Zakochałem się w tenisie na nowo. Po 20 latach oglądania tego sportu, gdy myślałem, że to już w sumie niemożliwe, znów poczuć się jak dzieciak, co właśnie odkrył ten sport. Mam nadzieję, że wy też to zakochanie poczuliście, choć po części. Bo mecz Mai Chwalińskiej z Dianą Sznajder od tego był. To był tenis piękny, tenis fantastyczny, tenis, który chce się oglądać. Tym bardziej w dobie zawodniczek, co stawiają na siłę. Tutaj siły było mniej, ale wszystkiego innego – o wiele więcej. Tenisowe uniesienie, po prostu.
Maja Chwalińska i tenis, w którym można się zakochać
Wciąż mam problem, żeby zrozumieć, jak to się stało, że Maja Chwalińska jest w finale Roland Garros. Nie chodzi o skalę talentu czy możliwości – Maja zawsze miała obie te rzeczy wysokie. Jednak ta historia jest tak zaskakująca, że trudno to wszystko, co się w minione trzy tygodnie stało, jakoś przetworzyć. Problemy ma sama Maja. Problemy mają osoby z jej sztabu. Więc nie dziwi, że ktoś, kto patrzy na to z zewnątrz, też będzie mieć.
Ale ja w sumie nie o tym. Ja o tenisie, grze Mai Chwalińskiej.
Bo to tenis do zakochania. Na zabój wręcz. Owszem, jest przy tym taki, że dla niektórych nudny, ale dla tych, co lubią sobie pooglądać grę inną, mniej już używaną – no jest to tenis fantastyczny. W obecnym świecie kobiecych rozgrywek, gdzie liczy się to proste (a czasem wręcz prostackie) „siła razy ramię” jest to też przede wszystkim tenis po prostu niecodzienny. A brakuje takiego, oj jak brakuje. Są jeszcze pojedyncze czarodziejki – Karolina Muchova na przykład, wcześniej Ons Jabeur czy Ash Barty – ale momentami wydaje się, że to gatunek dążący do wyginięcia.
A szkoda.
Bo można tę grę Mai sprowadzać do prostego przebijania, odgrywania wysokimi piłkami, które mają odrzucić rywalkę od linii. Można sugerować, że nadaje się tylko na mączkę, ale to nieprawda. To tenis piękny i niezwykle zniuansowany. Chwalińska na korcie wyrasta przede wszystkim na wielką myślicielkę tego sportu. Taką, że żadne AI tu nie podoła, to nie Deep Blue vs Kasparow, choć blisko jest temu do szachów na korcie.
Tu jednak liczy się jeszcze jedna rzecz – niesamowita intuicja. To, w połączeniu ze wszystkimi innymi elementami, ją w dużej mierze Maja wykorzystuje do pokonywania rywalek.
I to ona sprawia, że może grać tak pięknie.
Wielki mecz. Z obu stron
Wiele z przeciwniczek Chwalińskiej na Roland Garros nie wiedziało, co na korcie się dzieje. Bo jak to jest, że wyszła na kort ta mała Polka i gra znacznie wolniej niż 95 procent tenisistek, a gra się z nią… trudniej? Co się dzieje? O co w tym wszystkim chodzi? Oglądając kolejne mecze można nie tyle odnieść wrażenie, że w pełni doceniały inne zawodniczki tę grę Chwalińskiej dopiero, gdy zmierzyły się z nią same. Ale przed telewizorami też wypadało – należało wręcz – ją docenić.
Choć do meczu z Dianą Sznajder było to docenianie na zasadzie „ależ ona je rozmontowuje”. Teraz? Teraz wszystko się zmieniło. Jeśli ktoś, kto nie interesuje się na co dzień tenisem, włączył ten mecz, to mógł się zakochać.
Bo Chwalińska i Sznajder znakomicie się uzupełniały, komplementowały swoją grę. Diana była w stanie dotrzymywać Mai kroku i też się pobawić. Skróty, slajsy, zmiany tempa, przejmowanie inicjatywy, znakomita defensywa – to wszystko widzieliśmy z obu stron. Może jedynie w lobach królowała Maja, ale to nie dziwi, bo – o rany – jak ona gra te loby. A to też nieco zapomniana sztuka. Zwabić kogoś do siatki, a potem wykończyć lobem? Tego obecnie używa się rzadko. Jeśli już, to mija się po prostu nad siatką.
A Maja jakby wszystko robiła na przekór, jakby chciał grać inaczej, pokazać, że potrafi. I że w sumie ten archaiczny nieco już tenis, jakby wyjęty sprzed kilku dekad temu – choć z wieloma „nowoczesnymi” cechami – da radę na najwyższym poziomie. I daje.
Ja wierzę, liczę wręcz, że ktoś się tym zainspiruje. Że jakaś kolejna młoda zawodniczka uzna, że to może być jej droga.
Bo o rany, jak tego czasem brakuje!
Magia tenisa kryje się właśnie w takiej grze. Potrzebne są takie zawodniczki i tacy zawodnicy. Potrzebni są ludzie, co potrafią wyczarować na korcie wszystko. Oglądając to spotkanie Mai z Dianą, poczułem się, jak cofnięty o 20 lat do tyłu – jak ten krytyk z „Ratatuj”, co wrócił do dzieciństwa. Bo właśnie 20 lat temu, mniej więcej, akurat zakochiwałem się w tenisie. Dla mnie tym magnesem był Roger Federer, jego elegancja i niesamowite umiejętności. W Mai więcej jest walki, więcej charakteru, mniej za to ofensywnej gry (choć potrafi, a jakże!), ale czarować potrafi momentami równie dobrze, jak i robił to Roger.
Albo Agnieszka Radwańska. To pewnie lepsze porównanie.
Bitwa tenisowych umysłów
Wróćmy jednak do samego meczu, bo ten półfinał był magiczny.
Właściwie co punkt myślałem, że lepiej już zagrać nie mogą, a one podnosiły poziom. To była partia szachów – wróćmy do tej analogii – ale takich, w których ruchy wykonuje się w zasadzie równocześnie. Nie chodziło tylko o to, która przebije piłkę celniej czy szybciej. Liczyło się również – a może przede wszystkim? – która zrobi to tak, że zaskoczy rywalkę. Bo zmieni tempo, rotację, odegra skrótem czy w ogóle w inną stronę. Bez tego zaskoczenia właściwie trudno było wygrać jakąkolwiek wymianę.
I dlatego z mojej perspektywy to był tenis kompletny. A przez to – niezwykle ożywczy.
Bo można oglądać i podziwiać Arynę Sabalenkę, podobnie jak podziwiało się Igę Świątek w szczycie formy. Tak samo znakomicie ogląda się Jelenę Rybakinę czy Coco Gauff w najlepszej dyspozycji. Ale choć one wszystkie różnią się detalami, to ogólne założenie ich tenisa jest dość podobne – grać szybko, kątowo i „wybiegać” rywalkę, szukając winnera. Najbardziej cofa się od tego Coco, bo lubi defensywę, ale w wielu meczach przejmuje jednak inicjatywę.
Niesamowicie ożywczy tenis, cudownie wypada to zestawienie akurat tych dwóch zawodniczek.
U kobiet coraz bardziej szło wszystko w stronę „kto mocniej przylutuje”, a tutaj proszę – pokaz tego, jak ten sport może pięknie wyglądać ❤️
— Sebastian Warzecha (@sebwarzecha) June 4, 2026
Tutaj to była wielka rozgrywka innego rodzaju. Dwa tenisowe umysły, dwie profesorki, a tylko jedno wolne stanowisko dziekanki na tym tenisowym uniwersytecie do obsadzenia. Trwała więc ich debata. Punkt po punkcie przerzucały się argumentami, coraz to bardziej celnymi, coraz lepiej skonstruowanymi, a przy tym jakaż to była retoryka, jakie oratorskie mistrzostwo.
Ostatecznie jednak stało się, co się musiało stać – jedna kilka razy przestrzeliła, a druga nie chciała się w swojej argumentacji pomylić.
I to jest w sumie cała ta różnica, a w niej – całe piękno i rozpacz tenisa. Taki mecz – tak genialny mecz! – rozstrzygnął się w zasadzie kilkoma błędami. W przedostatnim i finalnym gemie było przecież kilka punktów, które nie były winnerami, a pomyłkami Diany, w zasadzie prostymi. Jednak to była tylko ostateczna wynikowa tego, co wcześniej. Ponad dwóch godzin tenisa na najwyższym poziomie. I ponad dwóch godzin wielkiego wysiłku z obu stron – fizycznego i psychicznego. Bo pracowały w tym meczu nie tylko nogi i ręce. Pracowały też mózgi.
A kibicom – serca. Bo jeśli ktoś po takim meczu nie zakochał się w tenisie po raz pierwszy albo nie rozkochał na nowo, to chyba tego serca nie ma.
SEBASTIAN WARZECHA
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix