Maja Chwalińska dziesiąta. A jacy Polacy przed nią w 1/4 Szlemów?

Sebastian Warzecha

02 czerwca 2026, 21:29 • 13 min czytania 7

Reklama
Maja Chwalińska dziesiąta. A jacy Polacy przed nią w 1/4 Szlemów?

Wbrew pozorom i temu, że tenis przez wiele lat w Polsce niemal nie istniał, to zebrało nam się już nieco ćwierćfinalistów turniejów wielkoszlemowych. Maja Chwalińska jest bowiem dziesiątą osobą w historii naszego singla, która dochodzi tak daleko. A kto grał tam przed nią? Jak daleko dochodzili jej poprzednicy i poprzedniczki? Przedstawiamy zestawienie wszystkich Polaków, którzy osiągnęli taki sukces.

Reklama

Maja Chwalińska i cała reszta. Polscy ćwierćfinaliści Szlemów

Jadwiga Jędrzejowska. Pierwsza wielka

Jadwiga Jędrzejowska

Fot. Newspix

Każda opowieść o polskim tenisie i jego sukcesach zaczyna się od Jędrzejowskiej właśnie. Wielka postać międzywojennego tenisa ćwierćfinał osiągnęła na każdym turnieju wielkoszlemowym… w którym grała. Nigdy bowiem nie poleciała do Australii – tamtego Szlema na ogół wówczas wśród europejskich graczy unikano – i prawdopodobnie tylko przez to nie ma kompletu. Natomiast poza tym była znakomita.

Reklama

Na tyle, że nie tylko dochodziła do ćwierćfinału w Paryżu, Londynie i Nowym Jorku, ale w każdym z tych turniejów zrobiła to minimum dwa razy, a na Wimbledonie nawet pięciokrotnie. Do tego: wszędzie szła dalej i wszędzie – po razie – zagrała w finale. Do tych decydujących meczów nie miała, niestety, szczęścia, ale trzy finały wielkoszlemowe pozostawały polskim rekordem do 2022 roku.

Jędrzejowska miała też pecha z innego powodu – świetnych lat kariery pozbawił ją bowiem wybuch II wojny światowej. Jeszcze tuż przed nią była w ćwierćfinale Wimbledonu, a na Roland Garros doszła nawet do meczu o tytuł. Co by było, gdyby wojna się nie zdarzyła, nigdy się nie dowiemy. Po niej pani Jadwiga jeszcze trochę grała, ale do 1/4 największych turniejów już nigdy nie doszła.

  • Australian Open: Bez ćwierćfinału.
  • Roland Garros: 1937 (SF – w nawiasie faza, do której ostatecznie doszła, o ile wygrała ćwierćfinał), 1939 (F).
  • Wimbledon: 1935, 1936 (SF), 1937 (F), 1938, 1939.
  • US Open: 1937 (F), 1938.

Ignacy Tłoczyński. Przedwojenny rodzynek

Ignacy Tłoczyński

Ignacy Tłoczyński po lewej. Fot. NAC/Wikimedia

Reklama

Tłoczyński był o rok starszy od Jędrzejowskiej, ale – co nie dziwi – tenisowo żył w jej cieniu. Jako młody chłopak zbudował sobie reputację naprawdę dobrego zawodnika, ale problemem były dla niego finanse. Żył w dużej mierze z pieniędzy pobieranych za sparingi z miejscowymi tenisistami, którzy chcieli potrenować z solidnym rywalem. Potem miał przez to problem, bo kłóciło się to z jego statusem amatora. Przyznano mu go finalnie, ale dopiero po specjalnej uchwale związku.

Dzięki temu Tłoczyński mógł zacząć grać w turniejach pod egidą PZT właśnie (a właściwie PZLT, czyli Polskiego Związku Lawn-Tenisowego). Wystąpił więc w mistrzostwach Polski, potem znalazł się też w składzie reprezentacji na Puchar Davisa, gdzie zdobył dwa punkty w singlu i pomógł Polakom wygrać pierwszy mecz w dziejach tych rozgrywek.

W kraju stał się dzięki temu tak popularny, że w 1931 roku wylądował na drugim miejscu w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”, przegrywając wyłącznie z wielkim Januszem Kusocińskim. W kolejnych latach nie zwalniał tempa, choć wyrosło mu na krajowej arenie kilku rywali i nie było mu przesadnie łatwo o tytuły w Polsce. Ostatecznie zdobył ich pięć, ostatni w 1939 roku. To był zresztą jego sezon – przerwany, oczywiście, przez wojnę – w którym ciężka praca (mówiono, że był jej tytanem) wreszcie zaprocentowała i na arenie międzynarodowej.

To wtedy – jeden jedyny raz w karierze – dotarł do wielkoszlemowego ćwierćfinału. W Paryżu przegrał ostatecznie z Bobbym Riggsem (późniejszym finalistą Roland Garros, mistrzem Wimbledonu i US Open z 1939 roku właśnie), kojarzonym z rozgrywanego po latach meczu z Billie Jean King, nazwanego „Bitwą płci”. Tłoczyński był też w półfinale debla tego samego turnieju.

Reklama

A potem przyszła wojna. Polski tenisista i w jej trakcie grywał w tenisa. Przerwało to powstanie warszawskie, w trakcie którego został ranny i trafił do obozu jenieckiego, gdzie… grał pokazowy mecz z rywalem z Francji. Po wojnie zamieszkał w Anglii i jeszcze przez dobrych dziesięć lat grał w tenisa. Ale podobnego sukcesu co w 1939 roku nie odniósł.

  • Australian Open: Bez ćwierćfinału.
  • Roland Garros: 1939.
  • Wimbledon: Bez ćwierćfinału.
  • US Open: Bez ćwierćfinału.

Wojciech Fibak. Jedyny w PRL-u

Wojciech Fibak

Fot. Newspix

Władza ludowa nie miała zbyt korzystnego spojrzenia na tenis, postrzegając ten sport jako burżuazyjny, nie robotniczy. Odmieniało się to dopiero powoli po odwilży lat 50., ale nigdy nie stał się tenis w Polsce przed 1989 – a i po nim chwilę to zajęło – sportem masowym. Zresztą: w PRL-u liczyły się szczególnie dyscypliny olimpijskie. Tenis taką nie był (wrócił na IO w 1988 roku), więc miał gorzej.

Reklama

I wtedy jednak pojawił nam się jeden wielki – jak na nasze standardy – tenisista.

Wojciech Fibak wyrósł ponad te polskie problemy i ponad polski poziom. Nie był jedynym zdolnym zawodnikiem, jemu po prostu się udało. Na tyle, że został nawet mistrzem wielkoszlemowym. W deblu, jasne, ale zawsze. To w Australii, gdzie – paradoksalnie – nigdy nie wyszedł poza trzecią rundę. A w pozostałych Szlemach nie tylko to robił, ale i bywał w ćwierćfinałach. Łącznie czterech.

W singlu miał całkiem sporo sukcesów zresztą. Te wielkoszlemowe wcale nie są najważniejsze, bo był i w finale protoplasty ATP Finals, i wygrał 14 turniejów ATP, i był w meczu o tytuł w wielu innych. W rankingu ATP jako pierwszy Polak w dziejach – bo ranking powstał niewiele wcześniej, gdyby istniał w międzywojniu, Tłoczyński mógłby być pionierem – był w TOP 10 rankingu ATP.

Możliwe, że przy dzisiejszych zasadach znalazłby się nawet wyżej.

Reklama
  • Australian Open: Bez ćwierćfinału.
  • Roland Garros: 1977, 1980.
  • Wimbledon: 1980.
  • US Open: 1980.

Agnieszka Radwańska. Solidna i magiczna

Agnieszka Radwańska

Fot. Newspix

Łatkę wielkiego talentu Agnieszce Radwańskiej przypięto za sprawą jej dużych osiągnięć wśród juniorek. Potwierdziła ja szybko, bo niedługo po wejściu do seniorskiej rywalizacji podskoczyła w rankingu tak, że była rozstawiona w US Open 2007. I wtedy zaczęło się na jej punkcie szaleństwo, bo w III rundzie sensacyjnie pokonała broniącą tytułu Marię Szarapową. Porażka w kolejnej, z Szachar Pe’er, niewiele zmieniła.

Agnieszka swoje możliwości potwierdzała regularnie, przy okazji zachwycając piękną, magiczną grą. Już kilka miesięcy później po raz pierwszy była w wielkoszlemowym ćwierćfinale – w Australii. Łącznie dobiła do 12 takich.

Reklama

Paradoks? Nigdy nie doszła do tej fazy turnieju tam, gdzie się wybiła po raz pierwszy – w Nowym Jorku.

Z perspektywy czasu zdaje się, że trochę jednak Agnieszki nie docenialiśmy, biorąc za pewnik, że jest i gra na określonym poziomie. Zabrakło jej też upragnionego tytułu wielkoszlemowego. Raz była w finale, na Wimbledonie w 2012 roku. Wydaje się jednak, że bliżej do wygranej miała rok później, kiedy Sabine Lisicki niespodziewanie pokonała ją w półfinale. Może zjadła ją wtedy presja oczekiwań, bo wszyscy w kraju zgodnie twierdzili, że wręcz musi tę rywalizację wygrać i to prosta droga do tytułu.

Okazało się, że nie tak prosta. Ale Agnieszka ze swoimi dwunastoma ćwierćfinałami i tak jest jak najbardziej warta docenienia.

  • Australian Open: 2008, 2011, 2012, 2013, 2014 (SF), 2016 (SF).
  • Roland Garros: 2013.
  • Wimbledon: 2008, 2009, 2012 (F), 2013 (SF), 2015 (SF).
  • US Open: Bez ćwierćfinału.

Łukasz Kubot. Marzenie o ósemce

Łukasz Kubot

Reklama

Fot. Newspix

Łukasz Kubot po latach okazał się specjalistą od debla – został w nim dwukrotnym mistrzem wielkoszlemowym, był też liderem rankingu deblistów – ale jego singlowa kariera też jest całkiem udana. Co prawda nie ma na koncie żadnego tytułu ATP, ale przez lata był naszym najlepszym zawodnikiem w grze pojedynczej i długo, naprawę długo ten polski tenis mężczyzn ciągnął. Długo też marzył – o najlepszej „8” na ukochanym Wimbledonie.

Dlaczego? Bo wszyscy, którzy dojdą do 1/4 singla na londyńskim turnieju zostają dożywotnimi członkami tamtejszego klubu. Łukasz co prawda i tak by nim został – za deblowy triumf – ale dowiedział się o tym po latach. A Wimbledon to w ogóle Kubot kochał. Uwielbiał trawę, jego styl gry – bieganie do siatki i woleje – był pod nią stworzony.

Wszystko się tu zgadzało… tylko ósemki brakowało.

Reklama

W 2011 roku wydawało się, że ją ma. W IV rundzie prowadził 2:0 w setach z Feliciano Lopezem. Wcześniej – po przejściu kwalifikacji – w pięciu setach wygrał z Arnaud Clementem, potem pokonał w trzech partiach Ivo Karlovicia, nie robiąc sobie nic z jego serwisu, a wreszcie w czterech setach ograł turniejową „9”, Gaela Monfilsa. Był w wielkiej formie. I znalazł dosłownie o krok od ćwierćfinału. W trzecim secie z Lopezem grali tie-breaka.

Na przewagi. Hiszpan wygrał do 9. A potem dwie kolejne partie zgarnął, triumfując w każdej 7:5.

Łukasz schodził z kortu załamany, po genialnym meczu, ale bez ćwierćfinału.

Dwa lata później wrócił. Tym razem miał szczęście. W pierwszej rundzie spokojnie ograł Igora Andriejewa. W drugiej miał grać z Rafą Nadalem, nastawiał się więc na odpadnięcie, ale po meczu z gwiazdą. A tu sensacja – Nadala wyeliminował Steve Darcis z Belgii, który… nawet nie wyszedł na mecz z Łukaszem. Trzecia runda to z kolei gładka wygrana z Benoit Paire.

Reklama

A czwarta? Pięciosetówka. Znowu. Tym razem z Adrianem Mannarino i tym razem to Łukasz był bliżej odpadnięcia – przegrywał 1:2. Ostatnie dwa sety padły jednak jego łupem. A więc miało to, wszedł do ćwierćfinału. Wreszcie. Udało się.

W kolejnym meczu odpadł… ale polskich kibiców przesadnie to nie smuciło.

  • Australian Open: Bez ćwierćfinału.
  • Roland Garros: Bez ćwierćfinału.
  • Wimbledon: 2013.
  • US Open: Bez ćwierćfinału.

Jerzy Janowicz. Wniósł się i zgasł

Jerzy Janowicz

Fot. Newspix

Reklama

Nie martwiła Biało-Czerwonych fanów porażka Łukasza Kubota, bo w tym samym ćwierćfinale grał też Jerzy Janowicz. On, w przeciwieństwie do Łukasza, karierę robił błyskawicznie. Niespełna rok wcześniej doszedł do finału turnieju ATP 1000 w Paryżu, pokonując po drodze Andy’ego Murraya, będącego świeżo po pierwszym tytule wielkoszlemowym. W meczu o trofeum ograł Jurka David Ferrer, ale i tak wszyscy zgodnie uznali, że narodziła się nowa gwiazda polskiego tenisa.

Wimbledon w roku 2013 był tego potwierdzeniem.

Janowicz idealnie pasował na trawę. Miał genialny serwis, do tego umiał się poruszać po korcie mimo wzrostu i lubił chodzić do siatki, żeby grać wolejem. Wszystko się zgadzało. Już rok wcześniej doszedł na Wimbledonie do trzeciej rundy jako kwalifikant. Ale w 2013 roku rozbił bank.

Rozstawiony z „24” w pierwszej rundzie spokojnie ograł Kyle’a Edmunda, reprezentanta gospodarzy. Potem skreczował w meczu z nim Radek Stepanek. Turniejowa „15”, Nicolas Almagro też nie miał wiele do powiedzenia. Do tego momentu Janowicz nie stracił nawet seta! Dopiero Juergen Melzer z Austrii urwał mu dwa… ale trzeciego nie zdołał. Janowicz – który w IV rundzie powinien był trafić na Rogera Federera, ale ten sensacyjnie odpadł – był w ćwierćfinale.

Reklama

A tam czekał Kubot. Polski mecz nieco rozczarował, skończyło się stosunkowo łatwym 3:0 dla Jurka. Ale wymiana koszulek na koniec i sam fakt, że takie spotkanie się odbyło, pamiętane są do dzisiaj. A Janowicz? W półfinale z Murrayem pokazał się z bardzo dobrej strony, choć odpadł. A potem nigdy nie był już takiego wyniku nawet blisko.

Jego gwiazda powoli gasła. Aż wreszcie przestała świecić – przez kontuzje, charakter i ogólne zniechęcenie do tenisa.

  • Australian Open: Bez ćwierćfinału.
  • Roland Garros: Bez ćwierćfinału.
  • Wimbledon: 2013 (SF).
  • US Open: Bez ćwierćfinału.

Iga Świątek. Największa

Iga Świątek

Fot. Newspix

Reklama

O tych czasach najnowszych będziemy pisać najkrócej, bo… no wciąż trwają. Nikt z tych, którzy nam pozostali nie skończył jeszcze kariery. Iga Świątek, o której mowa teraz, przeżywa co prawda gorsze chwile, ale wciąż jest tenisistką ze światowego topu i pewnie niejeden ćwierćfinał dołoży. A nawet jeśli nie – to i tak jest polską rekordzistką pod tym względem.

A zresztą – co tam ćwierćfinały, ona ma sześć Szlemów!

Niesamowita jest kariera Igi i tempo, w jakim to wszystko nabiła. Szóstego Szlema dołożyła przecież tuż po swoich 23. urodzinach. Teraz ma lat 25 i nawet jeśli ten licznik się nie ruszył to i tak 99% tenisistek jej zazdrości. W tym nawet Aryna Sabalenka. Świątek na poziomie Szlema stała się w pewnym momencie bardzo regularna – choć, co prawda, mniej od Białorusinki – i te ćwierćfinały zgarniała często.

Często też przechodziła dalej, bo na 14 występów w tej fazie, aż dziewięciokrotnie poszła dalej. Z czego sześć razy wygrała. Wszystko się tu w proporcjach zgadza, serio. Do tego jest Iga jedyną osobą z Polski z ćwierćfinałem w każdym turnieju wielkoszlemowym… i to w każdym co najmniej dwukrotnie. Nie da się zaprzeczyć temu, że to wyjątkowe na nasze warunki statystyki.

Reklama

Wierzymy też, że ta lista za niedługo się ruszy i pęknie tych ćwiartek co najmniej dwudziestka. A może i znacznie więcej.

  • Australian Open: 2022 (SF), 2025 (SF), 2026.
  • Roland Garros: 2020 (W), 2021, 2022 (W), 2023 (W), 2024 (W), 2025 (SF).
  • Wimbledon: 2023, 2025 (W).
  • US Open: 2022 (W), 2024, 2025.

Hubert Hurkacz. Magiczny Wimbledon… i nie tylko

Hubert Hurkacz

Fot. Newspix

Relacja Huberta Hurkacza z turniejami wielkoszlemowymi jest doskonale znana i raczej niezbyt chwalebna. Generalnie jest Hubi tenisistą, który zrobił na nasze warunki wielką karierę, serio. Tylko Wojciech Fibak – choć nie pod każdym względem – wciąż trzyma się nad nim, ale gdyby Hurkacz jednak wrócił na poziom pierwszej „10”, to pewnie ostatecznie uległby i on.

Reklama

Jednak w Wielkim Szlemie… no cóż, dużo było wywrotek.

Roland Garros, które wciąż trwa, wywrotką nie było, bo trudno za taką uznać porażkę w pięciu setach z Francesem Tiafoe. Ale jeśli na 27 występów w głównej drabince Szlema aż 21 razy odpadasz w pierwszych trzech rundach – wielokrotnie będąc tenisistą rozstawionym – to coś tu jest nie tak.

Zaskakujące więc, że Hubi mimo wszystko zdołał dwa razy wejść daleko. Ten najbardziej pamiętny występ to Wimbledon 2021. Pamiętny dlatego, że to pierwszy raz, gdy Hurkacz wszedł do decydujących faz, a do tego – w ćwierćfinale pokonał Rogera Federera. Szwajcar grał z urazem, jasne, ale było to duże wydarzenie. Tym bardziej, że – jak się okazało – był to ostatni oficjalny mecz wielkiego mistrza. I na koniec kariery oberwał w finalnym secie 0:6 od Hubiego.

Wtedy skończyło się na półfinale, tam lepszy był Matteo Berrettini. A potem ponad dwa lata musieliśmy czekać aż znów Huberta obejrzymy w ćwierćfinale. Miało to miejsce w Melbourne, w 2024 roku i to też był świetny występ, a i porażka 2:3 z Daniiłem Miedwiediewem żadnego wstydu nie przynosiła.

Reklama

Tym bardziej szkoda, że niedługo potem – ze względu na kontuzję i zbyt szybki powrót po niej – tak wiele się sypnęło. I teraz wiele jest wokół Huberta i jego potencjalnych ćwierćfinałów, niestety, wątpliwości.

  • Australian Open: 2024.
  • Roland Garros: Bez ćwierćfinału.
  • Wimbledon: 2021 (SF).
  • US Open: Bez ćwierćfinału.

Magda Linette. Sensacja

Magda Linette

Fot. Newspix

Wszyscy patrzyli na Igę Świątek. Ta jednak odpadła w IV rundzie, ograna przez Jelenę Rybakinę. A wtedy spojrzenie się odwróciło. Bo była na tym etapie też Magda Linette i już to było niespodziewane. O ile wygraną nad Majar Szarif (7:5, 6:1) w pierwszej rundzie dało się przewidzieć, o tyle zaskoczył już triumf nad Anett Kontaveit (3:6, 6:3, 6:4) w drugiej. Uległa też Jekatierina Aleksandrowa, przegrywając z Magdą 3:6, 4:6.

Reklama

Linette już wtedy wykręciła życiówkę. Nigdy wcześniej nie była w IV rundzie Szlema. Czy jednak planowała się zatrzymać?

Nie no, gdzie tam. To był jej turniej. Jej genialna forma.

Caroline Garcia, rozstawiona z „4”, przegrała więc po znakomitym meczu – 6:7, 4:6 – i im dalej w spotkanie, tym bardziej się Francuzka frustrowała, bo Linette grała jakby taki mecz był dla niej codziennością. Genialnie rozgrywała kolejne akcje, nic sobie nie robiła z mocnych zagrań przeciwniczki. Szła po swoje, po prostu. Dokładnie tak samo jak w ćwierćfinale. Tam Karolina Pliskova, była finalistka Szlemów, też uległa jej w dwóch setach.

Po pięciu meczach nierozstawiona Polka miała straconego jednego seta i była w półfinale. Dopiero w nim musiała uznać wyższość Aryny Sabalenki, zmierzającej właśnie po pierwszy tytuł wielkoszlemowy. Ale i Białorusinka nie miała lekko – pierwszego seta zamknęła dopiero w tie-breaku, drugi poszedł jej nieco łatwiej.

Reklama

Niemniej: występ Magdy został zapamiętany i oczekiwano, że wykorzysta zdobyte punkty rankingowe i rozstawienie. Nie zrobiła tego jednak, kolejne miesiące były dla niej gorsze. I dopiero w ostatnim czasie, z pomocą Agnieszki Radwańskiej w boksie, zdaje się odżywać. I kto wie, może jeszcze – już jako weteranka kortów – zdoła podobny występ powtórzyć?

  • Australian Open: 2023 (SF).
  • Roland Garros: Bez ćwierćfinału.
  • Wimbledon: Bez ćwierćfinału.
  • US Open: Bez ćwierćfinału.

Maja Chwalińska. Ćwierćfinał wyjątkowy

Maja Chwalińska

Fot. Newspix

I oto jesteśmy. Po dziewięciu innych postaciach oraz 45 ćwierćfinałach (licząc dojście do ćwierćfinału, bo tak naprawdę były 44 przez to, że Kubot i Janowicz grali w tym samym meczu), dotarliśmy do tego najnowszego. Ponadto – absolutnie wyjątkowego. Jest bowiem Chwalińska pierwszą osobą z Polski w dziejach, która do ćwierćfinału weszła po tym, jak przedzierała się przez kwalifikacje. Weszła, dodajmy, w genialnym stylu. W siedmiu (!) rozegranych już meczach w paryskim turnieju straciła tylko jednego seta – w meczu z Marią Sakkari.

Reklama

Tenisistki zdają się obawiać z nią grać, a im dalej w mecz, tym bardziej są złe na siebie. Maja rozbija je swoim stylem, nie pozwala im wejść do strefy komfortu, a wręcz wygania je z niej, jakby miała w rękach bat i nie bała się go użyć.

Niesamowita jest ta historia, bo to dziewczyna po wielu przejściach, rówieśniczka Igi Świątek. Dziewczyna skrojona… no ewidentnie nie pod współczesny tenis. A jednak może, jednak jest w stanie. I dobrze, że jest. Bo gra Mai jest przy tym absolutnie piękna, znakomicie się ogląda te jej zmagania z rywalkami, a tym bardziej – zmagania rywalek z jej grą.

I oby na ćwierćfinale nie stanęło. I oby nie była jak Tłoczyński, Kubot i Janowicz, co już więcej ich nie dołożyli.

  • Australian Open: Bez ćwierćfinału.
  • Roland Garros: 2026 (?).
  • Wimbledon: Bez ćwierćfinału.
  • US Open: Bez ćwierćfinału.

Fot. Newspix

7 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama