Rosjankom nie podaje ręki, zagra ze Świątek. Kim jest Marta Kostiuk?

Sebastian Warzecha

31 maja 2026, 08:08 • 12 min czytania 10

Reklama
Rosjankom nie podaje ręki, zagra ze Świątek. Kim jest Marta Kostiuk?

Jeszcze na początku tego sezonu zastanawiała się, czy nie skończyć z tenisem. Teraz przeżywa najlepszy okres w karierze, choć w cieniu wciąż trwającej wojny w jej rodzinnym kraju, którego stała się ambasadorką. Z Igą Świątek do tej pory nie ugrała nawet seta, ale dziś będzie mieć powody, by w siebie wierzyć. A w rozpracowaniu Igi pomoże jej polska trenerka, Sandra Zaniewska. Czy Marta Kostiuk zagrozi Świątek?

Reklama

Marta Kostiuk w najlepszym punkcie kariery. Może pokonać Igę?

Trwający sezon w wykonaniu Marty Kostiuk dzieli się tak naprawdę na dwa okresy. Ten pierwszy – gry na twardych kortach – trwał od stycznia do marca. Ukrainka wygrała w nim sześć meczów, przegrała cztery. Dobrze poszło jej na turnieju w Brisbane, doszła tam do finału, pierwszego w cyklu WTA od 2024 roku, czwartego w karierze. Potem jednak było znacznie gorzej.

W Australian Open grała z urazem i odpadła już w I rundzie, po kapitalnym meczu z Elsą Jacquemot, zakończonym trzema tie-breakami. Odpuściła turnieje na Bliskim Wschodzie, doleczyła się. Poleciała potem do Indian Wells i Miami. Tam wygrywała swoje pierwsze spotkanie, ale w obu przypadkach trafiała potem na Jelenę Rybakinę.

A Kazaszka była w formie. I dwa razy nie dała Marcie szans.

Reklama

Te pierwsze miesiące to dla Kostiuk okres pełen wątpliwości, trwających zresztą nawet dłużej. W grudniu Marta grała pokazowy mecz w Indiach z rodaczką, Eliną Switoliną. Przegrała. Mogłoby się zdawać, że skoro to pokazówka, to nie powinno jej to obejść. Ale z jakiegoś powodu był to dla niej moment krytyczny. Przyszła wtedy do trenerki i, jak wspominała na łamach „New York Times”, stwierdziła, że nie wie, jak długo może tak grać.

Dotknęłam dna. Powiedziałam Sandrze [trenerce], że czuję się, jakbym dosłownie zrzucała skórę, że ona schodzi, a ja czuję, że muszę ją zerwać. To bolesny proces, chciałam powiedzieć o wielu rzeczach, które trudno przepracować. Pamiętam, że myślałam rzeczy jak: „Nie wiem, jak długo mogę sobie z tym radzić, bo to zrzucanie trwa od czterech lat, a warstwa po warstwie nadchodzi więcej”. Czułam, że dochodziłam do punktu, w którym spróbowałam wszystkiego.

Marta mówiła, że jeśli rzeczy nie „zaskoczą”, to będzie chciała skończyć z tenisem. Powtórzyła to potem jeszcze raz, po tej serii słabszych rezultatów. Trenerka mówiła jej, że nie ma powodów, by w siebie wątpić, bo wszystkie analizy pokazują, że powinna być już w TOP 10, że gra dobrze. Kostiuk jednak pytała: „Dobrze, Sandra, wspaniale – ale gdzie są wyniki?”. Rezultatów bowiem nie było, Marta była 28. w rankingu światowym. Jak to ujęła: „matematyka nie matematykuje”.

W końcu jednak liczby zaczęły się zgadzać. W tym drugim sezonie – na mączce.

Reklama

Pierwszy mecz na tejże rozegrała w 2026 roku w Gliwicach. Przyjechała na starcie w Billie Jean King Cup. Polska – Ukraina. Zagrała wtedy z Magdą Linette, oddała Polce cztery gemy. I od tamtej pory… nie przegrała! W tym momencie ma serię 15 wygranych z rzędu. Wygląda to tak:

BJK Cup:

  • vs Magda Linette (WTA 55) 6:4, 6:0

Rouen (WTA 250):

  • 1/16 vs Diane Parry (100) 6:1, 6:4
  • 1/8 vs Cate McNally (71) 2:6, 6:2, 6:1
  • 1/4 vs Ann Li (36) 6:0, 6:7 (4), 6:3
  • 1/2 vs Tatjana Maria (63) 6:3, 6:0
  • F vs Veronika Podrez (209) 6:3, 6:4

Madryt (WTA 1000):

Reklama
  • 1/32 vs Julia Putincewa (80) 6:1, 6:3
  • 1/16 vs Jessica Pegula (5) 6:1, 6:4
  • 1/8 vs Cate McNally (76) 6:2, 6:3
  • 1/4 vs Linda Noskova (13) 7:6 (1), 6:0
  • 1/2 vs Anastasija Potapowa (56) 6:2, 1:6, 6:1
  • F vs Mirra Andriejewa (8) 6:3, 7:5

Roland Garros (Wielki Szlem):

  • 1/64 vs Oksana Sielechmietjewa (88) 6:2, 6:3
  • 1/32 vs Katie Volynets (108) 6:7 (4), 6:3, 6:3
  • 1/16 vs Viktorija Golubic (82) 6:4, 6:3

Do Rouen pojechała, bo wspólnie z trenerką uznały, że potrzebuje turnieju, w którym zostanie dłużej w grze i gdzie będzie grała jako faworytka, żeby obyć się z taką presją. Zadziałało idealnie, bo z tej roli wywiązała się w pełni. I rozpędzona tym – drugim w karierze, a pierwszym od ponad trzech lat – turniejowym triumfem, od razu odniosła drugi. W Madrycie, imprezie rangi WTA 1000. Takiego sukcesu nie odniosła nigdy wcześniej, weszła na nieznane sobie terytorium.

Odpuściła potem Rzym, miała drobne problemy zdrowotne, doskwierało jej biodro. Wolała zadbać o siebie, przygotować się do Roland Garros. Okazało się to trafnym wyborem, bo w pierwszych trzech rundach nie oddała na razie rywalkom nawet seta.

Reklama

Oczywiście, można Kostiuk zarzucać, że większość z zawodniczek, które pokonywała, to rywalki z niższych miejsc. Patrząc jednak na niespodzianki z French Open, może jednak się nie powinno? A poza tym na liście pokonanych ma Diane Parry (właśnie doszła w Paryżu do IV rundy, zagra z Mają Chwalińską), Jessicę Pegulę, Lindę Noskovą, Anastasiję Potapową (wyeliminowała z RG Coco Gauff) czy Mirrę Andriejewą.

W tych 15 meczach średnia pozycja jej rywalki w rankingu – w momencie rozgrywania spoktania – to 70. miejsce, owszem. O 10 lokat zaniża jednak tę średnią niespodziewana finalistka z Rouen, czyli Veronika Podrez. Nisko notowana była też Parry, która teraz w rankingu podskoczy, podobnie Potapowa. Generalnie – nie ma czego Marcie odbierać. Na mączce gra w tym roku koncertowo. I już na pewno nie myśli o kończeniu kariery.

Z drugiej strony: że takie myśli się pojawiały, dziwić nie może. Bo choć Kostiuk ma niespełna 24 lata, to jej kariera trwa już naprawdę długo.

Nastoletni fenomen

Rok 2018. Australian Open. Marta Kostiuk przechodzi kwalifikacje, wchodzi do głównej drabinki, a w niej – do trzeciej rundy. Niby nic niezwykłego, każda młoda tenisistka, która marzy o wielkości, musi taki moment zaliczyć. Debiutancki awans, debiutancki Szlem i tak dalej. Jest tu jednak pewien drobny szczegół.

Reklama

Ukrainka ma wtedy 15 lat.

Z miejsca sypią się artykuły, materiały wideo i wywiady. No i wyliczenia statystyków, rzecz jasna. „Najmłodsza od…” to hasło powtarzane wobec Kostiuk wtedy wręcz nałogowo. Sypią się porównania do Moniki Seles, choć te najbardziej popularne przyrównywały ją do Martiny Hingis – też niezwykłej nastolatki. Czas pokazał jednak, że Kostiuk nie poszła drogą ani jednej, ani drugiej. Choć zdawało się, że może.

Wypowiadała się bowiem jak bardzo dojrzała tenisistka. Potencjał ewidentnie miała ogromny. Świetnie potrafiła prowadzić grę, jej forehand już wtedy wyglądał doskonale. Miała zbudowany wokół siebie świetny team, którego centralną postacią była matka, była zawodniczka, potem trenerka, ale wspomagał Martę między innymi Ivan Ljublicić, współpracujący wtedy z Rogerem Federerem. Wszystko się tam składało, serio.

Reklama

Kostiuk jednak nie weszła rozpędem do światowej czołówki. Granicę najlepszej setki rankingu WTA przebiła dopiero na sam koniec 2020 roku. Jasne, pewnie trochę przeszkodziła pandemia, ale to jednak całe trzy sezony od występu w Australii. TOP 50 – równiutko, co do miejsca – przyszło rok później. Ale w 2022 roku, gdy wychodziła z wieku nastoletniego, spadła o kilkanaście pozycji.

Po czasie twierdziła, że wynikało to między innymi z przepracowania. Była niezwykle energiczna, chwytała się stu rzeczy naraz, uwielbiała trenować. Nadal tej energii ma sporo, ale potrafi ją dziś ukierunkować. A wtedy? Miała z tym problem. Do tego „uciekły” jej nastoletnie lata, od dawna czuła się jak dorosła, nawet gdy była jeszcze dzieckiem. Z perspektywy lat uznała, że to też było problemem. W 2022 roku doszło do niej, że ma problemy psychiczne, zdecydowała się na terapię.

Pomogło. Zaczęła się dźwigać.

Jednak dopiero niedawno stwierdziła, że nie ciążą już jej te wczesne sukcesy, że uwolniła się od tamtej łatki nastoletniego fenomenu. Oczywiście, stało się to częściowo przez to, że… jej nie potwierdziła. To jednak też ciążyło, trwała w poczuciu, że nie wykorzystała swoich szans. Teraz jednak – jak mówi – w końcu jest wolna. I tę wolność dało się zauważyć na korcie, zwłaszcza w Madrycie.

Reklama

Choć w tej układance kilka lat temu pojawił się jeszcze jeden niezwykle ważny element.

Polsko-ukraińskie porozumienie

Ten element to Sandra Zaniewska. Kiedyś tenisistka, całkiem niezła zresztą – doszła do 142. miejsca na świecie i zaliczyła występ w turnieju wielkoszlemowym, bo przeszła kwalifikacje do Wimbledonu 2012. Miała wtedy 20 lat. Już kilka sezonów później skończyła jednak karierę. I właściwie z miejsca przeszła do trenowania. Niespodziewanie nawet dla niej.

Wszystko się bowiem tak złożyło, że gdy w 2017 roku schodziła z kortu, to jej znajoma, Petra Martić, wracała po kontuzji. Chorwatka odezwała się do niej, powiedziała, że lubi spojrzenie Zaniewskiej na tenis i zaproponowała posadę trenerki. Polka postanowiła skorzystać.

Doświadczenie zawodnicze bardzo jej się przydało. Mówiła potem wielokrotnie, że przede wszystkim starała się zrozumieć swoją zawodniczkę i dostosować trening do niej, bo sama wiedziała, że wielu trenerów staje się dyktatorami, a nie partnerami w teamie. Z Martić Zaniewska pracowała kilka sezonów. Potem na chwilę była trenerką Alize Cornet. Szybko weszła więc do „obrotu”. Potem trafiła na dwa lata do Akademii Patricka Mouratoglou, gdzie zajmowała dyrektorskie stanowisko.

Reklama

A w 2023 roku trafiła się okazja. Niezwykle utalentowana dziewczyna, wciąż na początku tenisowej drogi. Świetnie się poruszająca, mająca niezwykłą tenisową intuicję, potrafiąca zagrać na korcie właściwie wszystko. Ale tez zawodniczka mająca problemy ze zrealizowaniem swojego potencjału. Zwała się Marta Kostiuk i szukała kogoś, kto pomoże jej ten potencjał urzeczywistnić.

Zaniewska podjęła się wyzwania. Dołączyła do sztabu Ukrainki.

Obie niemal natychmiast złapały nić porozumienia.

Jesteśmy bardzo podobne. Marta przypomina mi mnie, gdy byłam młodsza. Jesteśmy w stanie porozumieć się na „głębokim” poziomie, a to kreuje wzajemne zaufanie. Marta ma dużo energii, jest bardzo podekscytowana życiem i wciąż bardzo młoda. Równocześnie jednak to dojrzała osoba, mogę z nią prowadzić wspaniałe rozmowy – mówiła Zaniewska portalowi Tennis.com.

Reklama

Wiadomo jednak, że to sprawy wewnętrzne. Ale w tenisie liczy się to, co na zewnątrz, czyli – wyniki. Zaniewska wielokrotnie podkreślała, że najbardziej dumna jest z postępów Kostiuk, z jej rozumienia tenisa, rozwijanych umiejętności. Jednak rezultaty ostatecznie muszą to potwierdzać. I faktycznie, zaczął się powolny, ale jednak marsz Ukrainki ku górze.

W roku 2024, po kilku niezłych turniejach, wspięła się nawet na moment na 16. miejsce w rankingu, a sezon kończyła jako 18. tenisistka świata. Sezon później była 26. W tym roku osiągnęła – po Madrycie – nową życiówkę, wskakując na 15. miejsce. To jeszcze nie wspominane TOP 10, ale już blisko, bliziutko. Jest też szansa, że w kolejnym zestawieniu będzie jeszcze bliżej dyszki. A może nawet – choć do tego potrzebuje kolejnych wygranych – tam wejdzie.

W każdym razie: Zaniewska i Kostiuk współpracują już trzy lata i nadal dobrze się dogadują. Polka docenia, że Kostiuk dzieli się z nią emocjami, że otwarcie rozmawiają o wszystkim. Marta ceni sobie rady Sandry i przy każdej okazji podkreśla, że ta bywa dla niej jak druga matka i że jest w jej teamie nieoceniona. Bo oprócz pracy czysto trenerskiej, czuje też jej wsparcie w rzeczach, które wykraczają poza tenis.

Reklama

A w przypadku Kostiuk te też są bardzo istotne.

Rosjankom ręki nie podaje

To był dzień jej pierwszego meczu na tegorocznym Roland Garros. Rano dostała wiadomość: blisko jej rodzinnego domu spadły rosyjskie pociski. Najbliższy – sto metrów dalej. Tyle zabrakło, żeby straciła rodziców. – To był jeden z najtrudniejszych meczów w mojej karierze. Niezwykle trudny poranek. Nie wiedziałam, jak ten mecz będzie wyglądał. Nie wiedziałam, jak sobie poradzę. Cały ranek płakałam – mówiła.

Podkreślała jednak, że chciała grać, walczyć. I że przykładem są dla niej jej rodacy.

Obudziłam się i spojrzałam na tych wszystkich ludzi, którzy wstali i nadal żyli swoimi życiami, pomagali ludziom w potrzebie. Wiedziałam, że będzie tu dziś [na trybunach] sporo ukraińskich flag i wielu Ukraińców przyjdzie mnie wspierać. Moi przyjaciele też przyszli. Jestem szczęśliwa, że ich tu mam – dodawała.

Reklama

Marta sama odczuwa grozę wojny. To nie tak, że skoro mieszka w Monako, to nie wraca w rodzinne strony. Wraca, była nawet w tym roku. Zwykle leci do Polski, a z niej czeka ją kilkunastogodzinna podróż samochodem. O tegorocznej podróży mówiła, że gdy była w domu, miała myśli samobójcze, że trudno jest jej godzić się z wciąż trwającą inwazją. Trudno też wytrzymać napięcie, bo w Ukrainie pozostała jej rodzina. Owszem, gdy wojna się zaczęła, ściągnęła rodziców do siebie. Ale ci w Monako się nie odnaleźli i wrócili.

Sto metrów zdecydowało, że nadal ich ma. Ale czy zawsze to oni będą mieli szczęście?

Reklama

Nie wie tego, dlatego żyje w ciągłym napięciu. – Żyjesz z dnia na dzień. Nie ma stabilności. W niektóre dni jest w porządku, w inne jest gorzej – opisywała swoje odczucia. Jak wiele innych ukraińskich zawodniczek, zdecydowała od samego początku, że skoro Rosjanki i Białorusinki nie zostały wykluczone, to jej formą sprzeciwu będzie nie podawanie im rąk przed i po meczu. Wyjątek zrobiła dla Darii Kasatkiny, ale dopiero gdy ta zmieniła finalnie narodowość i stała się Australijką.

Ale Kasatkina od początku Ukraińców wspierała i sprzeciwiała się Władimirowi Putinowi. Zdobyła sobie tym szacunek Marty i jej rodaków.

Są też jednak przykłady inne. Gdy Kostiuk grała w finale w Brisbane, nie podziękowała za mecz Arynie Sabalence, nie było podania sobie rąk. Owszem, Białorusinka wypowiadała się w przeszłości za pokojem, ale robiła to bardzo ogólnikowo, zdaniem Marty – byle odhaczyć PR-owy punkt, ale nie narazić się rodakom i białoruskim władzom. Mówiła też o tym, że jej decyzja o braku podziękowań ma szerszy kontekst.

Nigdy nie miałam problemu, niezależnie od wyniku meczu, z podziękowaniami dla rywalki. Teraz jednak, gdy jestem na tej scenie i udzielam przemowy, chcę kierować słowa do rodaków w Ukrainie, którzy są bombardowani niemal codziennie przez Rosję i Białoruś. Ludzie giną, ludzie cierpią. To straszna, straszna sytuacja. Moje serce jest z nimi – mówiła.

Reklama

Zdarzało się, że z powodu braku podziękowań była nawet wybuczana przez publikę. Też zresztą w meczu z Aryną Sabalenką, ale przed kilkoma laty, co zaskoczyło… nawet Białorusinkę. Marta uznaje jednak, że to jej mały wyraz sprzeciwu, ale i tego wspomnianego połączenia z rodakami. Że w ten sposób może przypominać o walce Ukraińców.

A ostatnio coraz częściej dostaje też okazje, by robić to po wygranych meczach i turniejach. Jest ambasadorką swojego kraju na naprawdę dużych scenach. Mówiła o Ukrainie w Australii, mówiła w Hiszpanii, teraz robi to we Francji.

Jej tenis pozwala jej przemawiać. Przekonamy się, czy po meczu z Igą Świątek też udzieli wywiadu na korcie, jako zwyciężczyni.

Przed Igą? Wierzy w siebie

Grały ze sobą trzy razy. Po raz pierwszy – właśnie w Paryżu, pięć lat temu. Potem był półfinał Indian Wells w 2024 roku i, kilka miesięcy później, III runda w Cincinnati. Wszystkie te mecze wygrała Iga Świątek, wszystkie do zera. Łącznie straciła w nich ledwie 14 gemów. Do tego raz – w zeszłym sezonie – Kostiuk poddała mecz walkowerem z powodu urazu.

Reklama

Generalnie więc bilans jest dla Ukrainki maksymalnie niesprzyjający.

Ale obecnie to inna Marta Kostiuk. Lepsza. Solidniejsza. Świadoma swoich umiejętności i w najlepszej formie w karierze. Sama mówi, że na mecz z Igą jest podekscytowana, że czuje, że może powalczyć. Chce się tym spotkaniem cieszyć, bo na kortach w Paryżu Świątek musi być faworytką. I to w sumie słuszne podejście – jeśli Ukraince faktycznie uda się złapać luz, to kto wie – może Igę zaskoczy?

Na pewno ma na to największe szanse w karierze. Nigdy wcześniej nie była Igi tak blisko w rankingu, gdy się ze sobą mierzyły. Nigdy wcześniej nie była w okresie tak kapitalnej serii. I nigdy wcześniej nie osiągała takich sukcesów jak ten z Madrytu.

Reklama

Niezależnie od wyniku jedno jest pewne – Idze akurat rękę poda. Biorąc pod uwagę działania Świątek w sprawie pomocy Ukrainie, to nawet z przyjemnością.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Reklama
10 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama