Maja Chwalińska już w IV rundzie! Jak daleko zajdzie?

Sebastian Warzecha

30 maja 2026, 07:59 • 9 min czytania 11

Reklama
Maja Chwalińska już w IV rundzie! Jak daleko zajdzie?

Jest rówieśniczką Igi Świątek. Za młodu – gdyby oceniać to czysto tenisowo – śmiało można by uznać, że miała większy talent. A jednak gdy Iga wjeżdżała na szczyt z taką swobodą, jakby robiła to kolejką górską, Maja Chwalińska wspinała się po ostrych skałach wyłącznie siłą własnych mięśni. I choć do tego szczytu nadal ma sporo, to po raz pierwszy może powiedzieć, że wyraźnie go widzi. A przecież bywało nawet tak, że tę wędrówkę w górę przerywała.

Reklama

Maja Chwalińska w końcu pokazała, co potrafi

Nie pamiętam, z kim Maja Chwalińska grała, gdy oglądałem ją po raz pierwszy w życiu. Na pewno było to jeszcze za jej juniorskich czasów i na pewno wygrała. Jestem też pewien tego, że – o dziwo – najpierw obejrzałem mecz z jej udziałem, a dopiero potem jakiś, w którym na korcie pojawiła się Iga Świątek. Możliwe, że tych meczów Mai przed jakimkolwiek Igi było nawet kilka. Zerkałem też na ich wspólne spotkanie – finał (niestety przegrany) Australian Open 2017 juniorek w deblu.

Co w tym wszystkim najważniejsze: z miejsca byłem oczarowany.

Bo oto była na korcie niewielka (całkiem możliwe, że jeszcze niższa niż obecnie) nastolatka, która musiała mierzyć się z wyższymi i starszymi przeciwniczkami. Nie miała atutu w postaci mocnego serwisu, nie była w stanie przyłożyć atomowo z backhandu czy forehandu. Co więc miała? Niesamowitą wręcz jak na swój wiek tenisową inteligencję.

Reklama

Chwalińska na korcie zdawała się przewidywać, co zrobi jej rywalka tak, jakby w torbie oprócz rakiet i wody miała też kryształową kulę i radziła jej się co przerwę. Była właściwie zawsze tam, gdzie ostatecznie lądowała piłka, zanim ta piłka zrozumiała jeszcze, gdzie właściwie leci. A potem odgrywała ją tak, by maksymalnie uprzykrzyć rywalce życie. Czasem kierunki czy dobory zagrań Mai zaskakiwały chyba wszystkich na trybunach czy przed ekranami.

To był diament. Wielki, tenisowy talent. Jeden mecz, rzut oka wystarczał, by zrozumieć, jaki potencjał ma Maja Chwalińska.

A obejrzenie kilku spotkań – że być może nigdy go w pełni nie zrealizuje. Wzrost jest bowiem w tenisie czynnikiem kluczowym. 10 centymetrów w nogach czy korpusie może decydować o tym, co się wygra i co się przegra. Agnieszka Radwańska pewnie oddałaby wiele, by właśnie tyle dostać kiedyś od losu i genów, a przecież ona wcale nie była najniższa w stawce. Simona Halep ze swoim wzrostem wygrała, ale nieco wyższa pewnie osiągnęłaby więcej (a i tak ma o 4 cm więcej od Mai).

Reklama

Ale ile wielkich talentów tenis stracił przez wzrost? Trudno zliczyć.

Chwalińska mogła być jednym z nich. Ale nie jest. Wciąż gra, wciąż walczy. I wreszcie – wreszcie! – wychodzi na swoje.

Dała sobie czas

Jest rok 2022, Wimbledon. Maja Chwalińska, wówczas niespełna 21-letnia i 170. w rankingu WTA, spełnia marzenie. Wchodzi, po czterech wcześniejszych nieudanych próbach, do drabinki głównej turnieju wielkoszlemowego. A w niej – wygrywa mecz i to w wielkim stylu, bo Katerinę Siniakovą pokonuje 6:0, 7:5. Odpada co prawda w II rundzie, zdaje się jednak, że głównie z braku sił, kompletnego odcięcia po czterech ważnych meczach.

Ale wciąż: pokazuje się szerszej publiczności. Przypomina, że jest, że istnieje, że gra. I… nie dostaje za tamten występ żadnych punktów.

Reklama

Traf chciał, że była to akurat ta edycja, gdy ATP i WTA zdecydowały, że – przez „bana” na grę rosyjskich i białoruskich zawodników – nie będą wliczać Wimbledonu do swoich rankingów. Ucierpiało na tym wiele osób, Maja była jedną z nich. Oczywiście, nie mówimy tu o ogromnym skoku rankingowym. Ale każdy punkcik, gdy walczy się w drugiej, trzeciej setce rankingu, jest na wagę złota.

Z drugiej strony Maja mówiła wtedy Eurosportowi – po wygranej w I rundzie – tak:

– Nie mam żadnych określonych czasowo celów, bo u mnie przynajmniej się to nie sprawdza. To nakładałoby na mnie większą presję, a najlepiej się czuję, kiedy wiem, że wszystko zrobiłam najlepiej jak mogłam i mam satysfakcję z tego, jak pracuję, a wtedy wszystko przychodzi w odpowiednim momencie. Więc nie mam czegoś takiego, że na przykład za cztery lata muszę być w czołowej dziesiątce w rankingu.

Było to rozsądne i – jak się okazało – słuszne podejście. Wydaje się jednak, że wynikało one z życiowych doświadczeń, które Chwalińska już wtedy miała. Bo tenis znacząco obciążał jej organizm. Często schodziła z kortu przez uraz, albo wycofywała się z kolejnego meczu po wygranej. Portal TennisAbstract, gromadzący statystyki, wylicza jej 15 spotkań, które przegrała przez krecz lub na które w ogóle nie wyszła.

Reklama

Na 375 rozegranych. To równe 4 procent meczów przegranych przez zewnętrzne przyczyny. Może się wydawać, że to mało. Porównajmy więc to do innych polskich zawodniczek:

  • Iga Świątek: 4 na 521 (0,77%).
  • Magda Linette: 10 na 892 (1,12%).
  • Magdalena Fręch: 4 na 679 (0,59%).
  • Agnieszka Radwańska: 8 na 875 (0,91%).

Statystyki Chwalińskiej pokazują więc, jak często zmagała się z własnym organizmem. A przecież na pewno były jeszcze mecze, w których z kortu nie zeszła, jednak ból przeszkodził jej w odniesieniu wygranej. Do tego traciła tygodnie czy miesiące na powrót do zdrowia. Nie mogła złapać rytmu. Przez kilka sezonów stale walczyła z własnym ciałem.

I w sumie – nie tylko z nim.

Przerwana kariera

Jak sama przyznała: zmagała się z depresją. Zaczęło się w 2019 roku. Otwarcie napisała o tym dopiero po dwóch latach, przerwała nawet na chwilę karierę, żeby uporządkować sprawy związane ze swoim zdrowiem, również – a może głównie – tym psychicznym.

Reklama

W wywiadzie z tamtego okresu na TVP Sport mówiła:

– Nawet nie da się tego wytłumaczyć. Ktoś pyta „co u ciebie”, a ty masz łzy w oczach. Teraz, kiedy już jest w porządku, nie potrafię tego opisać. Nie chciałam mówić o moim życiu. Każde pytanie wywoływało łzy. Chyba dlatego ludzie ukrywają się z depresją. To dobra lekcja. Nie ma co oceniać innych, bo nikt nie wie, co tak naprawdę dotknięci czują, z czym walczą. Każdy ma jakieś problemy, ale nie każdy potrafi o nich mówić.

Wyznanie jednak pomogło, przyznawała, że słowa wsparcia od kibiców wiele dla niej znaczyły. Do tego doszły lepsze wyniki, ten awans na Wimbledon przyszedł niespełna rok po tym, jak zdecydowała się napisać być może najważniejszego w życiu posta. W międzyczasie nauczyła się też oddzielać to, co na korcie, od tego co w życiu.

Bo i z tym – jak otwarcie przyznawała – miała problem.

Reklama

Tenis stał się jej życiem. Utożsamiała się z nim. Złe wyniki na korcie przenosiły się na jej życie poza nim. Była też pandemia, zapewne również nie pomogła. A do tego – Maja akurat miała gorszy okres w karierze. Na koniec 2021 roku spadła w okolice 350. miejsce w rankingu WTA, wcześniej nie umiała wskoczyć do TOP 200, choć do tego momentu rozwijała się wręcz wzorcowo, regularnie.

Taka sinusoida nie była jednak dla niej niczym niezwykłym. W 2023 roku wypadła nawet na moment z TOP 500, bo niedługo po Wimbledonie 2022 była zmuszona przejść operację kolana, a potem długo wracała na swój właściwy poziom. W sumie to cały ten sezon 2023 można by zapisać po stronie strat.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Maja Chwalinska (@majachwalinska)

Reklama

Potem jednak zaczęły się zyski.

W pogoni za setką

Rok 2024 był – do dziś – najlepszym dla Chwalińskiej. Możliwe, że pierwszym, w którym była wolna od jakichkolwiek obciążeń. No, przynajmniej przez dużą jego część. Bo jeszcze na początku w dwóch meczach skreczowała.

Potem przyszedł jednak finał turnieju W75 w Pradze. Po nim kilka meczów wygranych, kilka przegranych. A wreszcie: dwa triumfy z rzędu – w Montpellier i Porto, oraz półfinał w Warszawie, w imprezie rangi 125, najwyższej przed właściwym tourem WTA.

Kiedy zaczynał się tamten rok, Maja Chwalińska była 363. w rankingu.

Reklama

Tuż przed lipcem – 241.

A kiedy miesiąc się kończył znajdowała się już na 152. pozycji na świecie.

To była już niemal życiówka. Na przebicie tejże musiała jednak poczekać… do grudnia. Na sam koniec sezonu triumfowała bowiem w imprezie Florianopolis, rangi 125. Największy sukces w karierze, a za nim – najwyższe miejsce, 128. O krok – mały, a jednak ogromny – od najlepszej setki i Wielkich Szlemów.

Dostać się do setki to niełatwa sztuka. Dość napisać, że zdecydowana większość zawodników i zawodniczek nie jest jej nawet blisko. Wiele kolejnych osób – jest o krok, a tam nie dochodzi. Inni wpadają na chwilę. I tylko ci absolutnie najlepsi zostają w niej na dłużej. Bo nasza perspektywa często jest zaburzona, patrzymy na tych, co wygrywają wielkie turnieje. A prawda jest taka, że być przez cztery czy pięć lat w TOP 100, nawet w dolnych rejonach tej setki, to też wielkie osiągnięcie.

Reklama

Najpierw trzeba jednak tam wejść.

A Maja przez cały ubiegły rok była w gronie tych, co są blisko, ale ten decydujący krok to dla nich za dużo.

Wspięła się co prawda na 121. miejsce w rankingu (a po drodze zaliczyła drugi raz w Wielkim Szlemie – na Australian Open), potem jednak spadła w okolice 180. Znów trzeba było się wspinać. Zrobiła to, ale tylko po części. Rok kończyła równiutko na 150. miejscu. Solidnym, ale jednak kiedy było się blisko setki, to ta musi kusić, prawda?

Maję kusiła. I finalnie udało się postawić ten ostatni krok.

Reklama

Obietnica wielkich rzeczy

Ten występ w Roland Garros to sukces, niewątpliwie. Najlepszy wynik w Wielkim Szlemie w karierze. Pięć meczów – już teraz – wygranych bez straty seta. Pokonana mistrzyni olimpijska, a potem zawodniczka rozstawiona. Z Elise Mertens Maja odniosła pierwszy w karierze triumf nad zawodniczką z TOP 50, TOP 40 i TOP 30 rankingu. Przeskoczyła o kilka szczebli naraz.

Podobnie w rankingu – ze 114. miejsca wskoczy do setki. Niemal na pewno. Gdyby ranking aktualizował się co tydzień, już bym tam była. Ale trzeba poczekać do zakończenia Roland Garros, teoretycznie sytuacja może się nieco zmienić.

W praktyce: nie powinna. A poza tym – przecież Polka może dziś też wygrać! A wtedy wątpliwości już nie będzie. Na dziś jednak Maja Chwalińska to tenisistka z TOP 100 rankingu WTA.

Dlatego ten występ to nie tylko sukces. Nie tylko nagroda za te lata cierpliwości i walki o swoje.

Reklama

To też obietnica.

I jest to obietnica złożona samej sobie, trenerom, ale i kibicom. Brzmi ona: „jeśli będę zdrowa, stać mnie na naprawdę wiele i wiele chcę osiągnąć”. Zresztą składa taką nie pierwszy raz, ale po raz pierwszy na tak dużej scenie. I po raz pierwszy obietnica jest sobie sama potwierdzeniem. Bo z Elise Mertens w Wielkim Szlemie, zwłaszcza w jego wczesnej rundzie, nie wygrywa się ot tak sobie. Szczególnie nie robi się tego 6:0 w II secie.

Reklama

Maja Chwalińska możliwości ma ogromne. I choć sama ogromna – w dosłownym tego słowa znaczeniu – nie jest, to w Paryżu pokazuje, że jest w stanie tę różnicę niwelować. Czy da jej to kiedyś triumf wielkoszlemowy, o którym powtarzała, że marzy i w niego wierzy? Trudna sprawa, bądźmy szczerzy. Ale czy może grać pięknie, wygrywać duże mecze i walczyć na najwyższym poziomie?

Oczywiście, że tak.

Talent do pewnego stopnia się obroni, bo musi. A Maja tego talentu ma w małym palcu swojej lewej ręki więcej niż wiele zawodniczek w swoim całym ciele. To osoba urodzona do tenisa, wręcz do niego stworzona. Doskonale rozumie tę grę, wspaniale czyta kort i… no kurczę, popatrzcie, jak ona gra! Kiedy jest w formie, kiedy jest zdrowa, kiedy „czuje siebie” w czasie spotkania, to można ją tylko podziwiać. Zwłaszcza, że ma za sobą wiele, a się dźwignęła.

Maja budzi więc podziw i budzi szacunek. U rywalek też powinna. A w dzisiejszym meczu z Marią Sakkari – tu już będzie sporo mocy po drugiej stronie – przekonamy się, czy Chwalińska jeszcze z tym Roland Garros nie planuje kończyć.

Reklama

Przede wszystkim jednak: będziemy się – my, kibice, wspólnie – delektować. Bo od tego jest jej tenis właśnie.

A dziś delektować będzie można się od 11.

SEBASTIAN WARZECHA

Reklama

Fot. Newspix

11 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama