Trzy na trzy. Kolejna wygrana polskich siatkarek

Sebastian Warzecha

25 sierpnia 2026, 20:07 • 4 min czytania 1

Reklama
Trzy na trzy. Kolejna wygrana polskich siatkarek

Trzy mecze, jeden stracony set. To – jak na razie – bilans reprezentacji Polski siatkarek w mistrzostwach Europy. Dziś Biało-Czerwone pokonały reprezentację Słowenii bez straty partii i rozegrały przy tym bardzo dobre spotkanie. Poprawiły tym samym nastroje po wczorajszym, kiepskim występie przeciwko Łotwie.

Reklama

Polskie siatkarki z trzecią wygraną w ME

Na otwarcie mistrzostw Polki gładko pokonały Węgierki. Właściwie tylko w drugim secie miały problemy, poza tym bardziej przypominało to sparing niż pierwszy mecz wielkiej imprezy. Już wczoraj jednak, w drugim starciu, Biało-Czerwone miały swoje problemy. Łotyszki, na papierze jedne z outsiderek, urwały im seta. Drugiego, z kolei w trzecim w pewnym momencie wysoko prowadziły. Polki grały długimi fragmentami fatalnie, pokazując swoje słabsze oblicze. Mnożyły się błędy, brakowało skuteczności w ataku, kiepski dzień miała Magda Stysiak.

I choć ostatecznie wygrały 3:1, to nie dziwi, że po takim występie ocena tego, na co nas w tych mistrzostwach stać, diametralnie się pogorszyła.

Po dzisiejszym meczu może się nieco polepszyć. Choć nie ma też co popadać w hurraoptymizm – Polki grały do tej pory z trzema najsłabszymi ekipami naszej grupy. Węgierki i Łotyszki to outsiderki, wiadomo, że najpewniej one odpadną (z sześciozespołowej grupy przechodzą dalej cztery ekipy), z kolei Słowenki w teorii mają prawo walczyć o punkty, ale raczej nikt nie oczekuje po nich cudów. I dziś tych cudów nie było, choć nasze zawodniczki znowu – już po raz trzeci w tym turnieju! – na wiele pozwoliły rywalkom w drugiej partii meczu.

Ogółem jednak to był dobry występ naszych reprezentantek.

Reklama

Prym wiodła ta, która wczoraj często zawodziła – Magdalena Stysiak. W kluczowych momentach piłka w zasadzie niezmiennie szła właśnie do niej i w zdecydowanej większości przypadków był z tego punkt. Stysiak omijała blok, jak tylko chciała, z rzadka jedynie dając się zatrzymać. Ale i inne zawodniczki wcale nie odstawały. Julita Piasecka znakomicie pokazała się od pewnego momentu. Dobrze dyrygowała naszą grą Katarzyna Wenerska, nieźle spisywały się środkowe.

Moment słabości w drugim secie był spory, owszem, ale – być może warto to docenić – Polki były w stanie z niego wyjść i odrobić dystans, jaki traciły do Słowenek. A przecież przegrywały już 8:14, do tego moment był taki, że nawet Stysiak zdarzało się nie zdobyć punktu. Wydawało się, że – jak z Łotyszkami – będzie to set przegrany. Stopniowo, punkt po punkcie, Polki jednak do gry wracały i ostatecznie zrobiły to w zasadzie szybko – remis był już przy stanie 17:17. Potem jeszcze kilka razy to rywalki odskakiwały, ale Biało-Czerwone zawsze były w stanie straty odrobić.

Reklama

A gdy przyszło do piłki setowej, to wiadomo – zaatakowała Magdalena Stysiak i zrobiła to jak najbardziej skutecznie.

W trzeciej partii, jak i w pierwszej, wielkiej historii nie było. Biało-Czerwone szybko odskoczyły i to w zasadzie było na tyle. Owszem, Słowenia kilka razy próbowała zrobić to, co Polki w drugim secie, ale gdy tylko się do naszych zawodniczek zbliżały, to te podwyższały poziom swojej gry. A im dalej w set, tym pewniej się czuły. Ostatecznie wygrały do 18, a całe spotkanie do zera. I to dobre wieści, bo trzy mecze na zaliczenie ostatecznie skończyły się trzema triumfami i kompletem punktów.

Reklama

Prawdziwe sprawdziany zaczną się jednak dla naszej kadry pojutrze. Najpierw, w czwartek, mecz z Niemkami, w zasadzie o to, by zapewnić sobie drugie miejsce w grupie, bo to właśnie ta kadra powinna z nami o nie rywalizować. A potem, jeśli to się uda, starcie o triumf w tej fazie – z Turczynkami, znakomitą kadrą, a do tego gospodyniami naszej grupy mistrzostw. Trzeba więc będzie dać z siebie maksimum, bo dwie wygrane (a nawet jedna!) może bardzo ułatwić walkę o medale.

A o to przecież Polkom chodzi.

Polska – Słowenia 3:0 (25:14, 28:26, 25:18)

Fot. Newspix

Reklama
1 komentarz
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

Koulouris o transferze do Wieczystej. „W piłce finanse są bardzo ważne”

Mikołaj Duda
1
Koulouris o transferze do Wieczystej. „W piłce finanse są bardzo ważne”

Inne sporty

Reklama