Sytuacja przed dzisiejszym starciem wyglądała tak, że Nowa Zelandia nigdy jeszcze nie wygrała meczu na mistrzostwach świata, choć rozegrała ich siedem. Egipt miał na liczniku o jedno spotkanie więcej, ale… zwycięstw tyle samo. W pierwszej kolejce obie te ekipy zremisowały swoje mecze. Dziś każda z nich chciała powalczyć o historyczną wygraną. Udało się zawodnikom z Afryki, którzy potwierdzili starą prawdę – nieważne, jak zaczynasz, ale jak kończysz.
Walka o pierwszy triumf
Szczypta historii? Proszę bardzo. Nowa Zelandia gra na mundialu po raz trzeci. Była na nim w 1982 roku, ale przegrała wszystkie trzy mecze. Była też w roku 2010 i tam z jednej strony zaskoczyła, a z drugiej – znów nie wyszła z grupy i nie wygrała. Równocześnie: nie przegrała! W pojedynkach ze Słowacją, Włochami i Paragwajem niezmiennie remisowała. Z jednej strony to historyczne wyniki, z drugiej – gdyby choć jeden z tych meczów wygrali, to awansowaliby dalej.
Egipt swój debiut mundialowy zaliczył już w 1934 roku! Nie grano wtedy w grupach, więc cała ta przygoda skończyła się dla Faraonów po jednym meczu, w 1/8 finału. Było to jednak dobre spotkanie, a Egipcjanie rzucili wyzwanie Węgrom. Madziarzy prowadzili co prawda od 31. minuty już 2:0, ale wtedy w ledwie pięć minut (35. i 39.) dwa gole strzelił Abdelrahman Fawzy, pierwszy gracz z Afryki, który trafił do siatki na mundialu. Europejska ekipa ostatecznie wygrała 4:2, ale Egipcjanie zostawili po sobie dobre wrażenie… które trwało 56 lat.
Na mundial wrócili bowiem w 1990 roku. Grali (znowu) dobrze – sensacyjnie urwali remis Holandii, potem na zero i z tyłu, i z przodu zagrali z Irlandią, ale w ostatnim, kluczowym meczu przegrali z Anglią. Tylko 0:1, znaczyło to jednak, że z grupy nie wyjdą. Przyszłość rysowała się jednak w jasnych barwach… ale tylko na papierze. rzeczywistość była inna, bo Egipt na mundial wrócił dopiero w 2018 roku – ze złotym pokoleniem i wielkim Mohamedem Salahem, choć wracającym po doznanym w finale Ligi Mistrzów urazie. I zarówno Salah, jak i cała ekipa Faraonów grali piekielnie słabo.
Przegrali z Urugwajem na otwarcie, potem zebrali baty od Rosji, a na koniec dobiła ich Arabia Saudyjska. Trzy mecze, trzy porażki i naprawdę, ale to naprawdę kiepska gra. Wielkie rozczarowanie, którego nawet nie mogli naprawić w 2022 roku, bo na mundial się wtedy nie dostali. Ale Nowa Zelandia też nie – ona czekała od 2010 roku.
Traf chciał, że obie te – niespełnione – ekipy wróciły na mistrzostwa teraz i trafiły do jednej grupy. W pierwszej kolejce Egipcjanie zremisowali 1:1 z Belgią, a Nowozelandczycy 2:2 z Iranem. Obie reprezentacje mogły być rozczarowane, bo w swoich meczach prowadziły, ale przewagę roztrwoniły.
Ale jeśli nie udało się wtedy… to jedna z nich musiała w końcu wygrać w bezpośrednim starciu, prawda?
Nowa Zelandia miała plan. I do przerwy działał
Pierwsza połowa? Znakomita w wykonaniu Nowej Zelandii, serio. Nie grali może porywającego futbolu, ale doskonale neutralizowali wszystkie najgroźniejsze atuty Egiptu, na czele z Mohamedem Salahem, rzecz jasna. Ten był dobrze pilnowany, często podwajany, nie miał jak urwać się obrońcom. Nowozelandczycy grali uważnie w defensywie, nie bali się wchodzić w pojedynki, a z przodu próbowali przedostawać się pod bramkę rywal szybkimi atakami, często rozgrywanymi dłuższymi podaniami.
No i mieli jeszcze stałe fragmenty gry. To jeden z nich okazał się istotny.
W 15. minucie do narożnika boiska podszedł Tim Payne. Zacentrował idealnie, ale jeszcze lepiej obrońców zgubił w polu karnym ich kolega po fachu – Finn Surman. Nie dość zresztą, że się urwał, to i wyskok do piłki, i jej uderzenie głową – wszystko się w tej jego akcji zgadzało. Bramkarz był bez szans, a Nowa Zelandia prowadziła. I choć w dalszej części pierwszej połowy nie ustrzegli się podopieczni Darrena Bazeleya kilku mniejszych błędów (zarobili za nie między innymi dwie żółte kartki), to zdawało się, że doskonale wiedzą co robić i jak wytrącać rywali z rytmu, by przewagę utrzymać.
Nowa Zelandia bawi się na mundialu 🤌⚽️ pic.twitter.com/K5M2scNB7y
— TVP SPORT (@sport_tvppl) June 22, 2026
Do przerwy Egipt był bezzębny, nie wywiązywał się z roli faworyta. A Nowozelandczycy zrobili co do nich należało: zagrali na zero z tyłu, wykorzystali okazję z przodu. Prowadzili i mogli być naprawdę zadowoleni ze swojej postawy.
Druga połowa? Lepszy Egipt. I skuteczny
Możliwe, że jeśli ktoś jest z kraju o historii sięgającej mileniów, z budowlami starszymi niż wiele innych cywilizacji, to uczy się cierpliwości. Egipcjanie mieli jej ostatecznie w tym meczu dużo, ale to też nie tak, że czekali na cud – sami sobie pomogli. Po przerwie wyszli na boisko z zupełnie innym nastawieniem – byli bardziej waleczni, żywsi, mobilni. Coraz częściej i częściej sprawiali problemy rywalom, których ratować musiał momentami Max Crocombe w bramce.
Gołym okiem było jednak widać, że to Faraonowie grają lepiej. Hossam Hassan ewidentnie natchnął ich w szatni – czy groźbami, czy zachętami, czy podniosłą przemową, to nie nam oceniać. W każdym razie: zadziałało, ewidentnie.
Niemniej to wciąż Nowa Zelandia była na pole position do wygranej i co jakiś czas próbowała nawet podwyższyć prowadzenie. Ale w komfortowej sytuacji znajdowała się tylko do 58. minuty. Wtedy z prawej strony boiska dośrodkował piłkę Hany i była to centra idealna, wprost na głowę wchodzącego w szesnastkę Ziko. Ten przyłożył równie dobrze, co Surman w pierwszej połowie i choć Crocombe zdążył instynktownie interweniować, to piłka po jego ręce wpadła jednak do siatki. Od tego momentu rozpoczęła się powolna destrukcja ekipy z Oceanii.
Nowozelandczycy nie nadążali – tak to można najłatwiej opisać. Rywale ewidentnie zaskakiwali ich zmianami pozycji, szybkim rozgrywaniem piłki i generalnie ruchliwością. I w końcu, w 67. minucie, do głosu doszedł ten największy. Mohamed Salah wjechał z piłką w pole karne, zagrał na zgranie z Ziko, a potem z lewej nogi zawinął spokojnie, po dłuższym słupku. Egipt wyszedł na prowadzenie… i nie zwolnił. No i słusznie, że tego nie zrobił – w 82. minucie Salah znów bowiem miał swój moment.
„𝐊𝐓𝐎 𝐉𝐀𝐊 𝐍𝐈𝐄 𝐎𝐍?!” 🔥 pic.twitter.com/a8bvNyDt3z
— TVP SPORT (@sport_tvppl) June 22, 2026
Tym razem asystował, a jego dobrą centrę z rzutu rożnego na gola świetnym szczupakiem zamienił Trezeguet, który ledwie pięć minut wcześniej wszedł na boisko. Było zresztą widać, jak wiele znaczy dla niego ten gol – ewidentnie był po nim wzruszony. Było to też trafienie, które przypieczętowało wygraną Egiptu, pierwszą w historii na mistrzostwach świata. A mogło, może nawet powinno być wyżej – Faraonowie zmarnowali bowiem jeszcze kilka dobrych okazji na strzelenie gola (ale i Nowozelandczycy mieli ze dwie albo i trzy, ale świetnie bronił Mostafa Shobeir).
Trudno nazwać to inaczej niż wygraną zasłużoną. Egipt był w tym meczu lepszy, Egipt więc wygrał. A Nowa Zelandia na premierowy mundialowy triumf musi jeszcze poczekać. Jeśli chce wyjść z grupy – ten musi nastąpić w ostatniej kolejce, w starciu z Belgią.
Zmiany:
Legenda
Ocena meczu: 4/6
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix