Real Madryt jechał po wygraną tak, jakby oszczędzał na paliwie

Sebastian Warzecha

15 września 2026, 23:47 • 6 min czytania 7

Reklama
Real Madryt jechał po wygraną tak, jakby oszczędzał na paliwie

Ceny paliw cały czas idą w górę, czasem trzeba więc zdjąć nogę z gazu i nieco ulżyć portfelowi. Chyba z takiego założenia wyszedł Real Madryt, który w starciu z Elche nie wykorzystał w pełni wielkiej przewagi z pierwszej połowy, a w drugiej grał tak, jakby był przekonany, że mecz wygra. I wygrał, ale po roztrwonieniu dwubramkowego prowadzenia, wynikających z tego męczarniach i golu w samej końcówce. 

Reklama

Real Madryt wygrał, ale nikogo nie zachwycił

W zasadzie to od dawna cecha Królewskich – gdy mają prowadzenie, ściągają nogę z gazu, jakby byli przekonani, że ostatecznie i tak wygrają. Problem w tym, że kiedyś robili to przy trzech, nawet czterech bramkach przewagi. Obecnie coraz częściej wystarczają im dwie, a czasem nawet jedna. Taka postawa potrafi się mścić, ale piłkarze z Madrytu często nic sobie z tego nie robią – dalej grają właśnie w ten sposób, a rywale, gdy widza, że są w stanie nagle Los Blancos zagrozić, rosną i zaczynają grać lepiej.

Na Estadio Manuel Martinez Valero Królewscy tak naprawdę nie powinni mieć problemów z ekipą gospodarzy.

Elche bowiem Realowi długo pomagało. Dużo niecelnych podań, problemy z wyjściem z akcją z własnego pola karnego – piłkarze gości mieli z takich błędów gospodarzy co najmniej kilka sytuacji. Tyle że te zwykle partaczyli, najczęściej robił to fatalny w tym meczu Vinicius. Zresztą Brazylijczyk od początku sezonu wygląda słabo, nie potrafi się odnaleźć na boisku. Niezłą miał co najwyżej końcówkę meczu z Betisem (przegranego), no i dobrze pracował w defensywie w kilku innych spotkaniach. To jednak właściwie tyle.

Reklama

Inna sprawa, że z przodu wiele się w ekipie Realu momentami nie zgadza. Bo i Kylian Mbappe bywa chimeryczny, potrzebuje kilku okazji, by zdobyć bramkę. Jest aktywniejszy od Viniego, to na pewno, skuteczniejszy ostatecznie też, ale to ewidentnie nie jest najlepsza wersja Francuza. Sytuację w pierwszych meczach ratował w dużej mierze Jude Bellingham, a na otwarcie sezonu sporo dał od siebie również Carlos Espi, gdy wszedł z ławki.

Niemniej: Real nawet w meczach, w których wygrywał wysoko, miewał momenty gorsze, momenty, w których rywale naciskali i byli w stanie coś na boisku zrobić. A gdy do tego brakowało skuteczności, to bywało naprawdę nerwowo – jak z Betisem, w meczu, który Królewscy ostatecznie przegrali.

Elche też, gdy to wszystko się połączyło, byli blisko zapewnienia Realowi negatywnej niespodzianki.

Błysk Ardy i uśmiech Diomande

Pierwsza połowa była w wykonaniu Realu znakomita. Jedyny problem w tym, że powinni Królewscy zrobić to, co skutecznie robi Barcelona – strzelić kilka goli, zamknąć temat i wtedy odpuścić (choć mecz z Levante pokazał, że i Duma Katalonii miewa z tym problemy). Oni zmieścili w sieci dwie. Pierwsza to przebłysk geniuszu znakomitego Ardy Gulera – mocny strzał z wolnego, który trafił w słupek. Sęk w tym, że gol nie został zapisany Turkowi, bo piłka wychodziła minimalnie w pole, ale odbiła się od próbującego nieporadnie interweniować bramkarza gospodarzy. I dopiero wtedy wpadła do siatki.

Reklama

Drugi gol to już ładna akcja – piłka na prawą stronę do Yana Diomande, ten idealnie dograł do Kyliana Mbappe, a Francuz zmieścił piłkę w siatce. Diomande się cieszył, widać było, że zeszła z niego presja. Na tablicy wyników zrobiło się z kolei 2:0, choć tak po prawdzie mogło być już i z trzy, cztery, nawet pięć. A do przerwy mieli Królewscy jeszcze kilka dobrych okazji.

Piłka jednak nie trafiła do bramki po raz trzeci.

Reklama

Niemniej, jeśli Real mógł mieć o coś pretensje, to o dwie rzeczy – własną nieskuteczność i fakt, że grał wciąż 11 na 11, a nie z przewagą zawodnika. Bo ewidentnie powinni tę przewagę mieć po tym, jak Dean Huijsen oberwał łokciem w twarz z pełnego nabiegu (nie sugerujcie się emotikonką czerwonego kwadracika poniżej – tam naprawdę nie było kartki). Sędzia jednak nie pokusił się nawet o wyciągnięcie żółtej kartki (a tę mógł też pokazać za poprzedzający tę sytuację faul na Cucurelli), a VAR też nie zainterweniował. Do standardów sędziowania w Hiszpanii wszyscy jednak zdążyli się już przyzwyczaić, nikogo to przesadnie więc nie zaskoczyło.

