Niestety. Maja Chwalińska poza US Open

Sebastian Warzecha

31 sierpnia 2026, 21:38 • 4 min czytania 5

Reklama
Niestety. Maja Chwalińska poza US Open

Maja Chwalińska nie miała ostatnio najłatwiejszych miesięcy. Musiała oswoić się z nową falą popularności po finale Roland Garros. Doznała kontuzji na Wimbledonie, przez którą odpadła z turnieju. Po powrocie do rywalizacji przeszła na korty twarde, najgorsze dla jej stylu gry i na razie nie odnosiła sukcesów. Losowanie US Open też nie trafiło jej się najlepsze – jej rywalką została Taylor Townsend, reprezentantka gospodarzy. I niestety, to miejscowi fani się ucieszyli.

Reklama

Maja Chwalińska poza US Open. Porażka w pierwszej rundzie

Taylor Townsend? Kiedyś znakomita juniorka, wielka nadzieja amerykańskiego tenisa. Styl gry, fizyczność, a nawet – a może przede wszystkim – kolor skóry sprawiał, że była uznawana za następczynię sióstr Williams. Wyszło częściowo. W singlu bowiem Taylor nigdy nie dotarła do wielkich laurów – w turniejach wielkoszlemowych była co najwyżej w IV rundzie. Z czasem – szczególnie po pandemii – mocno postawiła jednak na debla i wyszło, że tam może być fantastyczną zawodniczką.

Dziś to już trzykrotna mistrzyni wielkoszlemowa w grze podwójnej.

Dla Mai złe wiadomości były następujące: raz, że Taylor grała u siebie. Dwa, że to tenisistka grająca mocną, szybką piłką. Trzy, że raczej nie jest to zawodniczka, co lubi przebijać – woli docisnąć. Cztery? Nie boi się pójść do siatki. A to też ważne, bo z rywalkami przyspawanymi do linii końcowej Chwalińska ma atut w postaci znakomitego poruszania się i umiejętności przebijania piłki raz za razem. Jednak kiedy tenisistka po drugiej stronie lubi znaleźć się przy siatce i umie tam grać, to trudniej jest Polce utrzymać się w grze – nie może bowiem odgrywać lekko, musi więcej ryzykować.

I dziś to wszystko było widać. Chwalińska próbowała grać swoje, tyle że często nie była w stanie. Owszem, zdarzały się wymiany, gdy obie próbowały się oszukać – grały slajsy, szukały kierunków, kombinowały po prostu – ale ostatecznie często finiszem dla tego typu akcji był mocny atak Townsend albo błąd Chwalińskiej wynikający czy to z naporu rywalki, czy z próby zakończenia wymiany na własnych warunkach. W pierwszym secie Maja szczególne problemy miała przy swoim serwisie – bo ten jest lekki i rywalka od razu może napierać.

Reklama

A Taylor napierać potrafi. I z tego korzystała. W pierwszej partii dwukrotnie przełamała Polkę. Sama ani razu nie była zagrożona, choć Chwalińskiej trudno było odmówić zaangażowania i walki w każdej wymianie. Fizyczność jednak ewidentnie robiła różnicę… ale chyba nie tylko ona, a i po prostu forma. Amerykanka bowiem nieźle ostatnio grała, jeśli już komuś ulegała – to rywalkom ze światowej topki. Chwalińska z kolei, o czym sama mówiła, ciągle próbuje się odnaleźć w tej nowej dla niej rzeczywistości. I szuka dobrej formy.

To może chwilę potrwać, co pokazał pierwszy set – w nim Maja przegrała 2:6.

Reklama

Druga partia była bardziej zacięta, ale ostatecznie miała stosunkowo podobny przebieg. Co prawda Chwalińska rozgryzła w końcu serwis rywalki, ale sama dała się przełamać dwukrotnie już na starcie – było więc 2:1 dla Taylor. I od tego momentu Amerykanka już podania nie przegrała, choć bywało, że musiała bronić break pointów. Maja grała wyraźnie lepiej, potrafiła zagrozić przeciwniczce, znajdowała na nią sposoby – ale często, bardzo często ostatecznie decydowała czysta fizyczność.

No i zdecydowała i tym razem. Townsend udanie broniła break pointy. Choć nie tylko ona – Maja Chwalińska przy stanie 2:4 zrobiła to na przykład pięciokrotnie i gema wygrała. Niestety, nic jej to ostatecznie nie dało – przegrała bowiem kolejnego gema serwisowego. A wraz z nim – cały mecz. Debiut w US Open – bo tak, to debiut Mai – nie zostanie ostatecznie z nami na długo.

Inna sprawa, że już po losowaniu można się było tego spodziewać.

Maja Chwalińska – Taylor Townsend 2:6, 3:6

Reklama

Fot. Newspix

5 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama