Prawda o piratach z Karaibów. „Większość walczyła o przetrwanie” [WYWIAD]

Michał Kołkowski

20 czerwca 2026, 13:30 • 24 min czytania 3

Reklama
Prawda o piratach z Karaibów. „Większość walczyła o przetrwanie” [WYWIAD]

Na mistrzostwach świata 2026 rywalizują dwie reprezentacje z Karaibów: Haiti oraz Curaçao. Umówmy się jednak, że musi upłynąć jeszcze mnóstwo wody w Río Artibonito, nim zaczniemy kojarzyć narody Wielkich i Małych Antyli z ich futbolowymi dokonaniami. Jeśli natomiast w tej chwili Karaiby z czymś się wręcz automatycznie kojarzą, to – w dużej mierze za sprawą serii filmów z Johnnym Deppem w roli głównej – jest to tak zwany złoty wiek piractwa. Tylko ile tak naprawdę wspólnego mają filmowi Jack Sparrow (kapitan!) czy Hector Barbossa z rozbójnikami, którzy rzeczywiście siali grozę na Morzu Karaibskim kilkaset lat temu? Bukanierzy rabowali skrzynie pełne klejnotów, a może raczej, przymierając głodem, kradli krowy i kury? – Cwaniactwo i kombinatorstwo Jacka Sparrowa najprawdopodobniej zostało zaczerpnięte z historii Bartolomea Portuguésa. To pirat, który sfingował swoją śmierć – opowiada w rozmowie z Weszło dr hab. Rafał Reichert.

Reklama

Rafał Reichert to historyk, pracownik naukowy Instytutu Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Autor wielu publikacji naukowych, w tym: „Od Cortésa do Bolivara. Zarys dziejów wojskowych w hiszpańskiej Ameryce kolonialnej”. Prowadzi też kanał historyczny StorytellerLA na YouTube.

***

Wyjdźmy może od kwestii oczywistej, ale może i warta podkreślenia. Czy piractwo jest tak stare jak żegluga?

Tak. Piractwo europejskie zaczyna się już w starożytności, zwłaszcza w basenie Morza Śródziemnego, kiedy rozwija się żegluga między Afryką, Azją Mniejszą a Europą. Mam tu na myśli między innymi rozwój posiadłości greckich i fenickich w Afryce czy Azji Mniejszej, a później dominację Rzymu. To wszystko powodowało, że powstawały enklawy, grupy, a nawet całe społeczności – jak Cylicyjczycy – które działały jako piraci i atakowały szlaki handlowe. Można więc mówić, że piractwo jest tak stare jak wymiana towarów drogą morską.

Reklama

A kiedy piraci pojawiają się w basenie Morza Karaibskiego?

Tu bardzo ważna jest terminologia, bo ona determinuje punkt widzenia. Dla Hiszpanów piratami byli wszyscy, którzy atakowali ich posiadłości w Ameryce. Ten proceder zaczyna się już w latach 20. XVI wieku, tuż po podboju państwa Mexica, dawniej nazywanego państwem Azteków. Dzisiaj od tej nazwy się odchodzi i mówi się raczej o państwie Mexików. Chodzi oczywiście o podbój Hernána Cortésa, który kończy się w 1521 roku.

Wówczas pojawiają się korsarze francuscy. To bardzo ważne, bo Hiszpania prowadziła wtedy wojny z Francją, a ponieważ europejskie korony nie dysponowały jeszcze wielkimi królewskimi marynarkami wojennymi, nadawały patenty korsarskie, czyli kaperskie. Takie patenty sprawiały, że kupcy francuscy, później angielscy i holenderscy, uzbrajali swoje okręty handlowe i wykorzystywali je w walkach przeciwko Hiszpanii. Z perspektywy Hiszpanów piraci pojawiają się więc właściwie od momentu, kiedy kończy się podbój państwa Mexica. Natomiast już w latach 40. mamy pierwsze ataki na Karaibach, na przykład zdobycie Hawany przez François Le Clerca. Proceder atakowania Hiszpanów pojawia się więc bardzo wcześnie.

Jeśli zaś mówimy o samych piratach z Karaibów jako o pewnym fenomenie, to pojawią się oni dopiero w XVII wieku, kiedy powstanie grupa tak zwanych bukanierów. Byli to wolni ludzie, często awanturnicy szukający przygód, ale także zbiegli niewolnicy. Warto przy okazji pamiętać, że zniewalano wtedy również Europejczyków i wysyłano ich do Ameryki na przykład za długi, jakich narobili w Holandii, Anglii czy Francji. Trafiali do kolonii, żeby je odpracować. No i oni często uciekali z tworzących się kolonii niehiszpańskich. Osiadali na Tortudze oraz w zachodniej części wyspy Hispaniola, którą dzisiaj znamy jako Haiti. Hispaniola jest zresztą podzielona na dwa państwa: Haiti i Republikę Dominikańską. Ci ludzie zaczęli tam tworzyć społeczności działające według własnych praw i zasad.

Reklama

Rafał Reichert: Dla Hiszpanów piratami byli wszyscy, którzy atakowali ich posiadłości

Dlaczego „bukanierzy”?

Nazywamy ich bukanierami, ponieważ na początku nie zajmowali się napadami na Hiszpanów, lecz polowaniami na zdziczałe bydło i świnie, które Hiszpanie wypuścili na Hispanioli. Tych zwierząt było bardzo dużo. Bukanierzy polowali na nie, oprawiali je i wędzili ich mięso. Dzisiaj moglibyśmy powiedzieć, że je grillowali. Od francuskiego słowa „boucan” ewoluowała nazwa „boucanier”, przypisana ludziom zajmującym się opiekaniem czy wędzeniem mięsa na ogniu. Stąd właśnie bukanierzy. Oni z czasem zaczęli rosnąć w siłę. Było ich coraz więcej na Tortudze i zachodnim wybrzeżu Hispanioli. Hiszpanie poczuli się zagrożeni ich obecnością, dlatego próbowali wypędzić ich z tej części wyspy. Rezultat okazał się odwrotny od zamierzonego, bo bukanierzy podjęli walkę. Dzieje się to mniej więcej od lat 30. XVII wieku, kiedy ruch niezależnych ludzi działających na Tortudze i zachodniej Hispanioli zaczyna się umacniać.

Ten ruch przerodzi się w ruch piratów walczących przeciwko Hiszpanom na Karaibach. Później będą atakować nie tylko posiadłości hiszpańskie. Francuzi będą walczyć z Holendrami, Holendrzy z Anglikami, a Karaiby staną się tyglem starć między europejskimi imperiami w XVII i XVIII wieku. W tym chaosie bukanierzy odnajdą sprzyjające dla siebie okoliczności, żeby jakiś ułamek bogactw imperiów kolonialnych uszczknąć dla siebie.

Początkowo Hiszpanie czuli, że są w prawie, to znaczy – że cały Nowy Świat należy do nich?

Reklama

Dokładnie tak było. Papież Aleksander VI z rodu Borgiów, zresztą Hiszpan, nawiązał bliską współpracę z Królami Katolickimi, Izabelą i Ferdynandem, którzy sponsorowali pierwszą wyprawę Krzysztofa Kolumba do Ameryki. Po tej wyprawie wydał w 1493 roku trzy bulle papieskie. W jednej z nich zapisano, że to, co Hiszpanie odkryli w Nowym Świecie, jest ich własnością. Oprotestowali to Portugalczycy, bo trzeba pamiętać, że oni eksplorowali zachodnie wybrzeże Afryki i szukali morskiego szlaku do Indii. Bartolomeu Dias dopłynął w 1488 roku do Przylądka Dobrej Nadziei, wcześniej nazywanego Przylądkiem Burz, a później drogę do Indii otworzył Vasco da Gama. Portugalczycy jak najbardziej eksplorowali Atlantyk, więc kiedy Kolumb dopłynął do Ameryki, zaprotestowali, bo uważali, że im również należy się część Nowego Świata.

Najprawdopodobniej – choć nie ma dokumentacji, która by to potwierdzała – Portugalczycy mogli dotrzeć do Ameryki nawet przed Kolumbem, tylko ukrywali tę wiadomość. Dlatego po bullach Aleksandra VI kontestują i dochodzi do pertraktacji między obiema koronami w Tordesillas. W 1494 roku zawarto traktat, w którym Ameryka, a właściwie obie Ameryki, zostały podzielone na strefy wpływów hiszpańskich i portugalskich. To, co dziś widzimy jako Amerykę Łacińską – od Meksyku aż po Chile – to w dużej mierze kraje posługujące się językiem hiszpańskim. Jest to rezultat tamtego podziału. Brazylia to z kolei część portugalska. Oczywiście linia traktatu była prostą linią dzielącą kontynent, ale Portugalczycy często łamali te zasady. Duża część Brazylii, zwłaszcza Amazonia, stanowiła tereny przypisane Hiszpanii, których Hiszpanie nie skolonizowali. Portugalczycy poszerzali zatem swoje wpływy wraz z rozwojem kolonii w Brazylii.

Podział z traktatu w Tordesillas wyznaczył dwóch legalnych – z punktu widzenia ówczesnego porządku europejskiego – właścicieli Ameryk. Ameryka Północna, czyli dzisiejsze Stany Zjednoczone i Kanada, też formalnie przypadła Hiszpanii, ale Hiszpania nie miała potencjału, aby kolonizować obszar od Labradoru aż po Przylądek Horn. Skupiła się przede wszystkim na posiadłościach, które znamy dziś jako Amerykę Łacińską.

kadr z Piratów z Karaibów

Reklama

Jack Sparrow i Will Turner („Piraci z Karaibów”)

Jak podejrzewam, pozostali władcy europejscy nie mogli takiego prostego podziału zaakceptować.

Oczywiście go kwestionują. Pierwsi będą Francuzi, później Anglicy, którzy wykorzystają również kontekst wojen religijnych. Będziemy mieli protestantów i anglikanów zwalczających tradycyjny katolicyzm. Zwłaszcza za Filipa II Hiszpańskiego i Elżbiety I Angielskiej bardzo wyraźna będzie walka ideologii religijnych, która przełoży się także na działania w Ameryce. Słynne wyprawy Francisa Drake’a do Ameryki, podczas których napadał na Santo Domingo, Cartagenę de Indias i kompletnie zniszczył San Agustín na Florydzie, były efektem wojny o podłożu religijnym przeniesionej na grunt karaibski. Drake był jednak korsarzem angielskim, działał legalnie, jako mianowany dowódca okrętu, który mógł płynąć do Ameryki i walczyć tam z Hiszpanami.

Trzeba więc pamiętać, że w XVI wieku mamy ataki na hiszpańskie posiadłości w Ameryce, ale dokonują ich głównie korsarze działający z patentami swoich koron. Natomiast w XVII wieku, od około 1635 roku, pojawiają się bukanierzy: wolni ludzie, którzy albo uciekają z kolonii, albo płyną do Ameryki w poszukiwaniu przygód i szczęścia. Działa na nich legenda hiszpańskich bogactw, Eldorado, statków wypełnionych srebrem i złotem. To pobudza wyobraźnię ludzi szukających lepszego życia.

Reklama

Przygoda i wielkie bogactwo to rzeczywiście kuszące połączenie.

Warto jednak odnotować, że sukces osiągnęła tylko garstka bukanierów. Henry Morgan jest ich najważniejszym przedstawicielem i odnosi największy sukces. Byli jeszcze François l’Olonnais, Baron de Pointis, Laurens de Graaf znany jako Lorencillo. To mały procent ludzi, którzy rzeczywiście zdobyli sławę i bogactwa. Cała reszta walczyła o przetrwanie w tropikach. Znalazłem kiedyś taki przypadek: sprawę sądową Hiszpana – Juana z Kadyksu – oskarżonego o piractwo, który miał przyłączyć się do tych działających z dzisiejszego Haiti. Został oskarżony przez Hiszpanów i przeszedł cały proces. Opisywał, że ci ludzie często napadali na wioski i rabowali, co się dało: kury, krowy, kozy. Porywali rybaków, żeby dla nich łowili ryby i żółwie. Jeżeli w wiosce był kościół, kradli srebrne naczynia liturgiczne. Takie sytuacje znane z filmów, w których piraci zdobywają skrzynię ze złotem czy drogocennościami, były naprawdę rzadkie.

Rafał Reichert: Bukanierzy rabowali co się dało: kury, krowy, kozy. Porywali rybaków

Choć chyba historie o niewyobrażalnych bogactwach, jakie zaczęły trafiać z kolonii do Europy, nie są przesadzone?

Nie, jeżeli chodzi o bogactwa koron prowadzących politykę kolonialną w Ameryce, to tu nie ma cienia przesady. One rzeczywiście osiągały olbrzymie wpływy, które płynęły do królewskich skarbców. Hiszpania w momencie, kiedy utraci swoje kolonie, stanie się nagle bardzo biednym państwem. Właśnie dlatego, że wcześniej czerpała ogromne korzyści z kopalń – przede wszystkim kopalń srebra w dzisiejszym Meksyku i Boliwii.

Reklama

Taka słynna kopalnia w Boliwii, u podnóża Andów, to Potosí. Sama nazwa góry, z której pozyskiwano drogocenny kruszec, stała się określeniem bogactwa, bo była to „srebrna góra”. W szczytowym okresie, mniej więcej w latach 1600-1650, Potosí było największym miastem w Ameryce i miało około 100 tysięcy mieszkańców. Oczywiście wliczamy w to Indian pracujących w kopalniach i afrykańskich niewolników, którzy również tam pracowali. Te bogactwa były więc olbrzymie. Tylko że Hiszpania pieniądze płynące z Ameryki najczęściej wydawała na wojny, obsługę długów, utrzymanie armii oraz dworu królewskiego. Hiszpańscy monarchowie pożyczali pieniądze u Włochów i niemieckich bankierów, a później trzeba było te zobowiązania spłacać. Hiszpania miała jedną z największych armii w Europie w XVI i pierwszej połowie XVII wieku. Później podupadła i dopiero w XVIII wieku odbudowała swoją potęgę militarną. To wszystko było możliwe dzięki pieniądzom z Ameryki.

Jeżeli spojrzy się na fortyfikacje hiszpańskie w Ameryce – na Kubie, Portoryko, w Kolumbii – widać ogrom budowli defensywnych wznoszonych w najważniejszych portach. To także pokazuje, jakie sumy Hiszpania przeznaczała na obronę kolonii i jaką potęgę ekonomiczno-militarną tworzyło Imperium Hiszpańskie między XVI a XVIII wiekiem. I to jest właśnie ta druga strona opowieści o piratach. Systemy obrony były na tyle skuteczne – hiszpańskie, a pod koniec XVII i na początku XVIII wieku również francuskie czy angielskie – że fortyfikacje oraz garnizony z regularnym wojskiem często uniemożliwiały zdobywanie portów, w których można by było się obłowić w bogactwa.

Oczywiście zdarzały się wyprawy takie jak ekspedycja Morgana do Panamy. Walijczyk Henry Morgan przeszedł przez przesmyk, zdobył miasto Panama, pokonał Hiszpanów i zdobył olbrzymie łupy, które później zresztą źle podzielił, więc ludzie się od niego odwrócili. Lorencillo zdobył Veracruz, Baron de Pointis – Cartagenę de Indias. Ale to byli dowódcy, którzy większość skarbu dzielili między siebie i najbliższych, zaufanych podkomendnych.

Jak duże – w sensie liczebności – były tego rodzaju ataki?

Reklama

W ekspedycji Morgana do Panamy brało udział około 1200 bukanierów. Połowa z nich była bardzo niezadowolona z podziału łupów. Czuli, że Morgan ich oszukał. Podobnie było po ataku Barona de Pointis na Cartagenę de Indias w 1697 roku. Francuscy bukanierzy poczuli się oszukani przez swojego dowódcę, wrócili i jeszcze raz splądrowali miasto. Cartagena po ataku de Pointisa została w sumie złupiona jeszcze dwukrotnie: najpierw przez niezadowolonych bukanierów, a potem przez afrykańskich niewolników żyjących w mieście pod butem hiszpańskim. W sumie została splądrowana trzykrotnie. Można zapytać: dlaczego Hiszpanie nie walczyli?

Henry Morgan

Henry Morgan

Dlaczego?

Reklama

Byli bardzo pragmatyczni. Woleli ocalić życie, niż ginąć w sprawie, którą uznawali za błahą. Wiedzieli, że taktyka bukanierów i piratów jest prosta: najechać, ograbić, spalić i opuścić miejsce. Po jakimś czasie atakujący się wycofywali, a mieszkańcy wracali. Oczywiście gubernatorzy bywali karani za to, że nie chcieli walczyć i wykazywali się tchórzostwem, ale była to taktyka raczej skuteczna. Mieszkańcy często mieli też pochowane dobra, więc piraci nie zawsze zdobywali całość skarbów. Natomiast jeżeli chodzi o żeglugę i ataki na hiszpańskie statki czy okręty, to w ogóle mamy niewiele przykładów pirackiego zdobycia galeonów wypełnionych srebrem i złotem. Holendrom parokrotnie się to udało, ale oni byli zorganizowani w Kompanii Zachodnioindyjskiej – instytucji o podłożu militarnym, dysponującej okrętami wojennymi, które wysyłano przeciwko okrętom wojennym. Trudno to w ogóle porównywać z możliwościami bukanierów.

Czyli jeśli już piraci się na czymś na Karaibach dorabiali, to raczej na łupieniu miast?

Trzeba zawsze pamiętać, że walka na morzu jest dużo trudniejsza niż walka na lądzie. Hiszpanie, kiedy na Karaibach zaczynają pojawiać się korsarze francuscy, później angielscy i holenderscy, reagują. Budują fortyfikacje w portach i tworzą konwoje płynące do Ameryki i ich posiadłości po to, żeby bronić statyków handlowych przed atakami piratów. Walki na morzu były więc sporadyczne. Oczywiście zdarzały się pojedynki okręt na okręt, ale piraci szukali głównie możliwości ataku na lądzie. Żeby pokonać garnizon wojskowy, musieli dysponować odpowiednią siłą ludzką i zasobami. Dlatego ekspedycja Morgana liczyła ponad tysiąc osób i walczyła z siłami hiszpańskimi w Panamie. Gubernator Panamy zorganizował obronę i miał około 600 ludzi pod bronią, więc bukanierzy mieli przewagę liczebną nad obrońcami.

Najintensywniejszy okres działalności bukanierów przypada mniej więcej na lata 1635-1697. Rok 1697 to wspomniane splądrowanie Cartageny de Indias w dzisiejszej Kolumbii przez Barona de Pointis. W tym czasie dochodzi do najintensywniejszych najazdów na różne miejsca w hiszpańskiej Ameryce. Później Hiszpanie pertraktują z Anglikami, Holendrami i Francuzami. Gdy tracą Jamajkę, która do 1655 roku była hiszpańska, a potem została zajęta przez Anglików, jednym z punktów późniejszych porozumień było zobowiązanie Anglików, że nie będą wspierać piratów. I rzeczywiście tak się stało: piraci zostali wyrzuceni z Jamajki, przenieśli się na Hispaniolę, a potem, kiedy Francuzi zaczęli budować swoją kolonią na Haiti, opartą na produkcji trzciny cukrowej, musieli szukać kolejnych miejsc.

Reklama

W XVIII wieku zarówno na dzisiejszym Haiti, jak i na Jamajce, podstawą ekonomii była właśnie produkcja trzciny cukrowej oparta na pracy afrykańskich niewolników. Piraci byli wypierani. Miejscem, w którym powstała tak zwana ostatnia republika piratów, były Bahamy z portem w Nassau. Tam działał między innymi słynny Czarnobrody, tam pojawiają się też dwie piratki: Anne Bonny i Mary Read, jedyne kobiety uchwycone w historii piractwa. Po 1720 roku piractwo na Karaibach praktycznie przestaje funkcjonować. Piraci przekształcają się w przemytników, którzy przerzucają towary między różnymi miejscami na Karaibach, głównie do hiszpańskich prowincji. To staje się bardziej opłacalne niż zbrojna walka prowadzona przez ludzi wyjętych spod prawa.

Rafał Reichert: W XVIII wieku piraci przekształcają się w przemytników

Czy w tych pirackich portach powstawała jakaś, nazwijmy to, administracja?

Pewne struktury zarządzania na pewno powstawały, ale musimy pamiętać, że mamy tak naprawdę bardzo ograniczoną wiedzę na ten temat. Piraci byli ludźmi niewykształconymi. Bardzo niewielu pisało czy sporządzało notatki, więc nie mamy wiele informacji od strony piratów.

Najważniejszym źródłem jest zatem dzieło Aleksandra Exquemelina, holenderskiego chirurga, który działał między innymi z Henrym Morganem jako bukanier i okrętowy medyk. On rzeczywiście pisze, że powstawały pewnego typu kodeksy. Określano w nich na przykład, że wszystko było dobrem wspólnym, że religia nie miała wpływu na podziały w grupie tworzonej przez bukanierów czy piratów, że podział łupów powinien być sprawiedliwy, a spory rozstrzygała rada starszych. Nawet te motywy przewijają się w filmach z serii „Piraci z Karaibów”, więc coś zostało zaczerpnięte z książki Exquemelina. Tak naprawdę nie mamy jednak innych źródeł, potwierdzających funkcjonowanie gubernatorów, królów i tym podobnych struktur wśród piratów.

Reklama

Henry’ego Morgana nazywano wprawdzie „królem bukanierów”, dlatego że odniósł największe sukcesy, zdobył największą sławę atakując różne posiadłości Hiszpanów i dostał nawet tytuł szlachecki od króla angielskiego. To najbardziej znany przykład. Cała reszta często ginęła po sukcesach typu zajęcie portu czy zdobycie hiszpańskiego statku. Byli łapani, sądzeni i skazywani na śmierć albo ginęli w walce. Możemy więc powiedzieć, że struktury powstały i że miały swoje prawa oraz kodeksy, ale nasza wiedza opiera się głównie na jednym źródle, czyli właśnie Exquemelinie. Z drugiej strony mamy wiedzę o piratach pochodzącą z systemu imperialnego: opisują ich urzędnicy hiszpańscy, portugalscy, angielscy czy francuscy. Tylko że to już nie jest spojrzenie od środka organizacji, ruchu czy fenomenu piractwa, więc za wiele nam w tej kwestii nie wyjaśnia.

Bartolomeu Português

Bartolomeu Português

Bycie piratem było rolą przyjmowaną już do końca życia? Czy pirat mógł się obłowić i – nazwijmy to – przejść na emeryturę, wrócić na drogę praworządności?

Reklama

Jest taki przykład: Henry’ego Jenningsa, jednego z liderów republiki w Nassau. To ciekawa postać, bo był korsarzem angielskim podczas wojny o sukcesję hiszpańską, toczącej się w pierwszym dziesięcioleciu XVIII wieku. Działał najpierw legalnie, jako kaper atakujący Hiszpanów na podstawie patentu nadanego przez Anglików. Miał posiadłość na Jamajce, ale po wojnie dalej atakował Hiszpanów. Ci zaprotestowali przeciw jego działalności, więc Anglicy określili go jako pirata i kryminalistę. Jennings schronił się w Nassau i działał jako jeden z liderów piratów z Bahamów. Bardzo chciał jednak wrócić na Jamajkę i udało mu się to. Doszło do pertraktacji między przedstawicielami króla a częścią piratów, którzy zgodzili się podporządkować władzy królewskiej i odstąpić od piractwa. Jennings był jednym z liderów optujących za porzuceniem tego fachu. Ci piraci uzyskali amnestię, a, co bardzo ważne, korona angielska pozwoliła im zachować wszystko, co zrabowali.

Jennings wrócił więc na Jamajkę i dożył spokojnych lat. Był też inny pirat, Stade Bonnet, który marzył, że zdobędzie hiszpański skarb, wróci i będzie prowadził normalne życie. Wywodził się ze wschodniego wybrzeża dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Udało mu się zdobyć hiszpański okręt z całkiem sporą sumą pieniędzy. Ale kiedy płynął z tym skarbem przez Kanał Starobahamski w stronę dzisiejszych Stanów Zjednoczonych – nie pamiętam, czy do Filadelfii, czy do Charlestonu – napotkał sztorm. No i sztorm zatopił jego statek wraz ze skarbem. Nie zrealizował więc marzenia w pełni. Skarb zdobył, ale nie zdążył go wydać, ginąc w czeluściach oceanu.

Bardzo rzadko dochodziło do spokojnych zakończeń pirackich historii. Henry Morgan też jest przykładem człowieka, który osiągnął sukces i później został królewskim urzędnikiem na Jamajce. Większość słynnych piratów ginęła jednak, a o tych mniejszych wiemy niewiele. Trzeba zawsze pamiętać, że za każdym Morganem stoją setki anonimowych ludzi, o których nie mamy prawie żadnych informacji. Ci ludzie z reguły cierpieli głód i żyli w ubóstwie. Lepiej wiodło się liderom i ich najbliższym: zastępcom dowódców, cieślom okrętowym, chirurgom – bo chirurg był jedynym medykiem na pokładzie – pilotom okrętowym czy nawigatorom. Byli uprzywilejowani ze względu na zawód. Zwykli marynarze i żołnierze, nazwijmy ich regularnymi piratami, nie osiągali wielkich sukcesów ekonomicznych.

Kogo można wymienić wśród bukanierów, którzy w okresie złotej ery piractwa siali największy postrach na Karaibach?

Reklama

Na pewno Henry Morgan. Na pewno Bartolomeo el Portugués, czyli Bartłomiej Portugalczyk. L’Olonnais też będzie taką postacią. To w ogóle ciekawy przykład, bo był Francuzem, który nienawidził Hiszpanów. Kiedy ich łapał, znęcał się nad nimi i torturował w barbarzyński sposób: obcinał języki, nosy, przybijał ludzi do drzew za uszy, według przekazów potrafił też wyrywać serca. To przykład bardzo krwawego pirata. Mamy też Lorencilla, czyli Laurensa de Graafa, który odniósł wielki sukces: zdobył port w Campeche na półwyspie Jukatan i port w Veracruz. Baron de Pointis również był człowiekiem, który odniósł sukces. Ale widzi pan, to jest garstka.

Uzbierałoby się może 15-20 nazwisk, które rzeczywiście przeszły do historii. Zawsze wspomina się „on i jego ludzie”, a potem pojawia się liczba: 100, 200, 1000 osób. Ale ci ludzie pozostają anonimowi. To jak w historii wielkich wojen: słyszymy o dowódcy i o tym, że miał pięć tysięcy żołnierzy.

Rafał Reichert: Sukces odniosła garstka piratów. 15-20 przeszło do historii

Ten utrwalony wizerunek pirackiego kapitana – spektakularny kapelusz, przepaska na oku, drewniana noga… Czy on bierze się z historycznych przekazów, czy wykreowali go raczej pisarze?

Najważniejszym przekaźnikiem kultury pirackiej jest oczywiście „Wyspa skarbów” Roberta Louisa Stevensona. To tam pojawiają się elementy budujące całą legendę czy mitologię piratów: flaga piracka, drewniana noga, przepaska na oku, papuga na ramieniu, mapa skarbów. Wszystko to zawarte zostało w powieści Stevensona. Pamiętam zresztą, że sam się tym inspirowałem. To, że w pewnym momencie kariery naukowej zająłem się badaniami nad piratami, było wynikiem dziecięcej wyobraźni, która została gdzieś z tyłu głowy w trakcie budowania kariery naukowej.

Reklama

Na pewno mamy udokumentowanych dowódców pirackich z drewnianą nogą. Francis Le Clerc, Francuz, był takim przypadkiem. Cornelis Jol, Holender, także miał drewnianą nogę. Trzeba jednak pamiętać, że mówimy o czasach, gdy medycyna nie była w stanie zwalczać zakażeń. Kiedy pojawiała się gangrena, odcinano kończyny. Marynarze biorący udział w bitwach morskich byli bardzo narażeni na zakażenia. Statki budowano z drewna. Podczas ostrzału artyleryjskiego w powietrzu fruwała ogromna ilość drzazg, które wbijały się w ciało i powodowały zakażenia. Jeśli organizm sam sobie z tym nie radził i wdawała się gangrena, odcinano kończyny. Lord Nelson, najsłynniejszy admirał floty brytyjskiej, też nie miał ręki, bo utracił ją w walce.

Drewniana noga czy utrata kończyny jak najbardziej się więc pojawiały. Ręka z hakiem – nie wiem. To może być fikcja, ale może też mieć coś wspólnego z historią. Ja nigdy nie spotkałem się z autentycznym piratem, który miałby hak zamiast ręki. Natomiast zwierzęta, małpki czy papugi również mogły się pojawiać, choć nie mamy szczegółowych opisów. Możemy to sobie wyobrazić jako zwierzęta oswajane w tropikach. Tak jak w Europie oswajamy koty i psy, tak tam ludzie oswajali papugi czy małpki. To także nie ma mocnego potwierdzenia, ale Stevenson musiał skądś wziąć inspirację, skoro papuga pojawia się w jego powieści.

A pirackie flagi? Ich widok mroził krew w żyłach?

To naprawdę był znak rozpoznawczy bukanierów, zwłaszcza w okresie, gdy funkcjonowali już na Bahamach, wyparci z Jamajki, Haiti i Tortugi, skupieni wokół Nassau. Z jednej strony miały wywoływać strach w załodze atakowanego statku. Z drugiej – służyły rozpoznaniu. Każdy pirat wiedział: to jest na przykład Czarnobrody, więc trzeba podejść do niego z odpowiednim szacunkiem. Flaga piracka wyrażała więc również status przywódcy. Natomiast cały ten romantyczny obraz pirata wiąże się też z poematem Lorda Byrona „Korsarz”. Co prawda dotyczył kapra działającego na Morzu Śródziemnym, ale stworzył legendę Robin Hooda mórz: człowieka napadającego na okręty europejskich imperiów i dzielącego się dobrami z uciskanymi przez instytucje kolonialne i imperialne.

Reklama

pojmanie Czarnobrodego

Pojmanie Czarnobrodego (Jean Leon Gerome Ferris)

A jak to było i jest z poszukiwaniami skarbów we wrakach?

Dawniej, kiedy okręt tonął, natychmiast po otrzymaniu informacji o katastrofie podejmowano pewne działania ratunkowe. Jeśli na przykład zatonął galeon przewożący skrzynię ze srebrem i mający na pokładzie 40 armat do obrony, wysyłano tak zwaną oficjalną ekspedycję ratunkową. Jej zadaniem było oczywiście znalezienie rozbitków, jeśli byli, ale najważniejsze było podjęcie ładunku i wyciągnięcie armat. Trzeba pamiętać, że armaty odlewano wtedy rzemieślniczo i trwało to długo. W ciągu roku ludwisarnia produkowała około 100-150 armat. Jeśli na jednym galeonie traciło się 40 armat, był to ogromny ubytek uzbrojenia. Ekspedycje ratunkowe po skarby i uzbrojenie jak najbardziej istniały. Organizowali je nie tylko Hiszpanie, ale również Anglicy, Holendrzy i Francuzi.

Reklama

Piraci także podejmowali takie próby, choć nie dysponowali podobnym potencjałem. Mówimy o czasach bez akwalungów, bez możliwości długiego przebywania pod wodą. Używano dzwonów nurkowych, dostarczano powietrze rurami połączonymi z prowizoryczną maską albo szkolono nurków, którzy schodzili na bezdechu. Nurkowali na określoną głębokość, eksplorowali wraki i mocowali liny do dóbr albo dział znajdujących się na dnie. Z reguły jednak wraki leżące poniżej 30 metrów pozostawały na łasce morza. Człowiek w XVI, XVII czy XVIII wieku był w stanie zejść mniej więcej do 25, maksymalnie 30 metrów, i przebywać tam krótko. Najłatwiej zbierano dobra ze statków rozbitych na rafach, bo rafy to płycizny, gdzie zanurzenie sięgało kilku metrów.

A współcześnie?

Jeżeli chodzi o współczesne wyprawy, od czasów Jacques’a Cousteau, który zrewolucjonizował nurkowanie i wymyślił akwalung używany do dziś, możliwości stały się znacznie większe. Rzeczywiście pojawia się eksploracja mórz na większą skalę. Morze Karaibskie to jedno z mórz, na których mamy najwięcej wrakowisk i najwięcej zatopionych statków. Na Florydzie zatonęło wiele galeonów wypełnionych hiszpańskim srebrem i złotem. Przykładem jest Nuestra Señora de Atocha, galeon odnaleziony przez Mela Fishera, który zbił fortunę na poszukiwaniach i odnalezieniu jego resztek. Morze wyrzucało hiszpańskie monety na florydzkie brzegi, bo Kanał Bahamski, między Bahamami a Florydą, był bardzo trudnym miejscem do nawigacji, zwłaszcza podczas sztormu. Zatonęło tam wiele statków.

Kolumbia jakiś czas temu eksplorowała okręt San José, zatopiony z ładunkiem złota niedaleko Cartageny de Indias. Tu wykorzystywano już sprzęt do badania dna morskiego: sondy, sonary, roboty. Człowiek działał właściwie z pokładu okrętu, a nie nurkował. Identyfikacja była dzięki temu możliwa. W ostatnich latach poszukiwano też okrętów z ekspedycji Henry’ego Morgana do Panamy. Z tego, co się orientuję, znaleziono nawet jakieś wraki, które można przypisać tej ekspedycji, choć nie jest to potwierdzone w 100 procentach.

Reklama

Trend poszukiwań jak najbardziej istnieje. Powstają profesjonalne firmy, takie jak firma Mela Fishera czy amerykańska Odyssey. Fisher, choć stworzył małe muzeum, przez archeologów i świat nauki bywa uznawany za łowcę skarbów, ponieważ dużą część skarbu wykorzystano komercyjnie. Podobnie Odyssey działa jako firma komercyjna: oferuje poszukiwanie wrakowisk, a nawet wydobywa kontenery, które spadają ze współczesnych kontenerowców. W czasie sztormów źle zabezpieczone kontenery potrafią przesuwać się spaść do morza. Wówczas wysyła się takie firmy na ich poszukiwanie. W świecie nauki tego typu podmioty nie są dobrze widziane, bo łączy się je raczej z poszukiwaczami skarbów niż z badaczami działającymi na rzecz ochrony dziedzictwa kultury.

Ma pan swoją ulubioną piracką historię albo jakiegoś ulubionego morskiego awanturnika?

Przyznam, że te wszystkie opowieści już mi się trochę mieszają. Lubię natomiast oglądać filmy fabularne o historii piratów: serię „Piraci z Karaibów”, starsze filmy jak „Czarny łabędź” czy „Karmazynowy pirat”, a także nowsze produkcje, jak serial „Piraci”. Ten ostatni tytuł jest ciekawy, bo opowiada o republice piratów z Nassau, a jednym z bohaterów był Long John Silver z książki Stevensona. Lubię wyłapywać w takich współczesnych filmach elementy fikcji i prawdy historycznej. Czasami robię to nawet ze studentami na zajęciach. Pokazuję im fragmenty filmów i wyjaśniam, co jest prawdą, a co kompletną fikcją.

W dzieciństwie bardzo fascynował mnie Henry Morgan, ale teraz patrzę na piratów bardziej z punktu widzenia naukowca. Ciekawa była dla mnie ta historia Hiszpana oskarżonego o piractwo – tego człowieka opisałem w artykule naukowym opublikowanym po hiszpańsku. On otworzył mi oczy na to, jak trudne było życie wśród piratów. Opowiadał, że często nie mieli jedzenia, musieli napadać na najmniejsze wioski albo łódki rybackie i kraść ryby czy żółwie poławiane przez rybaków, żeby sami mogli przetrwać. Bardziej interesuje mnie dziś właśnie ta perspektywa niż inspiracja jedną wielką osobowością.

Reklama

Rafał Reichert: W „Piratach z Karaibów” można znaleźć elementy prawdy historycznej

To ile jest w „Piratach z Karaibów” prawdy, a ile fantazji i hollywoodzkiego rozmachu?

Jak najbardziej można znaleźć w tych filmach elementy prawdy historycznej. Na przykład spotkanie piratów, którzy debatują nad wspólną sytuacją i konfliktem z angielską kompanią handlową. W filmie spotykają się na radzie i pojawiają się tam postacie inspirowane historią: turecki pirat Czerwonobrody i chińska cesarzowa piratów Zheng Yi są postaciami autentycznymi. Samo zebranie pokazuje to, co opisywał Exquemelin, czyli rady, na których debatowano nad wspólnym losem. Pojawia się też rum (śmiech). A przecież dziś mamy nawet rum Henry Morgan jako markę. Rum i angielski grog, który dawano marynarzom, to także ważny element tej kultury. Rum pozyskiwano z trzciny cukrowej uprawianej w koloniach karaibskich, a żeby starczył na dłużej, rozcieńczano go wodą. Zaczęto nazywać go grogiem. To także przebija się w historiach pirackich.

Czynnikiem łączącym historię z fantazją jest jednak przede wszystkim pokazanie walki z głównymi siłami – z imperiami i koronami, które narzucają ludziom prawa i obowiązki. Działalność piratów pokazuje, że z dużymi instytucjami posiadającymi kolonie można w jakiś sposób walczyć. Cwaniactwo i kombinatorstwo Jacka Sparrowa najprawdopodobniej zostało zaczerpnięte z historii Bartolomea el Portuguésa opisanej przez Exquemelina. To pirat, który sfingował swoją śmierć. A w filmie mamy przecież historię Jacka Sparrowa, który uciekł z wyspy, płynąc na żółwiach. Bartolomeo opowiadał natomiast, że połączył puste garnki i właśnie tak uciekł Hiszpanom. Te elementy są więc zaczerpnięte z tego, co wiemy o piratach, a potem przeniesione do kina hollywoodzkiego.

Oczywiście w „Piratach z Karaibów” mieszają się różne idee. Kraken jest stworzeniem z mitologii nordyckiej, ale został wrzucony na Karaiby. Na mapach Atlantyku z XVI wieku pojawiały się różne potwory morskie, więc to także jest fantazja dawnych kartografów, która przetrwała w naszej świadomości do dziś.

Reklama

O mundialu przeczytasz również w najnowszym wydaniu Magazynu Zero. Znalazło się w nim ponad 100 stron o mistrzostwach świata – Magazyn zamówisz TUTAJ.

Seria „Piraci z Karaibów” chyba trochę odświeżyła piracką tematykę i symbolikę, ratując ją przed wygaśnięciem w popkulturze.

To bardzo ważne. Musimy pamiętać, że poprzednie znaczące filmy o piratach powstawały mniej więcej w latach 80. Byli „Piraci” Romana Polańskiego – świetny film, polecam go obejrzeć. I „Goonies”, film mojego pokolenia, w którym dzieciaki znajdują piracki skarb. Mieli nawet robić drugą część. Natomiast w latach 90. „piractwo” zostało odromantyzowane i napiętnowane negatywnym znaczeniem: piractwo komputerowe, fonograficzne, podrabiane ubrania i tak dalej. Dlatego wskrzeszenie duszy piratów jako śmiałych awanturników, walczących z imperiami, używających sprytu i przebiegłości, to duży plus filmów Disneya. Uważam jednak, że nie powinno być więcej niż trzech, maksymalnie czterech filmów. Moim zdaniem Disney powinien już tę serię zamknąć. Piracki mit i tak udało mu się przywrócić do życia.

ROZMAWIAŁ: MICHAŁ KOŁKOWSKI

fot. NewsPix.pl / WikiMedia

3 komentarze
Michał Kołkowski

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Mundial 2026

Kapitan Maroka stanie przed sądem! Jest oskarżony o gwałt

Jan Broda
1
Kapitan Maroka stanie przed sądem! Jest oskarżony o gwałt

Mundial 2026

Reklama
Mundial 2026

Kapitan Maroka stanie przed sądem! Jest oskarżony o gwałt

Jan Broda
1
Kapitan Maroka stanie przed sądem! Jest oskarżony o gwałt