Lech, Legia i całkiem nowy biznes. Mateusz Możdżeń wspomina swoją karierę

Marcin Długosz

14 kwietnia 2026, 18:01 • 36 min czytania 5

Reklama
Lech, Legia i całkiem nowy biznes. Mateusz Możdżeń wspomina swoją karierę

Mateusz Możdżeń ostatni mecz w Ekstraklasie rozegrał siedem lat temu, ale w piłkę gra dalej – jest kapitanem rezerw Legii Warszawa. I – jak podkreśla w długim wywiadzie dla Weszło – piłka sprawia mu jeszcze więcej radości, niż gdy występował w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Reklama

„Możdżu” opowiada nam o czasie, który spędził w każdym z klubów w seniorskiej piłce – a było ich osiem. Jednocześnie dzieli się swoim życiem pozasportowym, jako że już w trakcie kariery wraz ze swoimi najbliższymi postanowił wejść w branżę budowlaną.

W szerokiej rozmowie Możdżeń wspomina także swoją relację z Jackiem Magierą. Wywiad został przeprowadzony w piątkowy poranek, na minuty przed tym, jak poinformowano o śmierci asystenta selekcjonera reprezentacji Polski.

35-latek przedstawia również opinię na temat obecnego kształtu Ekstraklasy, w której rozegrał 262 mecze. I przyznaje, że chciałby być trochę młodszy, żeby jeszcze liznąć ligi takiej, jaką jest teraz. A w porównaniu z czasami, kiedy w niej występował, przeszła ogromną przemianę.

Reklama

Mateusz Możdżeń gotowy na życie po życiu. „Zajmuję się budownictwem, stawiam wszystko od zera”

Pamiętam, jak prawie dziesięć lat temu chodziłeś i mówiłeś: „Powynajmowałbym już sobie te mieszkania, średnio mi się chce grać w tę piłkę”. Poszedłeś już w jakieś biznesy, czy ciągle piłka na pierwszym miejscu?

Wydaje mi się, że ciągle mam w sobie tę pasję i miłość do grania. Całe życie je miałem. W Ekstraklasie to już w ogóle. Żyłem marzeniami, bo nie byłem za stary na lepszy kontrakt, lepszy klub. Do dzisiaj gram dlatego, że w Legii jest tak profesjonalnie, że po prostu sprawia mi to frajdę. Na takim samym poziomie jak w Ekstraklasie, albo i lepszym, mam wszystkie rzeczy dookoła mnie. Okej – gdybym nie był w Legii tylko zmienił klub na mniejszy i dogorywał, to może bym się wkurzył i to rzucił. Dopóki jednak mam pasję i otaczam się młodymi ludźmi, którzy chcą robić karierę – także w naszym sztabie – to ciągle chce mi się grać na maksa.

No dobra, ale aktualnie Mateusz Możdżeń jest jeszcze bardziej piłkarzem czy już biznesmenem? Jak się tytułujesz w tym momencie?

W Legii jest tak profesjonalnie, że w dalszym ciągu czynnym piłkarzem. No dobra, niech będzie pół na pół. Czasowo jednak wciąż mnóstwo pożera piłka. Granie jest w dalszym ciągu tak absorbujące, nie patrząc już nawet na poziom ligowy, że w dalszym ciągu chcę to robić. Klub wymusza, że nie mogę sobie odpuścić, bo gdybym to zrobił, to odpaliliby mnie po pół roku czy po roku. A te inne rzeczy też oczywiście zajmują czas, jak wizyty w urzędach czy na budowie, bo to przedsięwzięcie, które trwa.

Reklama

No właśnie – w jakiej branży aktualnie działasz poza piłką? Czym się zajmujesz?

Wynajmuję mieszkania, wiadomo, ale to zna chyba każdy zawodnik i nie ma o czym gadać, bo to jest proste i schematyczne. Cięższą rzeczą natomiast, którą mało osób robi, jest bycie małym deweloperem. Widziałem ostatnio wywiad z Markiem Koźmińskim. Wywnioskowałem, że on jest dużym deweloperem, ja jestem takim malutkim.

Zajmuję się po prostu budownictwem, stawianiem od zera. Dziesięć czy piętnaście lat temu kupiłem jakąś ziemię i poprzez to, że ta ziemia sobie leżała i czekała dopóki nie skończę grać, dzisiaj jest wykorzystywana na budowę. Dlatego mogę powiedzieć, że działam w deweloperce, chociaż ja sam uważam dewelopera za kogoś, kto stawia wielkie bloki czy galerie handlowe.

My budujemy na przykład trzy-cztery domki albo szeregi i jest sprzedajemy. W Warszawie i okolicach.

Reklama

Czyli nie przespałeś kariery piłkarskiej i już w jej trakcie tworzyłeś pomysł na siebie. Wielu piłkarzy ma z tym problem.

Na pewno dużo w tym względzie zawdzięczam tacie, który jednak nie działał w tej branży. Po prostu jest złotą rączką. Twój tata pewnie też tak ma (śmiech). Jak ci ludzie z ich pokoleń – oni wszystko umieją…

Do dzisiaj zdarza się zadzwonić i poradzić, jak coś się wydarzy w mieszkaniu (śmiech).

No widzisz! I to samo miałem. Umiał dużo tymi swoimi rękoma. Budował jeden dom, który miał być dla nas, dla rodziny, gdzieś w Grodzisku Mazowieckim. Okazało się, że nie, zostajemy tu na miejscu i sprzedał. I po tym pierwszym razie, gdy zbudował wiele własnymi rękoma, wszystko zbiegło się ze mną – czyli po prostu z faktem, że dobrze zarabiałem. Zaczęliśmy się współfinansować.

Reklama

Można powiedzieć, że tata był wykonawcą, a ty inwestorem?

Dokładnie. I tak to działa do dzisiaj. A do wszystkiego doszedł mój brat, który jest inżynierem budownictwa. On robi projekty. Oczywiście zajmuje się swoją pracą codzienną, ale dla nas też działa ze względu, że jest moim bratem i synem taty.

Po czasie wszystko się zaczęło zazębiać. Działaliśmy metodą gospodarczą – sami szukaliśmy elektryków, murarzy, a nie szliśmy w wykonawcę generalnego, bo najzwyczajniej nas nie było stać. Normalnie po ogłoszeniach, spotykaliśmy się, ale mieliśmy czas i brak jakichkolwiek deadlineów. Ja na przykład miałem dłuższy kontrakt w klubie, a te kwestie szły sobie spokojnie z boku. To na pewno nie było wyniszczające, ale jednak pochłaniało dużo czasu.

Reklama

Przyznasz nieskromnie, że jesteś raczej wyjątkiem wśród piłkarzy i w trakcie kariery miałeś głowę na karku?

Pewnie kiedyś było inaczej, ale ta moja era zawodników – z końcówki lat 80. czy z lat 90. – chyba już lepiej zarządza tym wszystkim. Nawet to mieszkanie jak kupili dziesięć lat temu i coś się nie powiedzie, to zawsze można je sprzedać i najzwyczajniej zarobić.

Gorszym problemem jest, jak nie masz pomysłu na siebie. Dla mnie prawdziwą masakrą to byłoby właśnie to. Jak nie masz po co wyjść z domu, to wtedy deprecha totalna. Na razie się cieszę, że mam gdzie wychodzić i nawet jak zniknie ta piłka, to może będę to robił nieco rzadziej, ale dalej pozostaną inne rzeczy.

A jak to jest, że ty nadal grasz w tę piłkę? Już lata temu nie ukrywałeś, że czujesz się w niej trochę wypalony, miałeś taki moment…

Reklama

Miałem – przyznaję.

Mówiłeś, że no niby Ekstraklasa, ale ciągle te same wyjazdy i te same stadiony, nic nie jest cię już w stanie zaskoczyć. Minęło sporo lat, zniknąłeś z Ekstraklasy więc teoretycznie powinno być jeszcze ciężej pod kątem tej radości, a tu mówisz, że sprawia ci to frajdę.

To wszystko zasługa Legii. Ja też nie sądziłem, że tak to się potoczy. Myślałem, że skończę po Zniczu, gdzie cała organizacja klubu nie była najlepsza. Nastawiałem się już na spasowanie, a nagle odezwał się dyrektor Marek Śledź, który bodaj piętnaście lat wcześniej ściągał mnie do Amiki. Powiedział, że dogadał się już z właścicielem Znicza i pytanie jest tylko takie, czy ja chcę.

Ja natomiast – może też w formie podziękowania, bo w dużej mierze dzięki dyrektorowi Śledziowi wyjechałem do Amiki, bez niego nie wiem, jakby się to potoczyło – powiedziałem, że nie ma problemu. W drużynie większość 20-latków czy 18-latków. Może nie były to nowe stadiony, ale otoczenie – totalnie.

Reklama

Czyli potrzebowałeś po prostu nowego bodźca, żeby nie jechać cały czas na utartym schemacie.

Tak, chociaż teraz oczywiście nie obraziłbym się na grę w Ekstraklasie, byłoby super (śmiech). Dokładnie tak jak mówisz – dostałem bodziec, otoczenie zaczęło na mnie pozytywnie działać. Gdyby nie druga drużyna Legii, to po Zniczu byłem gotów skończyć.

Miałem taki moment, że rozpatrywałem już tylko Warszawę i okolice. Jakbym dostał jakąś ofertę z drugiej ligi – nie wiem, dajmy na to z Kalisza – nie było szans, żeby mnie ruszyć.

Przybliżałeś się do tej Warszawy. Bielsko-Biała, Kielce, Łódź, Pruszków, no i w końcu się udało.

Reklama

Dokładnie (śmiech). Do Pruszkowa to dojeżdżałem już z domu, bo jestem z Ursusa. Miałem dwójkę dzieci, młody szedł do przedszkola, a córka się rodziła. Nie wyobrażałem sobie, żeby synowi wywracać wszystko do góry nogami i po roku znowu wracać. Nie było szans.

No ale patrz – jesteś z Warszawy, wychowałeś się w niej, ale jak zapytasz jakiejś osoby w Polsce o Mateusza Możdżenia, to bez większego zagłębiania ci powie pewnie, że jesteś z Poznania.

Nawet nie trzeba pytać innych ludzi, na bazie Legii ludzie się mnie pytają, czy wracam na święta do Poznania (śmiech). Ostatnio takie pytanie dostałem od jednego z kucharzy, czy wybieram się do domu. Zgadzam się, że ludzie tak myślą i wciąż pojawiają się takie sytuacje.

Z urodzenia jesteś warszawiakiem, ale po piłkarsku to chyba lechitą?

Reklama

Dużo zawdzięczam Lechowi. Siedem lat tam spędziłem – dwa w Amice i pięć w pierwszej drużynie Lecha. Nie wiem czy tak samo ta szkółka działa jak wtedy, raczej nie, ale na pewno czuję się jej wychowankiem. Też nie mogę pominąć Ursusa Warszawa, bo do szesnastego roku życia grałem tutaj, ale moment poważnego przejścia do kariery to już był Lech Poznań.

Możdżeń o czasie po Lechu: „Nie wiem, czy jakaś łza nie pociekła. Miałem pretensje do siebie”

Jak patrzysz na swoją karierę na chłodno, z perspektywy lat, to decyzję o odejściu z Lecha oceniasz jako błędną? Grałeś regularnie, ale na prawej obronie, a nie chciałeś tej pozycji.

Tak, to było za trenera Rumaka. Miałem rozdwojenie – grałem regularnie, ale na prawej obronie, której do końca nie lubiłem. Nie mogłem narzekać do końca. Teraz się zastanawiam, czy to nie był błąd. Mogłem po prostu dalej być w Lechu. Teraz, z perspektywy osoby postronnej, doceniam chyba jeszcze bardziej, że spędziłem w Poznaniu tyle czasu. Może biorąc pod uwagę swoje umiejętności czy realia, to powinien zostać.

Reklama

Napaliłem się wtedy na zmianę, postawienie kolejnego kroku. Miałem 22 czy 23 lata, kończył mi się kontrakt, powiedziałem sobie, że można iść dalej. Wyobraź sobie, że zrobiłem taką głupotę, że poszedłem na czuja. Nie miałem nic nagrane.

Czyli podjąłeś decyzję, że odchodzisz z Lecha, a jednocześnie temat z Lechią w ogóle nie był dograny?

Tak było. Czas leciał, a ja zacząłem się mocno stresować.

Miałeś takie podejście, że „Ja, od gola z Manchesterem City, na pewno ktoś fajny mnie ściągnie”?

Reklama

Nie miałem nawet takich aspiracji wtedy na TOP5 lig w Europie, ale tak jak rozmawialiśmy – na zmianę otoczenia, otrzymanie bodźca. Chciałem pokazać się na innej arenie. Po czasie mogę powiedzieć, że to był błąd. Skoro nie miałem nic wielkiego, to mogłem na kolejne trzy lata związać się z Lechem. A ja się podpaliłem.

W tamtym czasie Lechia, do której przeszedłeś, też była klubem zarządzanym bardzo chaotycznie.

Tak – chaotycznie i z nowym sponsorem, który szastał pieniędzmi. Trochę kazus Widzewa, z tym, że pan Dobrzycki robi to bardziej z głową.

No i ma realną kasę, żeby płacić. W Lechii chyba nie zawsze tak to wyglądało.

Reklama

Jakieś tam było upominanie się, chociaż ja wyszedłem na zero. Większe problemy pojawiły się później, jak już odszedłem. Tam przyjeżdżały wagony piłkarzy, połowy nie pamiętam. Jeden, co zrobił lepszą karierę to Danijel Aleksić. On grał dość długo w Turcji w Basaksehirze i w Szwajcarii w Sankt Gallen, niezła kariera.  Byli jeszcze oczywiście Pawłowski, Borysiuk, Makuszewski czy Łukasik, który teraz jest w sztabie drugiej Legii. Poszedł w trenerkę za namową chyba Jacka Magiery [wywiad przeprowadzany był w piątkowy poranek – tuż przed tym, jak poinformowano o śmierci trenera Magiery – red.].

A zatem trafiłeś z poukładanego Lecha do Lechii, gdzie panował dość spory kocioł. Miałeś takie myśli: „Kurde, co ja zrobiłem, dlaczego tak się zachowałem?”.

Nie ukrywam, że po czasie tak było. Wiadomo, że trzeba się szybko odnaleźć w nowej rzeczywistości, żeby nie pikować dalej, ale oczywiście, że tak. W Lechii zresztą też grałem i na prawej obronie, i w środku pomocy, było mieszanie. To chyba też jedyny klub w moim życiu, dla którego nie strzeliłem gola.

Miasto i stadion są kapitalne. Mieszkaliśmy w fajnym miejscu, na którymś tam piętrze z widokiem na morze. Nie skupiałem się jednak na tym, tylko raczej na decyzji pod kątem piłkarskim. A Lech w sezonie, przed którym odszedłem [2014/2015 – red.] został mistrzem. To był podwójny cios wobec decyzji, jaką podjąłem. Okej, skończyliśmy z Lechią w czubie tabeli, ale…

Reklama

Tylko znów – no nie wiem jakby by było, gdybym jednak został w Lechu. Może bym tam przestał grać, trafił na wypożyczenie. Nie wiem.

A pierwszy moment, w którym ta Ekstraklasa zaczęła cię męczyć, to gdy podpisywałeś kontrakt z Podbeskidziem? Na przestrzeni roku zaliczyłeś spory regres – od walczącego o mistrzostwo Lecha, przez mającą aspiracje Lechię po Podbeskidzie, któremu zależało na utrzymaniu.

Racja. Na początku były jakieś doliny, jak to się mówi. Z Gdańska do Bielska-Białej masz kawał drogi, jechałem tam z całym mandżurem i rozkminiałem w samochodzie. Na liczniku stówka na autostradzie i cały sobie myślałem: „Kurde, jeszcze ktoś zadzwoni”. A w Podbeskidziu byłem już dogadany. Myślę – jeszcze pięć godzin w samochodzie, ktoś sobie o mnie przypomni. Ale tak nie było.

Nie wiem, czy wtedy jakaś łza nie pociekła. Myślałem sobie: „Co ty zrobiłeś?”. Miałem pretensje do siebie, absolutnie do siebie. To wszystko działo się właściwie na przestrzeni roku – z Lecha do Podbeskidzia. Sam zawiniłem, sam odszedłem. Źle zrobiłem i przeżywałem osobistą tragedię. Pamiętam też, jak oceniała mnie wtedy piłkarska Polska.

Reklama

No tak – 24 lata, w krótkim czasie z Lecha do Podbeskidzia i te komentarze: „Skończył się”, „Jest stracony”.

Dokładnie. I bierzesz to do siebie i wrzucasz na barki. A byłem w takim wieku dla piłkarza, kiedy pniesz się do góry, a nie schodzisz na dół. Wtedy jeszcze bardziej pojawiają się myśli, że trzeba się szybko ogarnąć, bo będzie jeszcze gorzej.

Zagrałem w Podbeskidziu cały sezon i oczywiście pamiętam go z perspektywy komedii z punktami i niedoszłym awansem do pierwszej ósemki. Cieszyliśmy się, że mamy miejsce w grupie mistrzowskiej, a dzień później wylądowaliśmy w spadkowej.

Reklama

Generalnie rozgrywaliście porządny sezon jak na aspiracje Podbeskidzie. I nagle co – pojawia się ta decyzja i zapominacie, jak się gra w piłkę? Co tam się w ogóle wydarzyło?

Nie wygraliśmy meczu w grupie spadkowej, a dzisiaj uważam, że dobrze się stało, że szybko odeszli od tego pomysłu. To dzielenie punktów… Masz nad kimś dziesięć przewagi, dzielą ci i jest pięć, przegrasz mecz bezpośredni i są dwa. To było strasznie niesprawiedliwe.

Mieliśmy wtedy bardzo duże obciążenia. Trener Podoliński postawił drużynę do pionu, obóz w Turcji był bardzo mocny. Nie pamiętam, żebym takie rzeczy robił, na przykład podciąganie w seriach po dziesięć z obciążnikami 30 kilo.

Od przygotowania fizycznego był trener Mirota, wcześniej współpracowali razem w Cracovii. Nie chcę na niego zwalać, ale po czasie szuka się symptomów. To długo działało ekstra, ale w pewnym momencie paliwo się zmniejszyło, zeszło się z euforii, doszły kontuzje i kartki, no i dół totalny. Pod koniec liczyliśmy, że zdobędziemy jedną bramkę i przetrwamy mecz, a tak się nie działo.

Reklama

Jesteś zaskoczony, że trener Podoliński zrobił taką karierę w mediach?

W sumie tak. Widziałem u niego pasję do piłki. Ale wydaje mi się, że on rzucił trenerkę przez te wszystkie rzeczy, przez które ja bym rzucił piłkę, gdybym poszedł do innego klubu niż Legia. On musi mieć profesjonalne otoczenie. Jak byliśmy w Podbeskidziu, próbował to wszystko poukładać. Zmienił nam żywienie, obiady, doszły rzeczy organizacyjne. Potem poszedł jeszcze do Radomiaka i rzucił to w ogóle. Tam był chyba jakiś dym, że wszystko dookoła mu przeszkadzało.

Obecnie mamy sporadyczny kontakt, od czasu do czasów wymienimy wiadomość. Myślałem jednak, że pozostanie przy trenowaniu. Trzeba by go zapytać, ale wydaje mi się, że przeszkadzało mu otoczenie organizacyjne, prezesowskie, właścicielskie.

Zawsze się śmialiśmy z trenera, że jakby tu siedział obok i nas posłuchał jak rozmawiamy na przykład o układaniu płytek w domu, to on by przyszedł i powiedział potem o wszystkim (śmiech). Ogólna wiedza bardzo duża, żartowaliśmy, że można z nim na każdy temat. W sumie to bardzo dobre.

Reklama

Można powiedzieć, że w komentatorce zrobił karierę, skoro komentował mecz rangi Szwecja – Polska. W segmencie, w który poszedł, jest wysoko.

Mi się miło go słucha. Wiadomo, jakie są komentarze w stosunku do niego: „Co ty mówisz” i tak dalej, ale to jest wszędzie. To samo mogą powiedzieć o mnie ludzie czytający ten wywiad (śmiech).

Po Podbeskidziu była Korona. Gino Lettieri to największy rozstrzał pomiędzy umiejętnościami trenerskimi a podejściem do zawodnika? Dobry trener, beznadziejny psycholog.

Dobrze ujęte. Trener naprawdę dobry, a prywatnie – bywało różnie. On pewnie też wszystkiego nie rozumiał, bo rozmawiał za pomocą tłumacza, ale nawet na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że on się unosił, ja się unosiłem. Scysje były zwłaszcza na początku, legendarne klapki Palanki.

Reklama

Mówiąc o Gino to nie wiem jednak, czemu on tylko w Koronie zrobił robotę. Myślałem, że coś jeszcze mu się uda. Ostatnio parę meczów w Wieczystej, a tak to chyba jeździł gdzieś po Azji. Pewnie dobrze zarabiał, ale myślałem, że obroni się w Ekstraklasie i weźmie jeszcze jakiś klub.

Nie mogę na niego powiedzieć złego słowa. W Polsce jest z nim jazda, że nie umie, a dla mnie to on umiał na maksa. I to długo się broniło.

Ten mecz nadal boli. „Do dzisiaj, jak o tym myślę, to mam takie coś, że ja nie mogę…”

Ja uważam, że on umie bardzo jeśli chodzi o trenerkę, ale te inne kwestie, ludzkie… Nie da się tego do końca wydzielić. Musisz mieć też podejście do ludzi, nie tylko wiedzę taktyczną.

On leciał bardzo maszynowo. Może to i dobrze, może tak robią w Niemczech. Miałem takie przypadki z dwa-trzy razy, że zagrałem dobrze, wygraliśmy, a za tydzień na ławkę. Potem w ogóle nie byłem w osiemnastce, a następny raz wyjściowy skład. Czy tak się robi? Może tak. Ja potrafiłem przytrzymać swoje emocje, nie robiłem syfu chłopakom. On znajdował też dużo opcji, sporo czasu poświęcaliśmy taktyce.

Ja uważam, że dwa i pół roku, które spędziłem w Koronie, to były sukcesy w skali tego klubu.

Zwłaszcza to piąte miejsce z trenerem Bartoszkiem.

Miałem cię zapytać. „Banda Świrów” też zajęła piąte miejsce?

Tak – Korona była piąta w Ekstraklasie, najwyżej w swojej historii, trzy razy. W 2006, 2012 i – z tobą w składzie – w 2017 roku.

No właśnie, a śmieję się, że o nas nikt nie mówi (śmiech). No i ten półfinał Pucharu Polski z Arką Gdynia. Do dzisiaj, jak o tym myślę, to mam takie coś, że ja nie mogę…

Ten półfinał też podkopał twoją przygodę w Koronie, bo po przegranym rewanżu udzieliłeś wywiadu, w którym skrytykowałeś założenia na ten mecz. Narzekałeś, że podejście było zbyt defensywne.

Tak, a po pierwszym meczu w Kielcach mieliśmy w garści tylko 2:1. Przed rewanżem w Gdyni graliśmy z Lechem i wygraliśmy w Poznaniu 1:0. I wtedy kierownik Lecha, „Skrzypa”, opowiadał nam, co będziemy mieli na Narodowym, jak się tam zachowywać. Kazałem mu przestać, bo nic jeszcze nie wiadomo, a on, że przecież Arkę to przejdziemy.

No i widzisz… Ta Korona znowu mnie trochę podniosła. Jakoś mi się tam podobało, wszystko się zazębiało. Miasto też było spokojne. Może sobie tak wmawiam, ale wydaje mi się, że na tamtym etapie ludzie i tak mnie skreślili. Nie oczekiwali, że będę nie wiadomo jakim piłkarzem, a wyszło ekstra.

Pamiętam, że przed przeprowadzką do Kielc miałem dwie oferty – z Korony i Górnika Łęczna. Górnik w tym sezonie spadł, a ja akurat w tym przypadku podjąłem dobrą decyzję. Spędziłem w klubie dwa i pół roku, choć powinno być więcej. Parę tygodni przed moim odejściem rozmawialiśmy o nowym kontrakcie, a potem zaprosił mnie prezes i powiedział, że mogę zostać do końca, ale lepiej, żebym sobie odszedł w zimie. No i jest takie: „Wow”. Przecież grałem wszystko.

Chociaż jak spojrzysz, w jaki sposób skończyła „niemiecka” Korona, to chyba wybitnie nie żałujesz odejścia.

No tak, w kolejnym sezonie był spadek. Wiesz co, wracając jeszcze do Gino – według mnie on bardzo zmieniał. Skoro żarło, a on odpalał powoli mnie, Bartka Rymaniaka, Gorana Cvijanovicia i ściągał innych…

Przewinął się nawet Fabian Burdenski.

Syn właściciela. Przecież nie chodzi nawet o sam ten fakt, ale on jednak odstawał poziomem.

Pamiętam, że w tamtych czasach to nawet trenerzy rywali opowiadali, że specjalnie nie analizują Korony, bo nie wiadomo, kto się wylosuje do składu.

Tak było. Dotyczyło to i składu, i taktyki. Przerabialiśmy tyle rzeczy, że Gino wymyślał sobie je z dnia na dzień. A najgorsze… Czy może raczej najlepsze, że to działało. Wygrywaliśmy. 5:0 na Lechii, 3:0 ze Śląskiem, ogrywaliśmy Wisłę Kraków w gorących meczach u siebie. No i pamiętam świetny, otwarty mecz z Legią, który wygraliśmy 3:2. Przy tym była super frekwencja. To było fajne.

Potem Zagłębie Sosnowiec. Ruch ratunkowy? Mówisz, że kazali ci odejść w połowie sezonu z dnia na dzień.

W Sosnowcu raczej też było już wskazanie na spadek. Tam był totalny chaos, oni starali się ratować, jak tylko mogli. Prezes powiedział, że dosłownie „ratowali leżącego trupa”. Miałem też opcję z Górnika Zabrze na zasadzie, że jak się utrzyma – bo byli w strefie spadkowej – to kontrakt trwa dalej. No i znów musiałem wybierać.

Miałeś Zagłębie Sosnowiec i Górnik Zabrze, a wybrałeś Zagłębie?

W Zabrzu byłoby automatyczne przedłużenie umowy o dwa lata w przypadku utrzymania. W Zagłębiu po rozegraniu rundy miałem stać się wolnym zawodnikiem. Pomyślałem sobie, że pogram te parę miesięcy w Sosnowcu i potem będę mógł zrobić wolny transfer. Poszedłem jak w kasynie i źle obstawiłem (śmiech). Górnik – dużo większa firma i się utrzymał swobodnie, jeszcze ograł nas w bezpośrednim meczu. No ale chociaż łapałem minuty.

Legia chciała Możdżenia. „Z trenerem Magierą spotkaliśmy się na obiedzie”

Twój najlepszy moment w Ekstraklasie po czasach Lecha, to był duet z Kubą Żubrowskim w Koronie za czasów Lettieriego?

Fizycznie i organizacyjnie na pewno, miałem też pewność siebie, byłem w pierwszym składzie i grałem regularnie. To jest bardzo ważne, że jest ta świadomość regularności nawet jak się coś wydarzy. W Lechu czasem popełniałem dwa-trzy błędy i myślałem, że za tydzień już pewnie nie zagram. A w Koronie seria była długa.

Z Kubą Żubrowskim czułem się dobrze, zawsze też doceniam Gorana Cvijanovicia. Grał strefę wyżej niż my z Kubą i technicznie był świetny. Miał mnóstwo asyst. Potem poszedł do Arki, a czemu nie został u nas? No widzisz, to są znów te zabiegi z Gino.

Mam taką wiadomość od Jacka Magiery po meczu z Lechią wygranym przez Koronę 5:0, zaraz po tym, ja przestał pracować w Legii. Napisał mi, że jakby dalej był w klubie, to powalczylibyśmy o transfer.

No właśnie, jak z tym było? W pewnym momencie w Koronie mówiło się, że chce cię Legia, a także Lech z powrotem.

Zainteresowanie było bardziej ze strony Legii. Z Lecha nie miałem żadnego konkretu. Zadzwonił do mnie wtedy Ivan Djurdjević, ale pytał też o Kubę Żubrowskiego. To „Żuber” był bliżej Lecha niż ja. Nasz duet widocznie był doceniany w Polsce. Potem trener Maciek Bartoszek powiedział mi, że Michał Żewłakow dzwonił do niego pogadać na mój temat, a w Warszawie widziałem się osobiście z trenerem Magierą jak jeszcze prowadził Legię. Spotkaliśmy się po sezonie na obiedzie w Łazienkach.

Rozumiem, że jak trener innej drużyny zaprasza cię na obiad, to raczej już jest coś konkretnego.

Wiesz co, on najpierw chciał cię poznać. To był koniec sezonu, miałem niskie odstępne. Jak rozmawiałeś kiedyś z Jackiem to wiesz, że czujesz taką psychologiczną grę. Ja to miałem. Nie pytał o piłkarskie rzeczy, ale bardziej jak rodzina, jak się czujesz, co planujesz w kolejnych latach, jak ci się żyło w dzieciństwie – tego typu rzeczy. Gra na około prowadząca do zapoznania całego człowieka, całej struktury.

Trener Magiera nie powiedział mi wprost, że Legia mnie chce. To było spotkanie, które może miało na celu coś przybliżyć, ale ostatecznie się nie zrealizowało. On może był nastawiony pozytywnie, ale nigdy mi tego nie powiedział. Dopiero po tym meczu z Lechią, ale wtedy już nie pracował w Legii więc było mu może łatwiej coś zdradzić.

Mam nawet tego SMS, bo wiele ich nie wymieniliśmy, pewnie bym się dokopał. Mieliśmy więc takie spotkanie.

Po tych ekstraklasowych przygodach był odradzający się Widzew. Poszedłeś do drugiej ligi. Wspominasz ten okres pozytywnie, czy raczej kojarzy ci się z presją?

Dobrze kombinujesz…

Niech zgadnę – do drugiej ligi trafił piłkarz z ekstraklasowym nazwiskiem, więc pewnie kibice oczekiwali efektu „wow” na już.

Dokładnie tak. A ja takim zawodnikiem nigdy nie byłem. Tam był ogromny ciężar i myślę, że nawet większy niż w Lechu. Raz, że sytuacja historyczna była trudna, a nawet w trzeciej lidze na stadion chodził komplet.

Żebym to dobrze teraz ujął… Mam takie odczucie w stosunku do Widzewa, że wtedy było tam trochę toksycznie, choć źle to brzmi – chodzi mi o negatywną otoczkę i ciężar gatunkowy, a przy tym życie historią Bońka, Młynarczyka i meczów w Lidze Mistrzów. To nie było adekwatne.

Rozumiem do czego pijesz – to nie była Legia, że gorzej im poszło w dwóch-trzech sezonach i kibice oczekują powrotu na pewien poziom, ale odnoszono się do sytuacji sprzed trzydziestu lat.

O to mi chodzi. Tu nie chodziło o jeden sezon, który nie zaburzyłby struktur. Tam co sezon wywalano wszystko do góry nogami, zmieniali się też prezesi. Był też duży rozstrzał w chłopakach – z doświadczonych ja i Marcin Robak, a reszta grała niżej. Marcin jest bramkostrzelny, poradził sobie, a ja może potrzebowałem bardziej skompletowanej drużyny wokół siebie.

Możdżeń wspomina Widzew: „Czułem ciężar, któremu może po prostu nie podołałem”

Na pozycji defensywnego pomocnika chyba najtrudniej zadowolić kibiców, co?

Wielu kibiców pewnie nie widzi tej roboty, bo nie jest zbyt efektowna i nie wyląduje w reelsach. W Widzewie czułem ten ciężar, choć największy zbierał pewnie „Robaczek”. To już była prawdziwa legenda, podchodził pod czterdziestkę, ale brał dużo na siebie. Potem byłem ja, a wyniki w kratkę.

Podsumowując to wszystko, zrobiliśmy awans, a Adam Radwański dostał w głowę po ostatnim gwizdku, że przypieczętowaliśmy to porażką. Następnego dnia rozwiązał kontrakt. Mega go żałuję, bo by nam się przydał. Do dzisiaj gra w Ekstraklasie, w Zagłębiu Lubin i sobie radzi.

Tę presję odbierałeś jako coś ekstra, że choć nie ma Ekstraklasy, to grasz w wielkim klubie, czy raczej cię to przytłaczało?

Idąc tam czułem się właśnie tak ekstra, że to będzie super doświadczenie. Jak wyniki przestały się układać, to jednak zacząłem czuć przytłoczenie. Nie było automatyzmów.

Wiesz co? Tak patrzę na obecny Widzew i wiadomo – obecny a tamten, to niebo a ziemia. Ale schemat jest podobny. Tracisz bramkę, pojawiają się gwizdy, a kibice oczekują jeszcze więcej i na już. Klub rzeczywiście zapewnia wiele rzeczy, ale to wiąże się z presją.

A skoro wywołałeś już temat obecnego Widzewa to przyznasz, że ten sezon w tym klubie jest trochę przepalarnią kasy? Wydali miliony euro lekką ręką, właściciel mówi, że jak coś to dosypie i chyba brakuje trochę odpowiedzialności za ruchy.

Czytałem różne wywiady z panem Dobrzyckim i z różnych źródeł. Mam takie wrażenie, że on na pytania o Widzew kompletnie nie jest zakłopotany, zachowuje się jak kibic, ma do tego dużo serca. Jeździ po świecie, robi biznesy w Panattoni, a drużyna wymaga, żeby dołożyć do niej pieniądze.

Pan Jakubas mówi, że przestanie dotować Motor, a pan Dobrzycki, że pieniądze będą. Ale chyba kiedyś jakiś stop z jego strony też nastąpi.

To by była spora ironia, gdyby po takiej kampanii transferowej Widzew spadł.

Porównując pion sportowy i zawodników do czasów, w których ja grałem w Widzewie, to pewnie jest nic. Myślę jednak, że mówimy o podobnym ciężarze, chociaż na zupełnie innych poziomach pod względem sportowym, nazwisk i zainteresowania.

A jak już o defensywnych pomocnikach – masz dobry przykład Leragera, który przyszedł z Kopenhagi. Przecież on nie będzie strzelał goli. Jak zespół nie będzie dobrze funkcjonował, to on w tym może zaginąć mimo potężnego CV.

Czyli niespecjalnie żałujesz, że w Widzewie załapałeś się na pół roku gry z kibicami i kolejne półtora przy pustych trybunach?

Pamiętam to i to. Reasumując – czułem tam ciężar, któremu może po prostu nie podołałem. Zawsze próbowałem brać odpowiedzialność, ale nie da się wszystkiego matematycznie wytłumaczyć i zdefiniować.

Idąc chronologicznie z twoją karierą, do Znicza trafiłeś na zasadzie, że chciałeś jeszcze pokopać, a klub po prostu był blisko?

W zasadzie tak. Zjechałem do domu, nie miałem telefonów. Moje pokolenie, czyli tych zawodników wchodząychc już w czas po trzydziestce, trochę odciął też przepis o młodzieżowcu. Jak policzysz ilu musiało ich być i na ławkę, i do gry, to robiło się pięciu-sześciu zawodników. Dostałem rykoszetem i dopiero miesiąc po Widzewie ten Znicz zadzwonił sam z siebie, bo ja pewnie nic na siłę już bym nie szukał. Nigdy nie miałem czegoś takiego, że dzwonię do trenera lub prezesa i pytam, czy mogę potrenować. Nie umiałem tego robić, a niektórzy tak potrafią.

Po czasie w Widzewie, jeżeli ktoś byłby mną zainteresowany, załatwiłby sobie numer od ręki. Tak jak się mówi, że każdy z nas zna kogoś, kto ma numer Trumpa (śmiech). A w świecie piłki, jeszcze w Polsce… Nikt się nie odzywał. Zatem ze względu na bliskość i „schodzenie do bazy”, bo nie liczyłem, że gdzieś wyjadę, trafiłem do Znicza. Nie nastawiałem się na powrót do Ekstraklasy, a przy tym nie wyobrażałem sobie kolejnego 500-kilometrowego wyjazdu i tachania rzeczy.

No i na początku 2023 roku trafiły się rezerwy Legii. Trudno się było przeklikać, że to już nie ty jesteś tym młodszym zawodnikiem do rozwoju, ale senatorem nauczającym młodych?

Wiesz co, na początku pewnie to było niezręczne jak coś mówiłem i mnie słuchali. Nie poczuwałem się do dawania rad, ale to wychodzi naturalnie z rzeczy robionych codziennie. Młodzi nie pytają, młodzi obserwują. Wychodzi to w praniu jak robisz coś obok czy na boisku. A już pod wpływem treningów mówię im dużo rzeczy – czemu tak wracasz, spróbuj inaczej i tak dalej.

Na początku czasem wybuchałem na treningach, gdy ktoś się nie przykładał. Tylko w tej nowej generacji jest tak, że po nich to spływa. Sporadycznie widać, że popadną w dół i wywrze to na nich jakieś wrażenie, ale po większości to po prostu spływa. Mają to gdzieś. Pokrzyczysz, oni to wysłuchają i tyle.

Po pierwszym roku skończyłem z tym, bo to nie trafia do nikogo. A ta konstruktywna krytyka podchodzi jakoś bardziej. Zresztą, każdy jest inny i wywodzi się z różnych środowisk.

Czyli ci ludzie o powiedzmy 15 lat młodsi od ciebie, z którymi trenujesz na co dzień, są już z trochę innym oprogramowaniem?

Mówi się – i trochę się z tym zgodzę – że nasze pokolenie miało zajebiście, bo żyło analogowo, ale przeskoczyło w media. Doświadczyliśmy natury, swobody i prostoty życia. A ci młodsi już tylko ery cyfrowej. Wszystko ma też jednak zalety – po młodszych krytyka spływa, ale dzięki temu na przykład dalej będą wchodzić w dryblingi. Nie spuszczą głowy. To mi się podoba, ja tak nie miałem. Mówią, żeby dawać im piłkę jeszcze raz. Choć niektórzy oczywiście mają jeszcze za dużo fantazji i pchają się w dwóch, trzech. Są frywolni.

Widząc tę młodzież i przebywając z nią na co dzień, wyciągasz też jakieś wnioski ojcowskie?

Tylko czy znów nie będziemy mówić za dziesięć lat, kiedy mój młody będzie miał siedemnaście, że wyszło jeszcze coś zupełnie innego? Chociaż wydaje nam się to niemożliwe, ale dziesięć lat temu pewnie też tak podchodziliśmy do życia, że nic nas nie zaskoczy. Ale dzięki tym chłopakom w wieku 17-21 lat jestem w miarę na czasie!

Lewandowski tak mówił o szatni Barcelony, że podchodzi pod czterdziestkę, ale dzięki młodym wokół siebie sam czuje mniej na karku.

Ja tak samo! Nie czuję się na wiek, który mam. Młodzi się podśmiewują, że boomer, ale mam dystans. Czasami o czymś gadają to proszę ich, żeby pokazali i sobie myślę: „Jakie gówno, o rany” (śmiech). Ja się z tego śmieję, oni ze mnie i mamy fajne relacje. Też nie chciałem nigdy, żeby oni mnie traktowali jak starego, tylko na równi. Wydaje mi się, że to się udało.

Czyli jak jakiś młody mówi na korytarzu „dzień dobry”, to szybko prostujesz na „cześć”?

Ci naprawdę młodzi młodzi, którzy czasem wpadają na trening, to faktycznie mówią „dzień dobry”. Z jednej strony może to fajnie, bo dobrze wychowani, ale bardziej mnie irytuje, jak ktoś by nie powiedział nic.

Jak Legia przechodziła ten swój największy kryzys jesienią to zakołatała ci myśl w głowie, że tyle problemów, to może cię wezmą na parę meczów do jedynki? W końcu jesteś jednym z najważniejszych zawodników rezerw, doświadczonym.

Jakieś śmiechy były. Z chłopakami z jedynki mijamy się na siłowni. Wiem, że w komentarzach i na różnych forach byłem wymieniany, ale sam nigdy na to nie liczyłem. W Rakowie trener Papszun potrafił wyciągnąć ludzi z rezerw i dać im szansę, w Pogoni też tak było. Są takie sytuacje.

Mateusz Możdżeń promuje Jana Leszczyńskiego. „Widziałbym go w pierwszej drużynie”

A trener Papszun potrafi cię wziąć na stronę i zapytać kogo polecasz z rezerw, kogo odradzasz?

Mówimy sobie „dzień dobry” i wymieniamy parę uśmiechów. Mógłbym być takim pomostem, a przy tym absolutnie nie ingerować w robotę trenerów. Niektórzy od nas są gotowi, żeby grać w pierwszej drużynie.

Kogo poleciłbyś najbardziej?

Mam jednego – „Leszczu”, Janek Leszczyński. Zagrał w dwóch meczach w tej rundzie. Dla mnie to kozak straszny, nie widziałem takiego stopera w wieku 19 lat. Gra obiema nogami. Wszystko mimo że jest po więzadłach.

Lepszy niż Ziółkowski?

Wiedziałem, że o to zapytasz! Ziółkowski to obrońca bardziej oldschoolowy, taki, których już nie produkują. I dlatego tak dobrze się odnajduje. A to, że idzie na raz, to chyba nawet Gasperini zwracał mu uwagę już po transferze do Romy. Z zalet – uwielbiam jego bloki, idzie do nich trochę jak bramkarz. No i ma pewność siebie graniczącą z arogancją. Wchodzi w konflikty z napastnikami, nagada się. W trzeciej lidze bez kamer to takie głupoty do siebie gadali (śmiech). O Jezu, ile on gada! Jak ktoś się spiął, to „Ziółek” do końca z nim gadał, szarpał, szturchał. Szedł na zwarcie. Wydaje mi się, że dużo tym nadrabia. Zawsze mówił, że dobrze zagra i tak się nakręcał. Pamiętam ten mecz, w którym Gasperini go zdjął w 30. minucie. Znam te jego miny. Schodzisz, cały stadion patrzy, on obrażony na maksa.

A „Leszczu”? On jest nowoczesny. Ma lewą i prawą nogę, jest bardzo dobry w kontakcie i cechuje go spokój w wyprowadzeniu. Często robi rywali na zamach, nawija ich. Jako środkowy obrońca! Podziwiam to. A przy tym jest po więzadłach, pauzował dziewięć miesięcy. Stracił dużo czasu, ale jest pozytywny. Dużo z nim gadałem jak wracał do zdrowia i nigdy nie widziałem go załamanego, nakręcał się na powrót. I szybko dostał za to nagrodę.

Według ciebie właśnie Leszczyński to następny potencjalny kozak z Legii to transferu za duże miliony?

Tak. I szczerze – ja, jako Mateusz Możdżeń, już bym go widział w pierwszej drużynie. Na tym chłopaku na pewno można zarobić pięć-sześć milionów, albo i więcej. Umiejętności czysto piłkarskie ma większe niż „Ziółek” – najzwyczajniej. „Ziółek” się chyba nie obrazi, bo tak po prostu jest.

Ale widzisz – czas i decyzje. „Leszczu” mierzy się ze złym czasem Legii, „Ziółek” trafił w zajebisty czas. Teraz to już w ogóle abstrakcja z walką o utrzymanie, a może jakby był środek tabeli i dziesięć punktów przewagi nad strefą spadkową, to byłoby inaczej. Ziółkowski miał ćwierćfinał Ligi Konferencji. Ten mecz z Chelsea i tak dalej, poszedł na tej fali. Może tym podpisał sobie kontrakt z Romą. A teraz? Nad drużyną jest groźba więc trzeba się dostosować.

A jak odnajdujesz się w pracy sztabów trenerskich, która też mocno się rozwinęła? Zupełnie nowe podejście i słownictwo niż za twoich czasów w Ekstraklasie.

U nas w sztabie w drugiej Legii jest mieszanka. Mamy na przykład Zbycha Małkowskiego, trenera bramkarzy, który prowadzi odprawy bezpośrednio. Nasz pierwszy trener, Filip Raczkowski, do mnie nie musi mówić skomplikowanie. Zresztą jest z mojego rocznika. Lubię u trenera to, że nie buduje atmosfery całkiem nowoczesnego trenera oferującego sto opcji, tylko proponuje trzy-cztery warianty i na tym się kończy.

O tyle odczuwam tę nowoczesność, że zwiększyła się ilość odpraw – nawet tych krótkich, przedmeczowych. Stałe fragmenty, defensywa, sposób gry rywali, nasz, jak my będziemy grać… Tego jest dużo. Ale wszystko skupia się do tego, że dostaję trzy czy cztery zadania i jestem spokojny, że ich realizacja mi wystarczy, bo kolega z boku ogarnie swoją robotę.

Mamy swojego analityka. On mówi na przykład do napastników, że z tej pozycji pada 93% bramek w naszej lidze i żeby być tam jak najczęściej. I trzeba o tym pamiętać. Albo mówi mi o strzałach z dystansu, że strzeliłem gola z 0,3 xG, a w innej sytuacji z 0,5 xG. I żebym się nie martwił, bo tym zyskujemy. Nie zdawałem sobie sprawy, że to tak niska wartość. Ja widzę piłkę 25 metrów od bramki, dobrą sytuację i uderzam, a może za tym pójść i analiza.

Obecna Ekstraklasa lepsza niż parę lat temu. „Większość klubów czymś się wyróżnia”

Nie ma takiego ryzyka, że tych młodych piłkarzy liczba danych i ilość analiz przerasta?

U nas jest tak, że dostajemy parę zadań. Tego typu, że jak na przykład lewa strona dośrodkowuje, to ty z prawej strony musisz być na równi z obrońcą i to zamykać. To są takie hasła, proste reguły. Na tym opiera się nasz sztab. A ogólnie może i mógłby się pojawić problem z nadmiarem informacji, ale to nie w naszej drużynie. Rezerwy nie są pełnoprawnym seniorskim klubem. Chłopaki doświadczą tego dopiero w innych zespołach. No i też oni są chowani w Legii, potem jest zupełnie inaczej. Są tu po pięć-sześć lat. Działają instynktownie, znają schematy.

Muszę cię jeszcze zapytać o człowieka, z którym przez trochę czasu dzieliłeś korytarze w Legia Training Center. Goncalo Feio – miałeś z nim jakieś sytuacje, dziwne historie?

Nie miałem historii, ale zawsze witał się z nami. I rzeczywiście bywał na naszych meczach. Żył klubem, pojawiał się na treningach. Zerkał nawet na rozgrzewkę. Doceniam takie rzeczy. Wszyscy mają o nim mega dobre zdanie w kontekście trenerskim. Powtarza się tu trochę kazus Gino, o którym rozmawialiśmy wcześniej. Ale jak tak słucham chłopaków z jedynki, Feio był chyba jeszcze lepszy. Szkoda, że tak to się zakończyło.

Czyli trenersko top, ale ta wybuchowość i dziwne reakcje…

No chyba już taki jest. Chociaż w Legii jakichś skandali sobie nie przypominam, nie odchodził w takiej atmosferze. W Legii może stonowała go wielkość klubu.

Jak oceniasz obecną Ekstraklasę? To już zupełnie inna liga niż ta, w której występowałeś do 2019 roku? Ja mam wrażenie, że tak.

Jak oglądam z boku – tak. I podoba mi się to, że wiele klubów, przynajmniej z połowa, próbuje grać od tyłu i wyjść spod pressingu. To najbardziej rozwija zawodników i zespół. Wydaje mi się, że nie ma w Ekstraklasie trudniejszej rzeczy do zrealizowania niż wyjście spod pressingu. Wielu drużynom wychodzi to super, choć czasami wiadomo, że zdarzą się błędy i nawet straci się bramkę przez to.

Chciałbym być w obecnej Ekstraklasie, bo jest po prostu bardziej widowiskowa niż za moich czasów. Wiadomo, że jak kończą się te kolejki, to zespoły mogą uciekać się do prostszych środków, żeby się utrzymać. Ale jak się ogląda mecze w połowie sezonu, to wszyscy mają jakiś pomysł. Nawet ten Płock, którego gra kompletnie mi się nie podoba. Tam jest mój przyjaciel Marcin Kamiński.

Dla niego to chyba akurat spoko, defensywne ustawienie.

Tak, jest zachwycony (śmiech). Jeszcze jak był ten zawodnik z Wysp Owczych, Andrias Edmundsson, to się zachwycał, że grał w środku, a po boku miał fizoli. Większość klubów obecnie czymś się wyróżnia. Jeżeli ktoś ma dobre długie podania to w ogóle ekstra, bo mija się pressing przeciwnika, ale podoba mi się ogólna widowiskowość.

A jak się zapatrujesz na kwestie pucharowe i polskie sukcesy w Lidze Konferencji?

Nie ignorowałbym tego. Punktuje się w rankingu, pozyskuje zasoby finansowe. To jest trochę pod nas. Podoba mi się to i jakbym grał w Ekstraklasie, to chciałbym też w Lidze Konferencji. Okej, my z Lechem graliśmy w Lidze Europy i rzeczywiście mieliśmy grupy śmierci jak z City, prawdziwa petarda. Ja teraz też już nie pamiętam większość drużyn, z jakimi nasze zespoły grały w LK oprócz np. Fiorentiny, ale tak czy inaczej to fajna sprawa.

Inna sprawa, jak to się będzie wspominało. Legia na pewno zapamięta dwumecz z Chelsea. Lech trochę pograł w Lidze Konferencji, ale myślę, że o naszych bojach z City czy Juventusem nie zapomni się i za dwadzieścia lat.

Jak już jesteśmy przy tematach pucharowych, to jeszcze jedno pytanie – chciałbyś mieć w swojej karierze takiego trenera jak Adrian Siemieniec?

Był ostatnio na naszym meczu jak graliśmy z Jagiellonią II, bo zrzucił przeciw nam siedmiu (śmiech). Był też dyrektor Masłowski. Chciałbym. Nie słyszałem złego słowa na temat Siemieńca i ty pewnie też. Wydaje mi się, że ci młodzi trenerzy szybko rozliczają chłopaków. Jeśli nie radzisz sobie z realizacją założeń, których jest X, to od razu cię odsuwają. Ale nie definitywnie, a tak bardziej cofną cię na ławkę, wpuszczą na 20 minut. Potrafią zarządzać sytuacją i nie tylko za pomocą krzyku.

Odpowiada mi ta nowa szkoła i chciałbym być dziesięć lat młodszy. Uważam, że wszystko jest dopasowane bardziej do piłkarzy. Czasem miałem na boisku w paru klubach tak, że do końca nie wiedziałem, co mam robić, tylko działałem instynktownie. Wkurzałem się, a teraz w III lidze mamy szybką analizę wideo z drona, że trzeba się cofnąć w tym i tym miejscu. Normalnie w szatni rozstawiamy komputerek, przychodzi analityk i zapobiegamy klepaniu rywali.

Pamiętam jak w Lechu graliśmy z Cracovią tego trenera, który podpisał dziesięcioletni kontrakt… Stawowy, o właśnie! On jako pierwszy grał od bramki i nie dało się złapać piłki. Nie dało się ich dopaść w pressie. Ty zmachany, jęzor na wierzchu, tylko wiadomo, że to się kończyło na naszym czterdziestym metrze. My biegaliśmy jak psy, a oni grali z nami w dziada, no masakra. On był prekursorem.

Profesjonalizację widać nawet w III lidze?

Jak masz trochę bardziej ambitny sztab, to przekładając to na zawodników jakich masz do dyspozycji, możesz się wybić. Wydaje mi się, że wszystko się sprofesjonalizowało. U nas jest każda sprawa na wysokim poziomie, sztaby ze sobą współpracują, przekazują sobie nagrania. Często inne drużyny proszą nas o materiały i to już o nich dobrze świadczy, że ich poszukują.

Jak podpisałeś kontrakt z Legią II w 2023 roku to mówiłeś, że chcesz zrobić szybki awans do II ligi. Jeszcze się nie udało, ale w tym sezonie jesteście na dobrej drodze. Awans lub jego brak zadecyduje, czy będziesz kontynuował swoją przygodę w rezerwach jako piłkarz?

Czyste zapiski kontraktowe są takie, że przy awansie umowa przedłuża się automatycznie. A jeżeli się nie uda, to pewnie będziemy rozmawiali. Dotyczy to zresztą większości chłopaków, którym umowy też wygasają z końcem czerwca. Ja chciałbym grać dalej bez względu na wszystko. Nie mogę powiedzieć, że awans byłby spełnieniem marzeń, ale jakąś historyczną rzeczą dla klubu. Wieczorne mecze w telewizji na centralnym poziomie to coś bardzo dobrego.

No i dla ciebie legendarne nowe bodźce!

Dokładnie (śmiech). Chciałbym grać jak najdłużej. Dopóki jestem zdrowy i daję radę z młodymi, a daję, bo ciągle gram, to zamierzam kontynuować.

Jakbyś grał regularnie jeszcze w przyszłym sezonie, to rezerwy Legii stałyby się zespołem, w barwach którego rozegrałeś najwięcej meczów. Nawet więcej niż w Lechu. Ładny paradoks.

No i powiedz mi to dziesięć lat temu, a nawet pięć (śmiech). Mnie trzyma w ryzach profesjonalizm i wymagania Legii. Na przykład od przygotowania fizycznego jest u nas mega pasjonata. Śmiejemy się, że to twój trener personalny, tylko dla całej drużyny. Treningi są zindywidualizowane i dopasowane do każdego. Wróżę mu wielką karierę w jego fachu.

Czyli po prostu potrzebowałeś otoczuć się profesjonalistami w miejsce zwykłego klepania meczów co tydzień?

I zaufania od sztabu. Ten sztab jest z nami już dwa lata. No i w rezerwach można sobie pewnie pozwolić na dwuletnią pracę bez konsekwencji. A wiesz, co dzieje się na wyższych poziomach. Potknij się trzy razy w Ekstraklasie i widzisz, co się dzieje. Sam pewnie piszesz, że gorące krzesło się robi pod kimś (śmiech).

Potrzebowałem tego też do życia codziennego. Odżyłem. No i pod względem fizycznym. Mam 35 lat, a czuję się jak młodzian. A widzę po chłopakach, którzy pokończyli, że buźki się zaokrąglają, boczki wychodzą. Jakbym źle wyglądał to od razu bym widział i miałbym pretensje do siebie. To mnie też w tym wszystkim mocno trzyma.

A po zakończeniu kariery piłkarskiej widzisz się dalej w tym świecie? Jak rozmawialiśmy osiem lat temu to mówiłeś, że najbardziej kręci cię temat dyrektora sportowego.

Teraz doszły też treningi indywidualne z młodzikami Legii, którzy już coś potrafią. Praca z paroma chłopakami również sprawiałaby mi przyjemność. Ale nie z takimi siedmiolatkami jak mój syn, bo nie mam cierpliwości, oni robią, co chcą. Tacy jednak U-15 czy do U-19, nawet z mojej drużyny, to brzmi fajnie. A czy ciągnie mnie do trenerki na pełen etat? Nie. Na przykład Daniel Łukasik chce to robić i pracuje nad licencją A+B. Kamil Drygas, Jasmin Burić, Darko Jevtić – to samo. Czyli moje pokolenie. Ale ja na pełen etat się nie widzę w roli pierwszego trenera, bo to znów start od zera.

No i dochodzi powrót do życia na walizkach.

Jeszcze bardziej niż w przypadku piłkarza, bo jako zawodnik możesz gdzieś zostać na kontrakcie nawet jak cię nie chcą. A jako trener – nie. To życie na pełen etat i zmiana. Po zrobieniu papierów pierwszą robotę dostałbym pewnie na nazwisku Możdżeń, ale potem jak się nie obronisz, to czekasz.

No dobra, to jeszcze jedno pytanie, którym muszę ten wywiad zakończyć. Czy ciągle potrafisz przymierzyć z dystansu?

(Śmiech) Pokazałbym ci, nawet z tą Jagą ostatnio, Wasiluk mi pogratulował. Zrobiłem to na oczach Siemieńca więc wychodzi na to, że znaczący ludzie muszą oglądać mecze. Strzeliłem ponad 20 goli dla Legii II i parę z dystansu, a jakbym zrobił kompilację z całej kariery, to już w ogóle.

Jak byłem dwa lata temu w Canal+, to poprosiłem prowadzącego, Bartka Glenia, żeby – jeśli ma możliwość – podesłał mi wszystkie moje gole w Ekstraklasie. Jedenaście minut, fajny klip. Syn widział, młodym pokazywałem w szatni. Jest dla potomnych!

CZYTAJ WIĘCEJ WYWIADÓW NA WESZŁO:

ROZMAWIAŁ MARCIN DŁUGOSZ

Fot. Newspix

5 komentarzy
Marcin Długosz

Serie A, Serie B, Włosi w europejskich pucharach - kocha wszystko, co spod znaku calcio. Za Milanem przemierzył sporo kilometrów, kocha zapach San Siro i będzie płakał przy wyburzeniu (które jest konieczne). Nie zapomina o starej, dobrej Ekstraklasie. Na weszlo.com i w WeszłoTV opowiada głównie o piłce włoskiej i polskiej.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Polecane

Szok w Interze Miami. Mascherano podał się do dymisji

Jan Broda
4
Szok w Interze Miami. Mascherano podał się do dymisji

Ekstraklasa

Reklama
Ekstraklasa

Kto najczęściej w Ekstraklasie „zwalnia” trenerów rywala?

AbsurDB
6
Kto najczęściej w Ekstraklasie „zwalnia” trenerów rywala?