Jannik Sinner po raz drugi! Włoch obronił tytuł na Wimbledonie

Sebastian Warzecha

12 lipca 2026, 21:57 • 6 min czytania 3

Reklama
Jannik Sinner po raz drugi! Włoch obronił tytuł na Wimbledonie

Alexander Zverev grał w drugim finale wielkoszlemowym z rzędu i marzył, by po triumfie w Roland Garros wygrać też na Wimbledonie. Na jego drodze stał jednak Jannik Sinner, czyli obrońca tytułu. Włoch w tym roku miał problemy w pierwszym meczu, gdy rozegrał pięć setów z Miomirem Kecmanoviciem, a potem nie przegrał już nawet seta. Zverev też stracił po drodze do finału dwie partie, ale w dwóch różnych meczach. Był to, jakby nie patrzeć, pojedynek dwóch najlepszych aktualnie tenisistów świata. Ale wygrał – zgodnie z tym, co mówił papier – ten wyżej notowany.

Reklama

Jannik Sinner to zrobił! Włoch obronił tytuł na Wimbledonie

Novak Djoković dwa raz po dwa, a tak naprawdę – to cztery z rzędu, bo w 2020 przerwę miał tylko dlatego, że turniej się nie odbył. Potem dwukrotnie Carlos Alcaraz. A teraz też dwa razy Jannik Sinner. Tak prezentuje się lista ostatnich zwycięzców Wimbledonu. Wcześniej było trochę zamieszania – w latach 2010-2017 wygrywali Djoković (trzykrotnie), Roger Federer, Andy Murray (obaj dwukrotnie) i Rafa Nadal. Czyli Wielka Czwórka. Teraz, od trzech sezonów, istnieje za to Wielka Dwójka, a pukać próbuje do jej drzwi Alexander Zverev.

Na Roland Garros się udało, choć wtedy akurat ani z (kontuzjowanym) Carlosem Alcarazem, ani z (pokonanym przez upał) Jannikiem Sinnerem grać nie musiał. Skorzystał z szansy, wygrał swojego Szlema. Na Wimbledonie jednak finalnie trafił na Sinnera.

I obaj dali naprawdę dobry mecz. Ale zwycięzca mógł być tylko jeden. I choć lepiej zaczął Zverev, który – wydawało się – znacznie powiększył tym swoje szanse na podniesienie w górę pucharu, to jednak Jannik Sinner raz jeszcze okazał się dla niego za mocny.

Reklama

Dwa tie-breaki

Pierwsze dwa sety były znakomite. Obaj trzymali poziom – zarówno w wymianach, jak i – a może przede wszystkim – przy serwisie. Przez całe te dwa sety ani jednej nie stracił bowiem własnego podania, z rzadka któryś miał prawo czuć się zagrożony. Trudno było wskazać na kogoś, kto miałby przewagę, po prostu zależało to od konkretnego punktu czy gema. Sinner mógł jedynie narzekać nieco na swój forehand, którym początkowo nie łapał pełnej regularności.

Zverev… w sumie nie miał na co narzekać. Grał bardzo dobrze, w tej swojej nowej wersji – odważniejszej, bardziej ofensywnej, nie bojącej się zaryzykować. Gdy miał przewagę w wymianie, na ogół ją wygrywał. Tyle że dokładnie to samo robił Jannik.

W pierwszym secie doszło więc do tie-breaka. I w nim też długo nikt nie dawał się przełamać. Aż do piłki setowej, gdy Jannik Sinner dał się zepchnąć do defensywy, a Zverev znakomitą kombinacją zamknął punkt, gema i seta. Niemiec znalazł się więc bliżej końcowego triumfu. I zdawało się, że ma na niego duże szanse. Pierwszego seta grali ponad godzinę. Długo, jak na dwóch zawodników, co potrafią przejść do ofensywy i do tego świetnie serwują.

Reklama

A jest jedna statystyka, która wiele o Sinnerze mówi – Włoch nigdy (!) nie wygrał meczu trwającego ponad 3 godziny i 50 minut.

Nigdy. Nie grał ich co prawda dużo – bo na ogół nie musi – ale to i tak jednak wręcz szokujące, jakie Włoch ma problemy, gdy spotkanie staje się dłuższe. Inna sprawa że wiele z tych meczów grał z zawodnikami, co w maratonach się specjalizują – choćby przeciwko Carlosowi Alcarazowi. A w tym spotkaniu ze Zverevem właściwie z miejsca stało się jasne, że jeśli zagrają pięć setów, to będzie to trwało dłużej.

Po drugiej partii – tym bardziej. Bo znów byli obaj świetni przy własnych podaniach. Znów doszło do tie-breaka. Tym razem jednak Jannik był w tym znakomity. Poszedł do przodu, stanął bardziej w korcie, zaatakował. I zdobył jeden, drugi, trzeci punkt grając swój tenis, na własnych warunkach, decydując o losach kolejnych wymian i całego tie-breaka w efekcie.

Reklama

Zrobiło się więc 1:1. I w sumie trudno było przewidzieć, gdzie ten mecz pójdzie po tym secie.

Dziesięć wygranych z rzędu i obrona tytułu

Początek trzeciego seta wskazywał na Sinnera. Nie przełamał co prawda serwisu Zvereva, ale był tego coraz bliżej. Alexander wydawał się z kolei nieco przytłumiony, jakby stracił na pewności siebie po tym, co się stało w tie-breaku drugiego seta. Grał bardziej zachowawczo, wrócił do dawnych nawyków, raczej skupiał się na defensywie i kontrach. Mało brakowało, naprawdę mało, by Sinner z tego skorzystał.

Ale mu się nie udało. I niedługo potem to Zverev miał break pointa. Wszystko się odwróciło, cała sytuacja mogła właściwie w jednym gemie ulec zupełnej, kompletnej odmianie.

I wtedy doszło do najpewniej kluczowego momentu tego spotkania.

Reklama

Trwała wymiana. Sinner zagrał skrót. Zverev ruszył do niego, przewrócił się, złapał za kolano. Trudno powiedzieć, czy faktycznie stało się coś poważniejszego, ale na pewno poczuł ból. W efekcie Jannik gema wybronił, a niedługo potem przełamał Niemca, który serwował nieco gorzej, wolniej, mniej dokładnie – widać odczuwał jednak skutki upadku. To był pierwszy break w całym meczu. Wystarczył, by Sinner wygrał seta i wyszedł na prowadzenie. Nagle ta granica – wspomniane 3 godziny 50 minut – nie jawiła się już tak groźnie. Włoch był w stanie zamknąć to wcześniej, potrzebował do tego „tylko” wygranego czwartego seta.

I tego czwartego seta dostał. Znów udało mu się przełamać Zvereva. To, co przez pierwsze dwa sety wydawało się niemożliwe, nagle było realne. Sinner mocniej naciskał na returnie, Niemiec był nieco bardziej wycofany. Serwis też mu tak nie pomagał, więcej było z niego błędów. Generalnie: Jannik robił to, co przez pierwsze dwa sety, ale Sascha spuścił z tonu. Włoch za to zachwycał, zdarzało się, że wygrał nawet wymianę, w której upadł. Podźwignął się jednak na tyle szybko i wrócił do gry, że ostatecznie zdobył punkt.

Reklama

Zverev jednak też walczył. W ostatnim gemie być może najbardziej. Obaj zagrali tam dwie fantastyczne wymiany, jedną, najpierw, wygrał Alexander i mógł myśleć, że dojdzie do przełamania. Sinner jednak ostatecznie okazał się skuteczniejszy, nieco dokładniejszy i bardziej opanowany. Minimalnie, różnice nie były tu duże – na pewno mniejsze niż w ich poprzednich meczach – ale wystarczające. Włoch triumfował więc dziesiąty raz z rzędu w starciach ze Zverevem (ma bilans 11-4, a był moment, gdy było to 1-4) i po raz drugi na Wimbledonie. Obronił tytuł, dokładnie tak, jak w latach 2023-2024 zrobił to Carlos Alcaraz, jego największy rywal.

Dla Jannika Sinnera to piąty tytuł wielkoszlemowy. Raz wygrywał US Open, dwukrotnie najlepszy okazywał się w Australii i na Wimbledonie właśnie. Zverev z kolei grał w swoim piątym finale wielkoszlemowym i po raz czwarty musiał uznać wyższość rywala.

Reklama

Na pewno jednak ten wynik da mu awans w rankingu – znów będzie w nim wiceliderem, wyprzedzi kontuzjowanego Alcaraza. Możliwe więc, że na US Open Sinner i Zverev jeszcze raz spotkają się w meczu o tytuł.

Jannik Sinner – Alexander Zverev 6:7 (5), 7:6 (2), 6:3, 6:4

Fot. Newspix

3 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama