Maja Chwalińska i jej awans do IV rundy to dla nas najpiękniejsza historia tegorocznego Roland Garros. Nikt jednak nie powiedział, że na tym musiała się ona skończyć. A tym bardziej nie mówiła tego sama Maja, która wyszła na kort Philippe’a Chatriera – największą arenę w całym paryskim kompleksie – by zmierzyć się z reprezentantką gospodarzy, Diane Parry. Obie marzyły o ćwierćfinale, obie nigdy tam nie były. Ale lepsza okazać mogła się tylko jedna. I była to, bez żadnych wątpliwości, Maja Chwalińska!
Maja Chwalińska znów zwycięska! Jest ćwierćfinał
Sam awans do turnieju głównego w Paryżu był dla Mai Chwalińskiej wydarzeniem. To przecież dopiero trzeci raz, gdy jej się to udało. Pokonanie Qinwen Zheng, mistrzyni olimpijskiej z Paryża, w pierwszej rundzie pozwoliło wyrównać życiówkę. A triumfy nad Elise Mertens i Marią Sakkari to już wielkie wydarzenia, jedyne w karierze wygrane z tenisistkami z TOP 50. Przy okazji – samą Maję wprowadziły do najlepszej setki rankingu WTA.
Do tej setki weszła też niedawno Diane Parry.
Francuzka z Roland Garros związana jest… od dziecka. Wychowała się właściwie kilka przecznic dalej. Chodziła do szkoły dosłownie naprzeciwko tamtejszego stadionu. Mówiła, że zdarzało jej się jeździć na tutejsze korty na hulajnodze, a gdy została już zawodową tenisistką – trenować na nich przy wielu okazjach. Zadebiutowała w paryskim Szlemie już jako niespełna 16-latka, ale nie przeszła wtedy kwalifikacji. Rok później otrzymała dziką kartę do turnieju głównego i wygrała w nim mecz. Sensację sprawiła w 2022 roku, kiedy pokonała Barborę Krejcikovą, obrończynię tytułu, już w pierwszej rundzie.
Jej tenis? Po części podobny do tego Chwalińskiej. Dobrze miesza rotacjami, jest tenisistką sprytną, inteligentną, czyta zamiary rywalek całkiem sprawnie. Ale jest praworęczna, do tego gra jednoręcznym backhandem i dysponuje nieco lepszymi warunkami fizycznymi od tych Mai, co pozwala jej częściej przejmować inicjatywę w wymianach. Z charakteru też jest stosunkowo podobna – nieco introwertyczna (choć przez lata się z kortami oswoiła, wiadomo), na ogół spokojna i podchodzi do tego tenisa „zdroworozsądkowo”, nie stawia sobie przesadnie wygórowanych oczekiwań, idzie do celu krok po kroku.
I tak się złożyło, że na tym turnieju wykonała kilka sporych kroków. Ten największy w trzeciej rundzie, gdy po fantastycznej trzysetówce pokonała Amandę Anisimovą po super tie-breaku. To pozwoliło jej osiągnąć życiowy wynik w Wielkim Szlemie.
Chwalińska i Parry trafiły więc na siebie i obie musiały sobie pomyśleć „rany, jaka to jest szansa”. Bo oto w IV rundzie Szlema zagrać miały ze sobą 92. i 114. zawodniczka świata. I jedna z nich miała wejść do ćwierćfinału.
Maja, czyli koszmar rywalek
Maja Chwalińska przez cały ten turniej pokazywała, że potrafi być niezwykle upierdliwa dla rywalek, że potrafi utrudnić im życie, jak tylko się da. Będzie zmieniać tempo, prowokować do błędów, bronić się znakomicie. Generalnie: robić wszystko, żeby w końcu zdobyć ten punkty. Księżycowe piłki, rotacje, skróty, loby – gnębi cię ta niewielka Polka całym repertuarem, a co ty możesz? Irytować się nie możesz, bo z irytacji wynikają kolejne pomyłki.
I tak następuje powolna destrukcja twojej gry. Rozłożenie jej na czynniki pierwsze i obnażenie wszelkich niedoskonałości.
Diane Parry też to przeżyła.
Bo na początku grała dobrze. Ba, wydaje się, że miała nawet inicjatywę, ale nie skorzystała z niej głównie przez nieregularność własnego forehandu. Chwalińska natomiast robiła swoje, ale… inaczej niż w poprzednich meczach. Była bardziej ofensywna, mniej nastawiona na posyłanie tych wysokich piłek – korzystała z nich, jasne, ale tylko gdy zaszła taka potrzeba. Był tu na Parry inny plan, niż na poprzednie rywalki. I ten plan szybko zaczął działać, bo Francuzka została ewidentnie zaskoczona tym, że Maja nie gra… no cóż, jak Maja.
To znaczy: grała jak ona, ale nie jak ona z tego turnieju. Zdarzało jej się przyspieszać grę, przejmować inicjatywę, szła do siatki, atakowała. I to im dalej w mecz, tym lepiej zaczynało działać. Parry coraz częściej dyskutowała z trenerem.
Rozzłościł ją też ewidentnie stracony – 3:6 – pierwszy set. Bo im dalej w niego, tym gorzej grała. I brakowało jej punktu zaczepienia.
Spryt dał ćwierćfinał
Taki punkt przyszedł na starcie drugiej partii.
Najpierw, przy stanie 1:1 obroniła break pointy. I jakby się tym napędziła, trener też mówił jej – zaatakuj, przyprzyj rywalkę do muru. Parry spróbowała. I co? I wywalczyła sobie break pointa, po czym koncertowo go zmarnowała. I to była jedyna (!) szansa na przełamanie, jaką otrzymała w tym meczu. Poza tym Maja grała koncert. Kombinacja skrót – lob i piłka przelatująca nad głową będą pewnie śnić się Parry jeszcze przez kolejnych kilka tygodni, nie zdziwimy się nawet, jeśli od patrzenia w górę rozboli ją po meczu kark.
Ale były też minięcia po linii. Były wygrane wymiany głębokimi forehandami. A były takie, gdzie prowokowała ewidentnie do błędu rywalkę i tych błędów się niemal zawsze doczekała.
Cholernie sprytna jest ta Maja, serio. A ten spryt dał jej co? No co?
Dał jej – napiszmy to dużymi literami – ĆWIERĆFINAŁ ROLAND GARROS. Maja Chwalińska dokonała czegoś, co przed meczem wydawało się niebywałe. Maja Chwalińska jest w najlepszej ósemce French Open. I zagra tam z Anną Kalinską, też rywalką w zasięgu, jeśli nadal będzie tak grać. Bo Diane Parry została finalnie rozbita, serio.
Genialna jest Maja w tym turnieju. I niech ten piękny sen trwa!
Maja Chwalińska – Diane Parry 6:3,6 :2
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix