Świetny Cojocaru. A Rajović leci po „rekord” [KOZACY I BADZIEWIACY]

Antoni Figlewicz

21 kwietnia 2026, 17:44 • 5 min czytania 6

Reklama
Świetny Cojocaru. A Rajović leci po „rekord” [KOZACY I BADZIEWIACY]

Trudno powiedzieć, żebyśmy po tej kolejce Ekstraklasy byli choć trochę mądrzejsi, ale grunt to nie tracić wiary w sensowność piłki nożnej. Wiele wyników możemy spokojnie zaliczyć do tych spodziewanych, a to już całkiem zaskakujący obrót spraw. Nie dziwi nas jednak, że Valentin Cojocaru zagrał z Lechem kawał meczu w przeciwieństwie do kolegów z pola. Nie jesteśmy też zaskoczeni obecnością niektórych ananasów w jedenastce badziewiaków. Jeden z nich zdecydowanie leci na rekord skoczni.

Reklama

Mileta Rajović to stały bywalec tej rubryki, więc przedstawiać go nie trzeba. Legia wygrała z Zagłębiem pomimo Duńczyka, a nie dzięki niemu, co po raz kolejny nikomu nie umknęło. Teraz jednak różnica jest taka, że ekipa z Warszawy gra o wiele lepiej jako zespół i nawet wybryki jej napastnika nie szkodzą tak bardzo, jak jesienią. No i jest Rafał Adamski, który nadal w gruncie rzeczy może zrobić najśmieszniejszą rzecz na świecie i wyrównać strzelecki dorobek Rajovicia grając w Legii pół roku krócej.

Kin0. Choć na dziś takie z gatunku science-fiction, bo byłemu piłkarzowi Pogoni Grodzisk Mazowiecki brakuje jeszcze czterech goli w pięciu spotkaniach…

Kozacy i badziewiacy. Snajperzy niezbyt groźni

Ale już wystarczy tego rajovićowania, jaki jest napastnik Legii, każdy widzi. Co innego z Mariuszem Stępińskim, który pojawia się w gronie badziewiaków, choć po jego debiucie w barwach Korony mogliśmy podejrzewać, że nigdy, przenigdy, nie zostanie w ten sposób wyróżniony.

Miał rewelacyjny start w meczu z Legią, ale potem upolował już tylko gola z Lechem i z karnego z Arką. Powinien mieć więcej bramek, ale pudłuje – na 38 strzałów tylko osiem miał celnych – a czasem piłka niespecjalnie go szuka, bo albo koledzy źle zagrają, albo sam Stępiński jest spóźniony – zauważał przy okazji meczu Kielczan z Górnikiem Paweł Paczul. No i coś w tym jest, bo ostrzyliśmy sobie zęby na powrót potencjalnego kozaka, a wyszło na to, że efekt aureoli szybko zanika.

Reklama

A gdyby tak Górnik wziął dublet…? [CZYTAJ RELACJĘ]

Aureolę umieszczaliśmy też nad głową Roberta Dobrzyckiego, ale teraz jego budowany za miliony Widzew wygląda na głównego kandydata do spadku. Nadal punktuje w kadencji Aleksandara Vukovicia przyzwoicie, lecz frajersko przegrał z Radomiakiem i humory się w Łodzi, delikatnie mówiąc, skiepściły. Główną ofiarą zmian w taktyce Widzewa zdaje się na ten moment Emil Kornvig, którego serbski szkoleniowiec wciska ostatnio na skrzydło i… robi mu tym dużą krzywdę.

Przypomnijmy, Kornvig to typowy box-to-box, co ustaliliśmy jeszcze przed jego transferem do Widzewa. – Potrafi biegać przez dziewięćdziesiąt minut bez cienia zmęczenia. Zawsze był niezwykle silny w pojedynkach i wygrywał wiele piłek w środku pola – mówił mi w styczniu duński dziennikarz Ole Hoffskov. Inni porównywali Kornviga, z zachowaniem proporcji, do Stevena Gerrarda. Typowy walczak środka pola. A w Widzewie najpierw rzucono go na pozycję jednej z dwóch „dziesiątek”. A potem na skrzydło.

Nic dziwnego, że chłop nie może się odnaleźć, a jego atuty bledną.

Reklama

Widzew zaciekle walczył o Duńczyka, ale kim jest ten Emil Kornvig?

Blado wygląda też Cracovia, właściwie coraz bladziej. Nic dziwnego, że musiała mieć u nas jakiegoś swojego przedstawiciela – niech się cieszy, że tylko jednego. Bardziej moglibyśmy się też poznęcać nad defensywą Motoru czy Bruk-Betu, mieliśmy chrapkę na wrzucenie do grona badziewiaków Keramitsisa z Pogoni, ale z nieba spadł mu Twumasi z Piasta. Głupia czerwona kartka, ot co. Zresztą już w 24. minucie, a to zbrodnia na reszcie własnej drużyny.

Teraz parę pochwał, bo i te mamy

Rafał Janicki z golem na wagę trzech oczek i czystym kontem – nie do przeoczenia. On i jego koledzy z Zabrza wyglądają ostatnio na zespół, który faktycznie może grać w tym sezonie o pełną pulę. Puchar Polski w zasięgu, wystarczy wygrać już tylko jeden mecz. Mistrzostwo Polski też w zasięgu, choć Lech wygląda ostatnio jak murowany faworyt.

Reklama

O ile w tym sezonie ktoś może być murowanym faworytem do czegokolwiek. Bo ogólnie powiecie – i my też powiemy – że taki Mikael Ishak to dobry napadzior, lider, siła Kolejorza. A w meczu z Pogonią mógł być głównym winowajcą katastrofy w postaci straty punktów przy GIGANTYCZNEJ przewadze na przestrzeni całego meczu. Spartolił multum świetnych okazji, też był bardzo blisko badziewiaków, ale… wyratowali go trochę koledzy.

Gholizadeh wygląda jak niespełniona wcześniej obietnica świetnego Gholizadeha – na dziś to lider ofensywy Lecha i gwiazda ligi. Niech nam żyje po wolkańsku, długo i pomyślnie. Jeśli ma jednak mieć naśladowców, to takich jak Eman Marković, który już drugą kolejkę z rzędu zalicza dublet i wygląda jak postrach wszystkich bramkarzy Ekstraklasy. GieKSie był potrzebny taki drugi Nowak, który weźmie ciężar wyniku na siebie. Ten duet w takiej formie i w połączeniu z zabójczymi Klemenzem i Jędrychem mogą naprawdę zaprowadzić Katowiczan ku gwiazdom.

Taka GieKSa bez problemu dojedzie do pucharów! [CZYTAJ RELACJĘ]

Coraz lepiej gra też Legia, choć w przypadku drużyn Marka Papszuna na ogół trzeba ostrożnie dobierać komplementy. Zjawiskowo? Nie. Grunt jednak, że skutecznie, czego dowodem jest seria meczów bez porażki i marsz w górę tabeli. Piątkowski ostatecznie zaliczył z Zagłębiem asystę przy golu Adamskiego, Elitim znowu rządził w środku pola, wygląda to coraz bardziej solidnie. Z drugiej strony – trzy oczka zapasu nad strefą spadkową to nadal tyle co nic.

Reklama

Piękny moment przeżył też w ten weekend Jesus Imaz, który został rekordzistą Ekstraklasy! Brzmi dumnie, nie ma co. Najskuteczniejszy obcokrajowiec w historii naszego najwyższego poziomu rozgrywkowego z Arką ustrzelił dublet, więc nie mogło go zabraknąć w gronie kozaków. Hiszpan od zawsze kojarzył się z wielką klasą, więc niech lepiej się nigdy nie zmienia.

No i jeszcze na koniec nagroda specjalna im. Valentina Cojocaru dla… Valentina Cojocaru. Rumun raz na jakiś czas zalicza taki mecz, w którym dokonuje cudów. Obronił 9 strzałów piłkarzy Lecha, w pojedynkę zatrzymywał rozpędzonego Kolejorza, utrzymując Pogoń w grze, Ishak wyrywał sobie przez niego włosy z głowy. Całe to poświęcenie, cała ta wielkość Cojocaru ostatecznie na nic, ale z takim bramkarzem można przenosić góry, naprawdę.

Kozak. A dla takich miejsce w gronie innych kozaków.

Reklama

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

Fot. Newspix

6 komentarzy
Antoni Figlewicz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Ekstraklasa

Reklama