O krok od wielkości. Arsenal wreszcie chce zmienić narrację

Wojciech Piela

06 maja 2026, 14:07 • 9 min czytania 6

Reklama
O krok od wielkości. Arsenal wreszcie chce zmienić narrację

22 lata czeka Arsenal na zdobycie tytułu mistrza Anglii. 20 lat minęło z kolei od ich ostatniego finału Ligi Mistrzów. Kibice, którzy urodzili się w tym czasie są już pełnoletni, a choćby Thierry Henry jest dla nich raczej panem z telewizji czy pomnika sprzed stadionu Emirates. To całe pokolenie wychowane bez mistrzowskiego Arsenalu i drużyna, która balansuje między pragmatyzmem a wielkimi ambicjami. Kanonierzy Mikela Artety są o krok od napisania pięknej historii na nowo – pytanie tylko, czy do tego wystarczy im chłodna skuteczność, czy będą musieli znów przypomnieć światu, czym naprawdę jest futbolowa magia z północnego Londynu.

Reklama

Walczący jak lew Declan Rice, najlepszy w sezonie Viktor Gyokeres, czujni w defensywie William Saliba z Gabrielem oraz odświeżona wersja ukochanego wychowanka Bukayo Saki. Suma indywidualności utworzyła we wtorkowy wieczór znakomitą całość, która pozwoliła Arsenalowi na zneutralizowanie Atletico Madryt. To sukces Mikela Artety, bo przecież wiemy, że ta sztuka nie udała się choćby w ćwierćfinale Hansiemu Flickowi. Cóż z tego, że wiosną to zapewne fani Barcelony mogli częściej piać z zachwytu po udanych akcjach swoich ulubieńców. Ostatecznie, to ich styl gry okazał się bardziej przystępny dla Atletico niż bardziej zorganizowany styl Arsenalu.

Arsenal wreszcie chce zmienić narrację. O krok od wielkości

– O co chodzi z tymi rzeczami, które mówisz? Brzmi to tak, jakby to był problem, bo są dobrzy w stałych fragmentach gry. To silna, fizyczna drużyna i nie widzę w tym żadnego problemu – to część gry. Mamy kilku niesamowitych menedżerów, a Mikel jest jednym z nich, którzy przyjechali do tego kraju i pokazali nam, co potrafią – mówił w marcu menedżer Evertonu David Moyes broniąc swojego dawnego podopiecznego.

17 goli strzelonych po rzutach rożnych w tym sezonie Premier League stanowią absolutny rekord w historii tych rozgrywek. To ponad 25% całego dorobku bramkowego Kanonierów. Nie zawsze dzięki temu ich mecze są atrakcyjne do oglądania, ale trudno odmówić w tej sytuacji kunsztu sztabowi szkoleniowemu. Trener od stałych fragmentów gry, a więc Nicolas Jover za każdą bramkę zdobytą w ten sposób otrzymuję premię. – Aby dotrzeć do finału, trzeba być sprytnym w ataku i silnym w defensywie. Ten dwumecz pokazał, że Arsenal to potrafi – mówił we wtorkowy wieczór legendarny Arsene Wenger. 

To właśnie francuski szkoleniowiec do wczoraj był jedynym, który doprowadził Arsenal do finału Ligi Mistrzów. W 2006 roku jego Arsenal również charakteryzował się żelazną defensywą. Dość powiedzieć, że w drodze do decydującego meczu w Paryżu podstawowy golkiper Kanonierów Jens Lehmann nie stracił choćby jednej bramki! W finale zresztą też tak było, bo zszedł z boiska z czerwoną kartką w 18. minucie. Późniejsze trafienia Samuela Eto’o oraz Juliano Bellettiego przepuszczał już Manuel Almunia. Jedynego gola dla Arsenalu strzelił z kolei stoper Sol Campbell, a tych wyników nie byłoby bez Kolo Toure, którego wówczas spokojnie można było nawet nazywać najlepszym obrońcą w całej Premier League.

Reklama

Te dwa trafienia Barcelony z drugiej połowy do dziś tkwią w sercach fanów Arsenalu niczym kolce róży. Jeszcze mocniej uczucie porażki podbijały ostatnie lata. Końcówka ery Wengera nie nastrajała zbyt optymistycznie. Arsenal przestał już nawet łapać się na żartobliwie przypisywane im 4. miejsce i wypadł z rozgrywek Ligi Mistrzów. Bolesne były odejścia najlepszych zawodników, takich jak Robin Van Persie czy Cesc Fabregas. Zarówno jeden, jak i drugi, aby sięgać po trofea musieli szukać szczęścia na Old Trafford oraz Camp Nou. Oczywiście, pewnym uśmierzeniem dolegliwości było kilka wygranych Pucharów Anglii, ale nie ma co ukrywać, że raczej były to recepty z określonym terminem ważności.

Sol Campbell świętuje gola dla Arsenalu

Gol Sola Campbella nie wystarczył Arsenalowi do wygrania finału Ligi Mistrzów w 2006 roku

Doświadczał tego zresztą sam Mikel Arteta. Zdobyty przez niego krajowy puchar, tuż na początku pracy w 2020 roku, był odebrany jako wynik ponad stan. Dzięki temu kupił sobie trochę czasu i więcej sympatii kibiców, lecz po dziś dzień pozostaje on jego jedynym trofeum na Emirates Stadium. Przejmował rozbitą ekipę w grudniu, po tym jak nie poradził sobie z nią Unai Emery. Dla Artety była to pierwsza samodzielna praca w roli menedżera, po tym jak zbierał dobre recenzje w roli asystenta Pepa Guardioli w Manchesterze City. Wątpliwości było mnóstwo, a skład z Ainsleyem Maitlandem-Nilesem, Robem Holdingiem czy Nicolasem Pepe raczej nie wskazywał, że fanów Kanonierów czekają świetlane lata.

Reklama

Stopniowo Arteta odbudowywał jednak pozycję Arsenalu. Rozwijał młodych piłkarzy, jakich miał do dyspozycji – tak rozkwitły talenty Saki oraz Gabriela Martinellego. W 2021 roku na Emirates Stadium trafił także Martin Odegaard, który w północnym Londynie na dobre pokazał, że transfer do Realu Madryt w wieku 16 lat nie był na wyrost. Na finiszu rozgrywek zawsze jednak czegoś brakowało. Tak było choćby w 2022 roku, gdy przegrali 0:3 z odwiecznym rywalem Tottenhamem i awans do Ligi Mistrzów przeszedł im koło nosa. Przez to do tych elitarnych rozgrywek wrócili dopiero rok póżniej, po siedmiu latach przerwy. W późniejszych sezonach trzy razy z rzędu zajmowali z kolei drugą pozycję w lidze – zawsze za plecami Manchesteru City i Liverpoolu.

Latem ludzie w Arsenalu powiedzieli więc „dość”. Wyłożyli olbrzymie sumy na transfery, dzięki czemu mogli sprowadzić Viktora Gyokeresa, Eberechiego Eze, Martina Zubimendiego czy Noniego Madueke. W sumie ta czwórka kosztowała 227 milionów funtów, a doszły jeszcze pomniejsze ruchy, takie jak pozyskanie Christiana Norgaarda, Christiana Mosquery oraz wypożyczenie Piero Hincapie. Szeroki skład w teorii powinien pozwalać Artecie na swobodną rotację w celu uniknięcia przemęczenia zawodników. Trener z Kraju Basków nie zawsze był jednak na to chętny, a AbsurDB czyli Marek Urbański wyliczył przed wczorajszym meczem, że Arsenal miał w nogach zdecydowanie najwięcej minut spośród wszystkich półfinalistów Ligi Mistrzów. Zwłaszcza proporcja względem PSG (21473 > 15632) jest w tym wypadku mocno zastanawiająca.

Zmęczeni piłkarze Arsenalu padali więc jak muchy, po tym jak kilka tygodni temu wyszarpali zwycięstwo 1:0 nad Newcastle. Pięknym golem zapewnił je Eze, który po przyjściu z Crystal Palace też dosyć rzadko dostarczał takie pokazy magii, jakimi regularnie raczył fanów na Selhurst Park. Ten triumf okazał się niezwykle istotny z perspektywy ponownego przejęcia sterów w walce o mistrzostwo Anglii. Brak odwagi w dryblingach, słaba forma Madueke oraz Martinellego, zagubiony długimi tygodniami Gyokeres i zmęczony Zubimendi sprawili, że po porażce z Manchesterem City (1:2) 19 kwietnia Kanonierzy nie byli już jedynym zespołem, który miał w swoich rękach losy tytułu. Kilka dni później po zwycięstwie The Citizens nad Burnley, drużyna Guardioli wyprzedziła ich w tabeli.

Reklama

Wydawało się, że koszmar wraca. Przecież Arsenal był liderem Premier League nieprzerwanie od 7. kolejki. Wiosną zawodził jednak fanów remisując z Wolverhampton i Brentford, a apogeum niechlujstwa okazała się kwietniowa porażka z Bournemouth u siebie. Do tego doszło przecież także odpadnięcie z grającym w Championship Southampton w ćwierćfinale Pucharu Anglii. Arsenal okazał się również słabszy od Manchesteru City w finale Pucharu Ligi, tracąc szansę na pierwsze trofeum w sezonie. – To nie jest jeszcze skończone – mówił jednak do swoich kolegów na murawie po przegranym ligowym meczu na Etihad Stadium Declan Rice.

Dziś po remisie Manchesteru City z Evertonem i sobotnim zwycięstwie Arsenalu nad Fulham, Kanonierzy mają znów 5 punktów przewagi nad drużyną Guardioli. Przeciwko ekipie Marco Silvy zespół wreszcie wyglądał efektownie i prowadził do przerwy już 3:0 – po raz pierwszy od 2024 roku. Ustawienie z Mylesem Lewisem-Skellym w środku pola oraz wracającymi do zdrowia Saką i Riccardo Calafiorim spodobało się Mikelowi Artecie na tyle, że powtórzył je na rewanżowe starcie z Atletico. – Może powinienem był zrobić to wcześniej, nie wiem. Ale muszę działać, kiedy uważam, że zawodnik jest gotowy, drużyna jest gotowa, a przeciwnik jest odpowiedni, żeby grać z nim na tej pozycji – mówił po spotkaniu z Fulham szkoleniowiec Arsenalu.

Reklama

Praca 44-letniego menedżera była w ostatnich tygodniach nieco kwestionowana. – To jest wyzwanie dla Arsenalu: gra pod presją. City jest zdecydowanie najlepszą drużyną w kraju od sześciu lat – wyobraźcie sobie, z jaką presją oni musieli się zmagać. Dostajesz pochwały – ale nie ma sensu dostawać pochwał, kiedy się przegrywa – mówił po starciu z Manchesterem City Roy Keane. – Mikel Arteta powinien zrezygnować z funkcji menedżera Arsenalu, jeśli drużyna nie zdobędzie mistrzostwa Premier League w tym sezonie – w jeszcze mocniejsze tony uderzał dziennikarz Alex Crook z talkSPORT.

Arteta wybronił się jednak w imponujący sposób, choć najważniejsze mecze dla Arsenalu dopiero nadchodzą. – Nie udało nam się. Mam nadzieję, że wam się uda. Jeśli wam się uda i wygracie też tytuł – nie chcę niczego zapeszyć – będziecie znani jako ‘Niezapomniani’, my byliśmy ‘Niepokonani’, idźcie i zdobądźcie to! – nawoływał w rozmowie z Bukayo Saką na antenie CBS Thierry Henry.

Wzruszenie musi skrzydłowemu pomagać w walce z bólem, który nadal nie pozwala mu rozgrywać pełnych meczów. We wtorek Arteta zmienił go już po godzinie gry, ale decyzja o wystawieniu skrzydłowego od początku okazała się słuszną, bo to 24-latek strzelił przecież decydującego o awansie gola. Inna sprawa, że nawet gotowy na 50% Saka stanowi zdecydowanie większe zagrożenie dla rywali niż przygotowany na 100%, ale chaotyczny Madueke. 

Reklama

Na pewno Arsenal nie będzie fawortytem finału w Budapeszcie. Masa wywalczonych rzutów wolnych przez Gyokeresa czy kilka inteligentnych zagrań Trossarda robiły wrażenie na tle Atletico, ale aby przeciwstawić się rozpędzonym PSG czy Bayernowi trzeba będzie dołożyć z przodu jeszcze więcej. Ogromne wrażenie robi też oczywiście polot w ofensywie takich graczy jak Michael Olise czy Chwicza Kwaracchelia. Nie przez przypadek ich zeszłotygodniowy półfinał dla wielu był najlepszym meczem piłki nożnej, jaki widzieli w życiu. 

Kto ma jednak rzucić im wyzwanie, jeśli nie ekipa, która jako jedyna nie przegrała jeszcze w tym sezonie meczu w Lidze Mistrzów? Dla najlepiej zorganizowanej obrony w Europie to będzie prawdziwy test mocy. Jeśli do finału w Budapeszcie 30 maja Arsenal przystąpi już jako mistrz Anglii może to również stanowić dodatkowy zastrzyk paliwa.

Ta historia jest o krok, aby przestać być opowieścią o niespełnieniu, a stać się symbolem cierpliwości, konsekwencji i wiary w proces. Jedno jest jednak pewne: ten Arsenal już wrócił na szczyt rozmów o wielkości. Teraz musi zrobić ostatni krok, by wreszcie zasiąść na szczycie europejskiej piłki.

Reklama

*Kibice często szukają najlepszych bonusów bukmacherskich. Jedną z ulubionych promocji wielu graczy są freebety bez depozytu – takie oferty znajdziesz na naszej stronie. 

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

fot. Newspix

6 komentarzy
Wojciech Piela

Uwielbia sport, czasem nawet próbuje go uprawiać. W przeszłości współtworzył legendarne radio Weszło FM, by potem oddawać się pasji do Premier League na antenie Viaplay. Formaty wideo to jego żywioł, podobnie jak komentowanie meczów, ale korzystanie z języka pisanego również jest mu niestraszne. Wytężone zmysły, wzmożona czujność i mocne zdrowie – te atrybuty przydają mu się zarówno w pracy, jak i życiu codziennym. Żyje nadzieją na lepsze jutro słuchając z zamiłowaniem utworów Andrzeja Zauchy czy Krzysztofa Krawczyka – bo przecież bez przeszłości nie ma przyszłości.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama