opłacał stypendia ponad trzem tysiącom studentów.

W XXI wieku zdecydował się na reinkarnację projektu New York Cosmos. Niegdyś klub Pelego i Beckenbauera pozostał prawdopodobnie największą niespełnioną obietnicą zawodową Commisso. Klub, który gra obecnie w USL League One (piłkarzem jest tam syn Marco Materazziego) to jego już trzecia reinkarnacja. Magnat medialny chciał spadków i awansów, ale w Stanach nie byli fanami takich rozwiązań. A on pragnął wydawać kasę na własnych zasadach.

Reklama

Skupił się więc na Fiorentinie, którą kupił w 2019 roku. Na starość chciał zainwestować w futbol w kraju, z którego pochodził. Viola za jego rządów była bałaganem, momentami bardzo miotała się w tabeli Serie A. Stabilizacja za Vincenzo Italiano i dwa finały Ligi Konferencji przemieniały się wraz z częstymi zmianami trenerów i sezonami pełnymi marazmu. Nie wspominając już o walce o utrzymanie w ostatnim sezonie życia Commisso…

Gdy sprzedawał Dusana Vlahovicia, to miał gdzieś, że może powtórzyć się w mieście historia z zamieszkami. Sam prywatnie… był fanem Juventusu, znienawidzonego w tej części Toskanii. Na sprzedaży Serba zarobił rekordowe w skali klubu pieniądze. Po czasie można uznać to za znakomity ruch.

Reklama

Zmarł w styczniu 2026 roku przeżywszy 76 lat. Schedę we Florencji przejął po nim jego syn Giuseppe, który niejako kreuje się na tanią kopię Donalda Trumpa wraz z wieloma wypowiedziami pełnymi patosu.

18 lutego – Sepp Piontek

Piontek urodził się we Wrocławiu w trakcie II wojny światowej. Niemiecki szkoleniowiec zapisał się na stałe w historii duńskiego futbolu. Choć to Richard Moller Nielsen wywalczył mistrzostwo Europy w 1992 roku na szwedzkich boiskach, to zapewnie nic nie odbyłoby się bez wydatnej pomocy szkoleniowca, kojarzonego z grą dla Werderu Brema.

piontek czarno biały

Dość wcześnie objął kadrę… Haiti. Niewiele brakowało, a powtórzyłby wyczyn tej reprezentacji z 1974 roku. Po dobrym sezonie w St. Pauli zdecydował się przyjąć ofertę Duńczyków. Miał z góry założoną misję. Zespół z Danii miał zostać solidną w skali kontynentu drużyną. To było o tyle ciekawe zadanie, że piłka nożna jako sport profesjonalny w tym kraju praktycznie nie istniała.

Reklama

Jego misja powiodła się, choć nie bez problemów. Piłkarzom jego zdaniem brakowało dyscypliny, ale to były złe dobrego początki. Już w pierwszej kampanii eliminacyjnej pokonał Włochów. Na turnieju we Francji w 1984 roku Duńczycy dotarli do półfinału.

Ofensywna gra zespołu przykuła uwagę wielu fanów, w związku z czym od mundialu w Meksyku mówiono o nich per „Duński Dynamit”. 6:1 z Urugwajem było głośnym wynikiem. Pracował w Danii do 1990 roku. Tamtejsza drużyna narodowa za Piontka może być śmiało uznawana za jeden z najbardziej znanych przykładów efektownego futbolu, który nie został okraszony trofeum.

Reklama

Próbował później z Turkami, z Aalborgiem zagrał w Lidze Mistrzów, a na koniec prowadził Grenlandię. Zmarł po krótkiej chorobie w wieku 85 lat.

7 kwietnia – Mircea Lucescu

Jego kariera trenerska w ojczyźnie budzi niemały podziw. Prowadził dwa kluby z Serie A, a jednym z nich był Inter Mediolan. Tam mu nie poszło, ale dziś to dla 90% trenerów z tego kraju droga nie do powtórzenia.

Wygrał europejski puchar z Szachtarem, parę lat wcześniej zrobił to z Galatasaray. W Doniecku stał się absolutną legendą, fenomenem, który realizował strategię stawiania na grających efektownie Brazylijczyków. Do fantastycznego spięcia klamrą wielkiej kariery zabrakło mu naprawdę niewiele. Po 1970 roku, gdzie zrobił wrażenie w meczu z Brazylią, historycznym awansie na Euro czternaście lat później, mógł napisać wielką historię i wrócić w tym roku na mundial po blisko 60 latach.

Mircea Lucescu

Reklama

Zabrakło wygranej z Turkami na stadionie Besiktasu. Na turniej w Ameryce Północnej pojechać nie dał rady. Krótko po barażu z Turcją jego stan zdrowia się pogorszył. To był dosłownie moment, chwila. 31 marca miał poprowadzić rumunów w sparingu ze Słowacją, a siedem dni później opłakiwała go Rumunia. 80-latek zasłabł podczas odprawy przed jednym z treningów. A kiedy już wydawało się, że wszystko w porządku i będzie mógł wyjść, znów się pogorszyło.

W Wielki Piątek miał dwa zawały serca, gdy już oczekiwał na wypis ze szpitala. Został też wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej. Ta historia, choć finalnie smutna, miała element piłkarskiego romantyzmu. Lucescu chciał pracować z kadrą za darmo. Czuł, że musi oddać ojczyźnie to, co ona sama mu dała. Jego słowami w kontekście reprezentacji brzmiały „nie chcę odchodzić jak tchórz”. Walczył do końca jak lew.

Reklama

10 kwietnia – Jacek Magiera

Tak jak zwykle śmierć człowieka z natury jest rzeczą nagłą, tak poranek 10 kwietnia był jak prawdziwy grom z jasnego nieba. To właśnie wtedy polską piłką wstrząsnęła wiadomość, że Jacek Magiera zmarł w wieku 49 lat.

Dopiero co w Solnie dawał wskazówki piłkarzom reprezentacji Polski w ramach barażu o awans do mistrzostw świata, był asystentem Jana Urbana, którego znał od dwóch dekad. Niestety, wiadomość o śmierci potwierdził PZPN i polski futbol ogarnęła wielka żałoba. Nikt nie mógł w to uwierzyć, to było jak jakiś sen.

Nie żyje Jacek Magiera

Magiera był dobrym duchem i wspaniałym wychowawcą dla kolejnych zawodników. Feralnego dnia, tak jak praktycznie codziennie, poszedł pobiegać, bo lubił spędzać czas aktywnie. W parku gorzej się poczuł. Nie udało się go uratować. Pozostawił po sobie ogromną pustkę. Doskonałym podsumowaniem tego jak wspaniałą i dojrzałą osobą był trener Magiera są jego słowa, które wypowiedział podczas publicznego świadectwa wiary w 2025 roku.

Reklama

– Dziś mam 48 lat, niedługo będę miał 50. Mężczyzna, który patrzy na świat jako 50-latek tak samo jak wtedy, gdy miał 20 lat, stracił 30 lat swojego życia. I to jest prawda – na wiele rzeczy patrzę inaczej. Piąte przykazanie – nie zabijaj, po latach doświadczeń traktuję je inaczej. To przykazanie mówi, że zabić można na każdym kroku. Słowem, decyzją. Zabić można też talent lenistwem, używkami. Wiemy, jak wygląda świat.

– Pamiętam jak denerwowałem się, gdy syn Janek, który miał wtedy trzy lata, nic nie mówił, gdy odmawialiśmy Ojcze Nasz. Mówiłem sobie: „Tyle razy to mówimy, a on nic nie mówi”. Już, teraz, tak mamy. Minęło pół roku, szedłem korytarzem, a Janek z kimś gadał. Klęczał, ustawił sobie postaci z klocków Lego i uczył je Ojcze Nasz. Każdy ma swoją prędkość.

Reklama

W tym przypadku wyjątkowo trudno pisać o osobie w czasie przeszłym.

W 1993 roku został mistrzem Europy do lat 16. Gianluigi Buffon po latach uznawał to za jedną z największych porażek w swojej karierze. Włosi byli stroną pokonaną w finale, w którym na ławce zasiadł choćby Francesco Totti.

Reklama

Przez wiele lat związany z Legią i Rakowem. Miał też krótki epizod w Cracovii. Był ostatnim trenerem polskiej drużyny w Lidze Mistrzów – od tego czasu minęło już dziesięć lat. Zremisował z Realem Madryt, wygrał ze Sportingiem, a jego drużyna strzeliła cztery gole na Signal Iduna Park. Faza grupowa Legii w sezonie 2016/17 była pełna wrażeń.

Jacek Magiera i jego świadectwo wiary

Alex Manninger – 16 kwietnia

CV dość imponujące. Był piłkarzem Arsenalu, Juventusu, Fiorentiny czy Liverpoolu. Mimo to nie dał się specjalnie zapamiętać będąc członkiem wspomnianych drużyn. W Londynie błysnął jako doskonały zmiennik Davida Seamana w debiutanckim sezonie na Highbury. Świetna forma jednak nie wystarczyła i musiał wrócić na ławkę. Przez cztery sezony uzbierał w Anglii nieco ponad 60 meczów. Zarówno w Londynie, jak i Turynie został mistrzem kraju.

Polskiej widowni znany jest przede wszystkim z meczów z Lechem Poznań, gdy grał dla Starej Damy. Wybitny gol Artjomsa Rudnevsa zza pola karnego przepuścił właśnie on. W eliminacjach do MŚ 2006 przepuścił przeciwko Biało-Czerwonym trzy gole w meczu domowym. Na Euro 2008 w meczu z Polakami był rezerwowym. Nie miał zdecydowanie patentu na drużyny znad Wisły.

Reklama

Zginął tragicznie nieopodal niestrzeżonego przejazdu kolejowego w austriackim Pabing. W jego samochód uderzył podmiejski pociąg. Po zderzeniu jeszcze żył, ale nie było szans na uratowanie go, gdy przybyli na miejsce zdarzenia ratownicy medyczni. Miał zaledwie 48 lat, osierocił żonę i dwóch synów. Emily kilka dni po śmierci męża opublikowała wpis dotyczący jej wielkiego cierpienia. O swoim tragicznie zmarłym partnerze pisała.

– Byłeś nie tylko moim mężem, ale i moim najlepszym przyjacielem. Jeśli kiedykolwiek czegoś potrzebowaliśmy, mogliśmy na Ciebie liczyć. Mieliśmy idealne życie. Robiliśmy tak wiele rzeczy, jak wspólne wędrówki, pływanie łódką po jeziorach latem (…) – lista jest nieskończona. Salzburg to nasz dom. Czuję się zaszczycona, że ​​mieszkam w tak pięknym i bezpiecznym miejscu z naszymi dziećmi, więc dziękuję Ci za to, że dałeś nam takie życie.

Reklama

Eric Roy – 17 czerwca

Jako piłkarz zagrał 350 razy w Ligue 1. Jednak to nie przez jakość własnej gry został zapamiętany we Francji. To człowiek, którego kariera trenerska rozwinęła się bardzo nieoczekiwanie.

Od zakończenia pracy w Nicei do podjęcia się pracy w Stade Brest minęło ponad 11 lat. Nikt jednak nie myślał, że etat w Bretanii będzie wiązał się z najpiękniejszymi i jednocześnie najtrudniejszymi chwilami jego życia.

Reklama

Do tej pierwszej grupy z pewnością można zaliczyć sensacyjny awans Brestu do Ligi Mistrzów. Trzecie miejsce w lidze w 2024 roku było jedną z największych niespodzianek ostatnich lat nad Sekwaną. Oznaczało to bowiem grę w Champions League bez potrzeby eliminacji.

Dotarli do fazy pucharowej, gdzie PSG zmiotło ich z powierzchni ziemi (0:3 i 0:7). Kibice na Stade Francis- Le-Ble nigdy nie zapomną tych wieczorów w tygodniu. W 2024 roku nagrodzono go tytułem trenera sezonu w Ligue 1 oraz we Francji. Była to historia jak z bajki.

Reklama

A dlaczego wspominamy o najtrudniejszych chwilach? W momencie objęcia tego stanowiska Roy wiedział już, że ma nowotwór. Przez trzy kolejne lata dowiedziały się o nim tylko nieliczne osoby. Żona Roya zdradziła, że lekarze uznali jej męża za szaleńca. Jego piłkarze nie mieli pojęcia na temat powagi sytuacji.

Poprowadził Brest w 143 meczach w roli trenera, co jest liczbą, w którą mało kto wierzył. Zwłaszcza, że nie pracował w zawodzie ponad dekadę. Miesiąc od ostatniego meczu ligowego zmarł w wieku 58 lat na raka trzustki. Był to wielki szok dla kibiców francuskiego futbolu. Kibice we Francji na długo nie zapomną o sympatycznym „Panu Czapeczce”.

Jayden Adams – 11 lipca

To jedna z tych szokujących śmierci… Adams był uczestnikiem mistrzostw świata. Republika Południowej Afryki czekała na ten moment 16 lat – ale zakwalifikowała się dopiero po raz pierwszy, bo w 2010 roku z automatu jako gospodarz udział miała zapewniony.

Adams poznał już co nieco Amerykę Północną i specyfikę gry na tamtejszych stadionach, bo z Mamelodi Sundowns zagrał na Klubowych Mistrzostwach Świata rok wcześniej. Hugo Broos dał mu szansę w trzech meczach, a mecz otwarcia MŚ rozpoczął nawet w pierwszym składzie. Później jego rola gasła. Po meczu z Koreą Południową widać było na jednym z filmików, jak jest przybity. Nikt jeszcze nie wiedział o co chodzi. Z Kanadą nie zagrał.

Reklama

Wracając do jego nastroju po awansie do fazy pucharowej – po meczu z Czechami zmarła jego babcia i bardzo to przeżywał.

To był ogromny szok. Jeszcze w trakcie trwania mistrzostw, kibiców śledzących MŚ obiegła wiadomość o śmierci samego 25-latka, który przecież chwilę temu grał na tych stadionach. Był to ogromny cios. Uczczono jego pamięć minutą ciszy przed spotkaniem Norwegii z Anglią w ramach ćwierćfinału.

Reklama

Według lokalnych doniesień miał on odebrać sobie życie wiele godzin po rozmowie przez telefon ze swoim ojcem. Adams miał pokłócić się z partnerką, a gdy zadzwonił do swojego rodzica, powiedział, że „nie zniesie tego dłużej”.

Ken Bates – 11 lipca

Osoba, która z całej listy żyła najdłużej – aż 94 lata. Jako dziecko kibicował Queens Park Rangers, ale znacząca część jego życia to inny londyński klub. W latach 80. XX wieku przejął Chelsea.

Dziś jest to nie do pomyślenia, ale zapłacił za inwestycję… symbolicznego funta. Po kilkunastu latach spadków i powrotów The Blues w końcu zaczęli tworzyć coś interesującego. Poza przebudową stadionu, nie zabrakło transferów znanych piłkarzy.

Reklama

Warto tu wspomnieć, że na Stamford Bridge pojawił się choćby Ruud Gullit, który we Włoszech był jednym z najlepszych piłkarzy świata. Postawiono wtedy na kilku zawodników z przeszłością w Serie A lub włoskim paszportem. Do grona legend można zaliczyć choćby Gianlukę Viallego oraz Gianfranco Zolę. Nie zabrakło też innego triumfatora Ligi Mistrzów z Milanem, Marcela Desailly.

W 2003 roku sprzedał klub Romanowi Abramowiczowi. Ten rozpoczął misję wprowadzania klubu ze Stamford Bridge na zupełnie nowy poziom. Postawił na Jose Mourinho, Didiera Drogbę i wielu innych zawodników. Doczekał się dwóch triumfów w Lidze Mistrzów.

A Bates? Zainwestował w Leeds United, ale były to gorzkie chwile dla kibiców z Elland Road. Kilka lat po półfinale Ligi Mistrzów klub znalazł się nad finansową przepaścią, a za kadencji człowieka pochodzącego z hrabstwa Surrey, sportowo dogorywał – był nawet w League One. Na rok przed sprzedażą akcji (tak więc 2011 rok), Leeds wróciło do Championship. Bates był też zaangażowany w początkowe etapy przebudowy Wembley.

Manu – 11 lipca

11 lipca był tragicznym dniem dla futbolu. Poza odejściem Adamsa oraz Batesa, swoje życie ziemskie zakończył Manu, który w latach 2010-2011 występował w Legii Warszawa. Zginął on w wypadku samochodowym.

Przez wiele lat występował w Benfice. Może się pochwalić wywalczeniem dwóch trofeów w klubie z Łazienkowskiej. Wydatnie przyczynił się do triumfu w Pucharze Polski w 2011 roku. Strzelił gola na remis w meczu z Lechem w Bydgoszczy. Był znany z szybkości na skrzydle. Dla Legii rozegrał 46 spotkań.

Jak przyznawał w mediach po przybyciu do Warszawy „obserwowano go pół roku” i mocno dano mu do zrozumienia, że w stolicy chcą z nim podpisać umowę. Stadion przy Łazienkowskiej zrobił na nim duże wrażenie, ale dodał, że presji się nie boi, tak jak i mrozów.

– Najwyżej kupię sobie ciepłą kurtkę i nie będę wychodził z domu

Portugalczyk poza grą w Ekstraklasie, miał też na koncie występy w Chinach czy na Cyprze. O jego śmierci poinformowała Alverca, obecnie klub należący do Viniciusa. Manu stawiał tam pierwsze piłkarskie kroki.

Kevin Keegan – 20 lipca

Był jednym z największych piłkarzy angielskiej piłki w historii. Wygrał dwa razy nagrodę dla najlepszego piłkarza Europy. Był królem nie tylko w Liverpoolu, ale też w Hamburgu. Do dziś to ostatni zwycięzca najbardziej znanej nagrody dla piłkarza roku, który pominął wielki turniej (1978). Jego wybór budzi kontrowersje, bo niczego nie wygrał, a sam strzelił raptem sześć goli w roku kalendarzowym. Ale historia to historia.

Gdy jedna z gazeta w Hiszpanii sugerowała, że Real Madryt powinien kupić Keegana, napisano wtedy:

– To urodzony napastnik, który – warto podkreślić – dobrze zagra na każdej pozycji w ataku. Jego nazwisko kojarzy się głównie z prawym skrzydłem, a do tego fantastycznie operuje obydwiema nogami (…) Jest niski, ale kapitalnie wykańcza sytuacje głową. Możliwe, że to kwestia bardzo silnej szyi, ale jest zaskakująco dobry w pojedynkach powietrznych (…). Choć nie jest jeszcze wizjonerem gry, jego przeogromnym zasobem jest ponadprzeciętna umiejętność wykańczania akcji. Jest jak strzała, która potrafi złamać obrońców nie tylko szybkością, ale i kontrolą piłki.

Jako trener najbardziej kojarzy się go z pracy w Newcastle, gdzie pracował przez pięć lat. Lubił ofensywny, czasami trochę zwariowany futbol. Powtarzał: „Strzelmy po prostu o jednego gola więcej”. wolał 4:3 od 1:0. W 1993 roku wygrał ze Srokami drugą ligę, a trzy lata później był blisko mistrzostwa Anglii. Spektakularnie jednak poległ ze swoimi podopiecznymi, bo roztrwonili 12 punktów przewagi na rzecz Manchesteru United. Po jednym z meczów mocno się odpalił. Stało się to absolutnie legendarnym momentem w nowożytnej erze angielskiego futbolu.

– Futbol w tym kraju jest uczciwy. Powiedzcie mu, że walka o tytuł jeszcze się nie zakończyła. Walka trwa, Manchester United jeszcze nie jest mistrzem Anglii. Jeśli ich pokonamy, będę wniebowzięty. Po prostu wniebowzięty!

Prowadził też manchester City, a w latach 1999-2000 był angielskim selekcjonerem, ale tam mu nie poszło, co odcisnęło piętno na jego karierze trenerskiej. Na mistrzostwach Europy nie wyszedł z grupy. Przed tegorocznym mundialem ogłosił, że ma nowotwór w czwartym stadium. Zmarł 20 lipca w wieku 75 lat.

Franco Baresi – 31 lipca

Gdyby tak się zastanowić w temacie Milanu, to na myśl o największych w historii tego klubu przychodzą głównie trzy nazwiska. Gianni Rivera, Paolo Maldini i Franco Baresi. To właśnie legendarny wieloletni kapitan odszedł na tamten świat pod koniec lipca.

Był jednym z największych, najwspanialszych obrońców XX wieku. Piłkarzem, który nie miał wrogów, a Diego Maradona szanował go tak bardzo, że paradował w jego koszulce po meczu w Neapolu. Z Milanem wygrał i przeżył wszystko. Spadki do Serie B, mistrzostwa Włoch, serię blisko 60 meczów z rzędu bez porażki, trzy „uszate” puchary – brał w tym wszystkim czynny udział, dlatego też jego historia w Mediolanie jest tak piękna i wyjątkowa.

Był też na podium Złotej Piłki w czasach, gdy ofensywa Milanu bardzo cieszyła oczy fanów w Europie. Tak wysoki poziom sportowy reprezentował.

Przez parę lat mierzył się w Derby della Madonnina ze swoim bratem Giuseppe. Legendarnym momentem była potyczka, w której obydwaj byli kapitanami swoich drużyn.

Wychowany w regionie Lombardii, od lat nastoletnich był sierotą. W 1982 roku pojechał z Włochami na mundial zaraz po wywalczonym sportowo spadku z Milanem (wcześniejszy to konsekwencja afery Totonero). Nie zagrał tam ani minuty, ale został mistrzem świata.

Nie było dla niego innej opcji niż Rossoneri i Squadra Azzurra. W finale w 1994 roku zagrał po rekordowo szybkim powrocie do zdrowia. Uszkodził łąkotkę, a po nieco ponad trzech tygodniach, schował do kieszeni wybitnego Romario. Był to jednak dzień bolesny, bo w rzutach karnych uderzył ponad bramką. Bardzo to przeżył, a po meczu płakał. Los chciał, że to inne pudło z tamtego dnia zostało zapamiętane znacznie lepiej.

Wytrawni znawcy futbolu uznają jego występ w amerykańskim finale za jeden z najlepszych w historii, jeśli chodzi o obrońców.

W październiku 1997 roku zagrał po raz ostatni. Zrobił rundę honorową, a Berlusconi przed wypełnionym San Siro wręczył mu replikę Złotej Piłki. Magnat medialny był zdania, że to jedyna luka, jaką ma w swojej obfitej gablocie z trofeami. Kibice wybrali go na piłkarza stulecia w Milanie. Rozegrał tu 719 spotkań. Nie miał w życiu innego klubu, nie znał czegoś innego niż Milan.

Kilka dni przed końcem lipca Milan dementował informacje o jego śmierci. Niestety, potwierdzono jednak, że ze zdrowiem się pogorszyło. Dawało to pewne oznaki, że z Baresim nie jest dobrze, mimo że w 2025 roku przeszedł pomyślnie operację usunięcia guzka płucnego. Następnie rozpoczął immunoterapię.

Ta prawdziwa informacja o śmierci nadeszła ostatniego dnia miesiąca.

Ostatni raz publicznie pojawił się w lutym 2026 roku. Wraz z Giuseppe Bergomim, legendarnym kapitanem Interu, niósł olimpijską pochodnię.

Podczas meczu w połowie sierpnia na polskiej ziemi z udziałem Milanu i Manchesteru United, kibice znad Wisły uczcili pamięć klubowej legendy specjalną sektorówką. Nie umknęło to uwadze włoskich mediów.

Mateusz Bąk – 3 sierpnia 

Był jednym z najbardziej znanych piłkarzy Lechii Gdańsk w XXI wieku. To historia, którą trudno powtórzyć. Przebył z klubem drogę z A Klasy aż do samej elity! A występował w niej w latach 2001-08 oraz 2013-17. Gdy mówiono o nim jako legendzie klubu, to z miejsca wskazywał innych zasłużonych dla historii Gdańszczan piłkarzy.

Bąk jako piłkarz był bardzo skromny, pracowity, ale też świadomy. Dla Weszło w styczniu 2014 roku następująco skwitował swoje wahania formy: – U mnie jest taka sinusoida, ale takie rzeczy nie dotyczą tylko największych, jak Jordan, Woods czy Schumacher. Jeśli ktoś po chudych latach potrafi wrócić na dobry poziom, to już świadczy o jego ambicji i walce. Często po takim gongu człowiek się nie podnosi.

Bardzo żałował wyjazdu do Bułgarii. Nie tylko sportowo, ale i finansowo. Przez pół roku nie ujrzał tam jakichkolwiek pieniędzy, a od pewnego momentu jego klub nie miał gdzie trenować. Dlaczego?

Bo na boisko swojego bernardyna wypuszczał nie kto inny jak właściciel całego kompleksu, Jordan Leczkow. Ten sam, który w 1994 roku wyeliminował po golu głową Niemców, obrońców tytułu mistrza świata. Co innego jeśli mowa o wyjeździe na Maderę. Bąk sam przyznał, że był za słaby na to, by być tam jedynką. Nie potrafił choćby tak dobrze grać nogami jak rywale (to jego opinia – MZ).

Mateusz Bąk

Od zabawy w kasynie wolał wydać fortunę na biesiadowanie we własnym domu ze znajomymi. Niespodziewanie, 3 sierpnia obiegła kibiców wiadomość o śmierci Bąka. Miał on zaledwie 43 lata. Klub w ramach uczczenia pamięci o ważnej postaci dla swojej historii, zastrzegł numer 24.

Sandro Mazzola – 19 września 

Jego ojciec był jednym z najlepszych piłkarzy w kraju. Zginął tragicznie wraz z całą drużyną Torino, która wracała ze sparingu z Benficą. Sandro nawiązał do wielkości ojca. W swojej karierze został mistrzem Europy, jak i wicemistrzem świata. Choć jego tata jest wspominany jak legenda, to osiągnięcia Mazzoli juniora były równie imponujące i jest stawiany w hierarchii włoskiej piłki równie wysoko.

W trakcie pandemii rozmowę przeprowadził z nim Michał Salamucha. Legendarny włoski piłkarz przyznał wtedy, że w dniu debiutu w lidze włoskiej… w szkole miał odpowiedź ustną, a jeden z kolegów wydał nauczycielce, że Sandro gra w Serie A i czy mogłaby go wypuścić wcześniej. Dziś sytuacja praktycznie nie do pomyślenia.

Co najlepsze w całej historii – Mazzola strzelił gola w debiucie, ale Inter oberwał od Juve aż 1:9.

Był pełen podziwu wobec polskiej drużyny narodowej w 1974 roku. Brązowa drużyna Kazimierza Górskiego wygrała z Włochami w grupie, a Mazzola pamiętał tamte realia w ten sposób:

– Pamiętam, że byliśmy bardzo zmartwieni. Pokazywali nam fragmenty meczów drużyny, z którą mieliśmy się zmierzyć. Zauważyliśmy, że Polacy mieli styl gry, który ciężko było zatrzymać. Bardzo często i szybko grali piłką, ciągle ją między sobą podawali. To był przeciwnik, którym naprawdę się przejmowaliśmy.

Mazzoli niegdyś bardzo spodobał się utwór grany po meczach Liverpoolu. Chodziło o „Oh when the Saints Are Marching On”. Kupił nagranie i przywiózł je do ojczyzny. Spiker puścił to po rewanżowym półfinale Pucharu Europy w 1965 roku, gdy Inter odrobił straty z Anfield. Liverpool niedługo później zmienił klubowy hymn na znane doskonale „You’ll Never Walk Alone”. Inter powtórzył też sukces sprzed roku i zgarnął drugi Puchar Europy z rzędu.

Mazzola zmarł półtora miesiąca po innej legendzie kojarzonej z Mediolanem, Franco Baresim. Miał 83 lata.

Jacek Ziober – 6 października 

Wychowanek Łódzkiego Klubu Sportowego. Na przełomie lat 80. i 90. był jednym z niewielu pozytywów smutnej polskiej rzeczywistości piłkarskiej. Spędził trzy lata w Montpellier, a następnie cieszył oko kibiców Osasuny na stadionie El Sadar. Na poziomie Ligue 1 oraz Primera Division jego najlepszy sezon opiewał na odpowiednio osiem i dziesięć bramek.

Kibice bardzo cenili sobie Ziobera jako piłkarza. Nie bał się mieć piłki przy nodze, grał widowiskowo. W reprezentacji Polski, obok Romana Koseckiego, powszechnie uważany za najlepszego piłkarza kadry tamtych lat. Najlepiej jego jakość piłkarską oddają słowa, które wypowiedział w podcaście „Ofensywni” Maciej Terlecki, którego ojciec Stanisław był w Łodzi gwiazdą, ale i klubowym kolegą Ziobera.

– Ja zakochałem się w nim jako piłkarzu. Chodziłem dla niego na mecze. Mojego ojca to trochę denerwowało, bo mój tata technicznie był trochę lepszy (…) Mój ojciec to wiadomo, ale no to był jednak Jacek Ziober, król Łodzi.

Pierwszy trener w historii reprezentacji narodowej w beach soccera, laureat nagrody dla piłkarza roku w 1990 roku w plebiscycie Piłki Nożnej. W ostatnich miesiącach życia chorował. Odszedł w wieku 60 lat. Po śmierci dziennikarz Jarosław Koliński napisał o nim.

„Piłkę kochał do końca, całe weekendy siedział przed telewizorem. A później barwnie o niej opowiadał. Chciał, żeby było merytorycznie, ale na luzie. Kiedyś, gdy już skończyliśmy rozmowę i zacząłem spisywać jego słowa, zadzwonił i zapytał: „Ale tam fajne porównanie dałem, co nie?”. I głośno się zaśmiał”.

0 komentarzy
Marcin Ziółkowski

Człowiek urodzony w roku stulecia swojego przyszłego ulubionego klubu. Schodzący po czerwonej kartce Jens Lehmann w Paryżu w finale Ligi Mistrzów 2006 to jego pierwsze piłkarskie wspomnienie. Inspiruje się Robertem Kubicą, Fernando Alonso i Ottem Tanakiem, bo jest zdania, że warto dać z siebie sto i więcej procent, nawet mimo niesprzyjających okoliczności. Po szkole godzinami czytał o futbolu na Wikipedii, więc wybudzony nagle po dwóch godzinach snu powie, że Oleg Błochin grał kiedyś w Vorwarts Steyr. Potrafi wstać o trzeciej nad ranem na odcinek specjalny Rajdu Safari, ale nigdy nie grał w Colina 2.0. Na meczach unihokeja w szkole średniej stawał się regenem Lwa Jaszyna. Esencją piłki jest dla niego styl gry Barcelony i Bayernu Hansiego Flicka, bo Zdenek Zeman i jego podejście to życie, a posiadanie piłki jest przehajpowane

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama
La Liga

Reakcja na szóstkę. Walec z Barcelony przejechał się po Alaves

Jan Broda
3
Reakcja na szóstkę. Walec z Barcelony przejechał się po Alaves