A finalnie jednak to, co stało się w drugiej połowie, to wina w zasadzie wyłącznie piłkarzy Królewskich.

Reklama

Na chodzonego trudno wygrywać

Real Madryt grał w drugiej połowie tak, jakby był przekonany, że nawet gdyby wszyscy jego zawodnicy ułożyli się na boisku do snu, to ostatecznie i tak by ten mecz wygrali. Stracił blask Guler, a wraz z nim właściwie cała drużyna. Problem jednak nie w tym, że po prostu gra się gorzej – bo można obniżyć loty, ale dalej się starać. Piłkarze Królewskich jednak zagrali tak, jakby zapomnieli o tym drugim. Podania wymieniali niemrawo, ledwie po boisku chodzili, posuwali akcje do przodu od niechcenia.

I wiecie, co się stało?

Bramki dla Elche się stały.

Najpierw świetnie lewą stroną pognał Cepeda, jakby odpuścił go nieco Trent Alexander-Arnold, a centra zawodnika Elche pofrunęła prosto na głowę znakomicie odnajdującego się w polu karnym Abiela Osorio. Ten uderzył, trafił i naturalnie napędziło to jego kolegów. Bo też warto dodać, że Elche to nie ekipa toporna, która skleić składnej akcji nie potrafi – wręcz przeciwnie. Oni, mimo że piłkarzy z topu w kadrze nie mają, próbują rozgrywać, konstruować akcje od tyłu, grać piłką. Niezależnie od tego, kto jest ich rywalem.

Reklama

Więc próbowali też przeciwko Realowi. A że ten po przerwie tak bardzo spuścił z tonu, to było im łatwiej, niż w pierwszej połowie. Nagle okazało się, że można swoje pokazać – więc Elche po swoim golu tym bardziej, raz po raz, zagrażało bramce Thibaut Courtois. I przyszła nagroda – gospodarze trafili po raz drugi. Tym razem po akcji prawej strony, gdzie w polu karnym odnalazł się Fer Nino. Uderzył łagodnie, płasko, ale blisko słupka, a Courtois nie dość, że był zasłonięty, to piłka zaliczyła jeszcze mały rykoszet – w efekcie Belg nawet się nie rzucił, a stadion wybuchł radością.

Elche dokonało czegoś, co w pierwszej połowie wydawało się niemożliwe – miało remis.

Joker w talii

Ledwie Real stracił drugiego gola, Jose Mourinho wezwał do siebie Carlosa Espiego. Dla fanów Realu to „nowy Joselu”, człowiek, który ma wchodzić w końcówkach i dawać jakość pod bramką rywali, gdy jej potrzeba. Zrobił to z Espanyolem, świetnie pokazał się też z Betisem (zdobył wtedy kapitalnego gola, ale we wcześniejszej fazie akcji był na minimalnym spalonym), a teraz wchodził, by uratować dla Realu trzy punkty.

I dokładnie to zrobił.

Reklama

Choć on tylko dostawił nogę – wiadomo, tak działa napastnik, chwała mu za to – ale wcześniej kapitalną robotę w środku pola wykonał Jude Bellingham. Anglik utrzymał się przy piłce pod naporem rywali, wysłał do przodu Kyliana Mbappe, ten w zasadzie miał sam na sam z golkiperem, ale widział Espiego i podał mu na pustą bramkę. Hiszpan dostawił nogę, strzelił na 3:2 i dał Realowi zwycięstwo.

Nie zmienia to faktu, że była to wygrana z gatunku tych, która Realowi nie przystoi i jego kibice nie będą zadowoleni. Elche wypada pochwalić, że walczyło, że wierzyło – może nawet zbyt mocno, bo w końcówce poszło odważnie do przodu i stąd Mbappe oraz Espi mieli tyle miejsca – i że omal tego punktu nie wyrwało. Natomiast Królewskich za to, jak ostatecznie wyglądał ten mecz, trzeba ganić. Bo jeśli Real Madryt tak planuje przechodzić przez ten sezon, to w zasadzie z góry może oddać trofeum Barcelonie.

Reklama

O tym jednak, jaka jest ta twarz Realu, pewnie przekonamy się w niedzielę – wtedy Królewscy zagrają w derbach z Atletico.

Elche – Real Madryt 2:3 (0:2)

  • 0:1 – Dituro 25′ (samobój)
  • 0:2 – Mbappe 33′
  • 1:2 – Osorio 71′
  • 2:2 – Fer Nino 83′
  • 2:3 – Espi 90+1′

Fot. Newspix

7 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

La Liga

Reklama
La Liga

Owono trafi za kratki? Hiszpańska policja bada śmierć de Miguela

Jan Broda
11
Owono trafi za kratki? Hiszpańska policja bada śmierć de Miguela
La Liga

Orłowski o dramacie na Teneryfie: Nikt bramkarzowi nie kazał tak wychodzić

Maciej Bartkowiak
21
Orłowski o dramacie na Teneryfie: Nikt bramkarzowi nie kazał tak wychodzić