Urodził się we Francji, ale wychował tuż przy kortach Wimbledonu. Jego ojciec był właścicielem klubu z Ligue 1, a matka grała w tenisa. Poszedł w jej ślady i już poprawił jej najlepsze osiągnięcia. A w międzyczasie zdążył zaliczyć niezłą karierę na prestiżowym uniwersytecie. Arthur Fery sensacyjnie dotarł do półfinału Wimbledonu i stał się bohaterem gospodarzy. Czy zdoła postawić kolejny krok i sensacyjnie wejść – jak Maja Chwalińska, z którą w pewnym sensie dzieli rankingowe miejsce – do meczu o tytuł?
Arthur Fery. Niespodziewany bohater brytyjskiego tenisa
Kiedy Andy Murray w 2013 roku wygrywał Wimbledon, świętowała cała Wielka Brytania. Andy stał się pierwszym Brytyjczykiem, który triumfował w tym turnieju od Freda Perry’ego w 1936 roku! Nawet biorąc pod uwagę i kobiece sukcesy, gospodarze czekali długo – od 1977 roku i triumfu Virginii Wade. Nic dziwnego, że Andy stał się bohaterem. I to dwa razy, bo wygrał jeszcze w 2016 roku.
Tyle że potem przyszły problemy zdrowotne i nigdy się już po nich nie podźwignął.
Wielka Brytania znów więc czeka na wielkiego tenisistę. Na moment ucieszyła ich Emma Raducanu, triumfując w US Open, ale na ten moment wygląda, że był to jedynie wypadek przy pracy. Poza tym momenty wielkiej radości w brytyjskim tenisie nie są ostatnio zbyt częste. Arthur Fery może to zmienić, bo już ten półfinał, który osiągnął, jest wydarzeniem w zasadzie historycznym.
Od początku ery open jest bowiem piątym Brytyjczykiem, który dotarł do wimbledońskiego półfinału w singlu. Przed nim zrobili to:
- Roger Taylor (1970, 1973),
- Tim Henman (1998, 1999, 2001, 2002),
- Andy Murray (2009, 2010, 2011, 2012, 2013, 2015, 2016),
- Cameron Norrie (2022).
Tylko Murray awansował dalej, trzykrotnie grając w finale, a dwa razy wygrywając (w półfinale grały też Ann Jones, Virginia Wade – która, jak już wiemy, wygrała turniej – oraz Johanna Konta). Fery może pójść w jego ślady. Podobnie jak i w ślady innych wielkich tenisistów, bo w całej erze open jest dopiero czwartym zawodnikiem, który doszedł do wielkoszlemowego półfinału, grając w nim jako zawodnik z dziką kartą. Wcześniej dokonali tego:
- Jimmy Connors (US Open 1991),
- Henri Leconte (Roland Garros 1992),
- Goran Ivanisevic (Wimbledon 2001).
Ten ostatni turniej wygrał i była to jedna z największych niespodzianek w historii. Fery jest dwa mecze od wyrównania tamtego osiągnięcia, choć jest w zupełnie innej sytuacji – Ivanisević był wielkim tenisistą, ale miał problemy zdrowotne, stąd spadki w rankingu i potrzeba dzikiej karty. Arthur na Wimbledonie zalicza swój przełomowy moment.
CZYTAJ TEŻ: „CZEGO BYM NIE ZROBIŁ, JUŻ ZAWSZE BĘDĘ ZWYCIĘZCĄ WIMBLEDONU”. WIELKI TRIUMF IVANISEVICIA
Skąd więc właściwie wziął się ten Brytyjczyk?
Przez kanał La Manche
Na świat przyszedł na przedmieściach Paryża, jako dziecko Loica, maklera finansowego, oraz Olivii, byłej tenisistki. Łatwo domyślić się, że to za sprawą mamy zainteresował się tym sportem. Ona sama nigdy wybitną zawodniczką nie była, w karierze doszła na 225. miejsce w rankingu WTA. Wygrała jednak dwa turnieje ITF, zdarzyło jej się też reprezentować Francję w ówczesnym Pucharze Federacji, a potem grała też dla… Hongkongu, gdzie sprowadziła się wraz z mężem.
Niedługo po narodzinach Arthura, oboje przeprowadzili się jednak do Londynu. Konkretnie – na Wimbledon.
Dosłownie, młody Fery wychowywał się kilka minut spacerkiem od kortów. Ba, 50 metrów od rodzinnego domu, jak wspominał, miał jeszcze inny klub tenisowy, gdzie jako dziecko zaczął zresztą grać w tenisa. – Mieli twarde korty i sztuczną mączkę. Była tam świetna trenerka, a weekendami grałem z mamą. Tak się to zaczęło – wspominał. Gdy wkręcił się bardziej, zaczął chodzić na treningi regularnie przed szkołą i po niej, często dwa razy dziennie.
Wimbledon – turniej – też odegrał swoją rolę, rzecz jasna. Arthur pamięta, że chodził na korty jako kibic. Widział na przykład fragment najdłuższego meczu w historii – starcia Johna Isnera z Nicolasem Mahut z 2010 roku – choć w momencie, gdy jeszcze nikt nie przypuszczał, jaka napisze się tam historia. Szczególnie podziwiał Rogera Federera i jego grę, stąd w pamięci zapadło mu też, że był na finale z roku 2014, w którym Szwajcar grał. Choć, niestety dla Arthura, przegrał tamto spotkanie.
Fery, gdy oglądał Rogera, miał 12 lat. Już był uznawany za uzdolnionego juniora.
Brytyjska nadzieja
Choć akurat dobrze rokujących tenisistów to w Wielkiej Brytanii mają na pęczki, problemem jest to, że potem wielu z nich się gubi. Arthur początkowo nieźle się zapowiadał. Alison Taylor, wspomniana „świetna trenerka”, a przy okazji przyjaciółka rodziny, mówiła po latach, że Fery od zawsze świetnie pracował na nogach, był wybiegany, ale też miał wielką łatwość odgrywania piłek trudnych, świetny tenisowy „dotyk”.
To ostatnie bardzo przydało mu się po latach, gdy okazało się, że już nie urośnie – dziś mierzy 175 centymetrów wzrostu. Nie że przesadnie mało, ale jak na zawodowego tenisistę, zwłaszcza w tych czasach, pewnie nie narzekałby, gdyby mógł dodać sobie jeszcze z dziesięć.
W każdym razie: Fery zwracał na siebie uwagę jako młody tenisista. Miał 10 lat, gdy zainteresowali się nim przedstawiciele brytyjskiego związku i wciągnęli go w tamtejszy program dla młodych talentów. Opieką nad Arthurem zajęli się Craig Veal i Benoit Foucher, którzy podjęli nietypową decyzję – uznali, że lepiej, by Fery został w kraju i grał przeciwko dorosłym, niż podróżował po świecie i występował w juniorskich turniejach.
Efekt? Gdy miał 16 lat i zaczął rywalizować z ludźmi w swoim wieku, szybko wspiął się w rankingach, bo po prostu był na nich gotów. Nigdy co prawda nie przebił TOP 10 juniorskich zestawień, ale dotarł na 12. miejsce. Problemy miał za to w Szlemach: nie przedostał się w nich poza trzecią rundę, po prostu mu nie leżały (no, chyba że w deblach – tam był w półfinałach). Zdobył za to kilka istotnych tytułów poza nimi.
Jego kariera juniorska była jednak ostatecznie taka, jak cały on: z jednej strony niepozorna, z drugiej całkiem dobra, z trzeciej – zbyt niepewna, by od razu postawić na ten tenis z pełnym przekonaniem.
Zamiast więc wchodzić w tour z rozpędu, Arthur wybrał ostatnio coraz popularniejszą ścieżkę – wyjechał do Stanów, na uniwersytet. Nie był to trudny wybór, bo przyjęto go na Stanford, a więc prestiżową kalifornijską uczelnię.
Od studenta do zawodowca
Oczywiście, że była to decyzja łatwiejsza, bo z czasem jego ojciec dorobił się niezłej fortunki. Na tyle dużej, że kilka lat temu kupił Lorient, klub z Ligue 1. Sprzedał go co prawda na początku tego roku, ale pozostał prezesem. Na dziś majątek Loica Fery’ego wyceniany jest na około 275 milionów funtów i plasuje się w TOP 400 najbogatszych osób we Francji – a przynajmniej tak wylicza to „Forbes”.
Wiadomo, że mając takie zaplecze finansowe, łatwiej powiedzieć sobie „okej, spróbujmy okrężnej drogi, mam czas”.
Wypada jednak docenić, że Arthur nie szedł na łatwiznę. Na uniwersytecie faktycznie grał w tenisa na wysokim poziomie, do tego poświęcił się nauce i zdobył dyplom w zakresie nauk ścisłych, technologii i społeczeństwa. Co do tenisa: był przez moment nawet najlepszym zawodnikiem w rozgrywkach uniwersyteckich, ale nigdy nie zdobył mistrzostwa. Natomiast już wtedy uwagę zwrócili na niego bracia Bryanowie, genialni debliści, być może najlepsi w historii, którzy też wywodzili się ze Stanford.
– Przypominał trochę Keia Nishikoriego. Ta sama budowa ciała, świetny backhand, bardzo dobrze potrafił zmieniać kierunek gry – mówił Bob Bryan. Opowiadał też, że Arthur liderował szatni i całej uniwersyteckiej tenisowej drużynie. To zresztą pokrywa się z tym, co opowiadali o nim inni – że mentalnie jest świetnie przygotowany do gry na najwyższym poziomie. Jego trener z uniwersytetu mówił, że „ten chłopak ma lód w żyłach”, a jeden ze szkoleniowców, którzy prowadzili go później powtarzał, że „Arthur wierzy, nie w arogancki sposób, że może wygrywać wielkie mecze”. Choć by mógł to pokazać, musiało upłynąć trochę czasu.
Może poszłoby szybciej, gdyby nie męczący go uraz.
Szło o stłuczenie kości w ręce. To podobny uraz do tego, z jakim od kilku lat męczy się jego rodak, Jack Draper. Kariera Drapera została przez to dość solidnie zahamowana. Fery ostatecznie z problemem sobie poradził, choć zajęło to nieco czasu i wysiłku. Dziś w teamie ma jednak fizjoterapeutę na pełny etat, zatrudnił też biomechanika, który pomógł mu zmienić ruch serwisowy, bo sytuacja zdrowotna tego wymagała. Co ciekawe: sam Arthur twierdzi, że zdecydował się na ten ruch dopiero, gdy zarobił nieco pieniędzy na korcie, nie korzystał ze wsparcia rodziców.
A, właśnie. Bo w końcu zaczął coś na tym korcie faktycznie osiągać.
Powolna wspinaczka
Pierwszy raz próbował swoich sił w Szlemie w 2021 roku, ale nie przeszedł wtedy kwalifikacji do Wimbledonu. Rok później też mu się nie udało, choć wtedy przyjmował to ze spokojem, bo był to czasu jego uniwersyteckiej przygody. Powoli budował jednak ranking, występował w turniejach rangi Challenger czy ITF. W 2022 roku zaliczył trzy finały tych drugich, w 2023 – cztery. Grywał też nieco w deblu, tam też miał małe sukcesy.
W czerwcu 2023 roku wygrał pierwszy mecz w Challengerze. Akurat w Nottingham Open, na trawie. Wspiął się do TOP 400 w rankingu ATP, dostał dziką kartę na Wimbledon. Miał pecha w losowaniu, bo trafił na Daniiła Miedwiediewa i mecz przegrał. Wyraźnie był jednak napędzony, bo rok później na Wimbledonie pojawił się już jako zawodnik z TOP 250 rankingu. Znów z dziką kartą, znów przegrał w pierwszej rundzie.
Powoli się jednak rozwijał.
I rok później – dzika karta numer trzy – na Wimbledonie wygrał po raz pierwszy. Zaskoczył wtedy rozstawionego z „20” Alexeia Popyrina. Przegrał w drugiej rundzie, ale już sama ta jedna wygrana była sukcesem. W tamtym sezonie awansował też do TOP 200 rankingu i zadebiutował w turnieju rangi ATP, gdy przeszedł kwalifikacje w Stockholm Open. Stał się też członkiem reprezentacji Wielkiej Brytanii w Pucharze Davisa… i niestety pokonał w swoim debiucie Olafa Pieczkowskiego, w meczu rozgrywanym w Gdyni.
Co jednak najważniejsze – w tym roku po raz pierwszy zagrał w Szlemie gdzie indziej niż na Wimbledonie. W Melbourne przebrnął przez kwalifikacje, po czym zaskoczył Flavio Cobollego, co ciekawe – rozstawionego z „20”. Odpadł w drugiej rundzie, ale jego ranking podskoczył w okolice 150. miejsca na świecie. I od tamtego czasu Arthur walczył, by przebić setkę. Miał niezłe rezultaty, w Queen’s, tuż przed Wimbledonem, osiągnął pierwszy ćwierćfinał turnieju ATP w karierze.
To dało mu 114. miejsce na świecie. I z nim przyjechał na Wimbledon (a po turnieju będzie co najmniej 36.). Co ciekawe – dokładnie taką pozycję, ale w rankingu WTA, zajmowała przed tegorocznym Roland Garros Maja Chwalińska. Arthur miał od niej nieco łatwiej – nie musiał przedzierać się przez kwalifikację, znów otrzymał dziką kartę.
Ale jego występ i tak zachwyca i zaskakuje.
Droga do półfinału
To że w pierwszej rundzie wygrał z Damirem Dzumhurem to w sumie żadna sensacja. Choć Arthur podbił wtedy social media, bo po tym, jak rywal zaczął narzekać głośno do sędziego o w zasadzie wszystko, Brytyjczyk wyjął z torby zatyczki do uszu i faktycznie ich użył. Druga runda i wygrana nad Otto Virtanenem też była „do zaakceptowania”, a Fery mógł świętować życiowy sukces i cieszyć się, że wyszło mu w drabince.
Bo teoretycznie powinien grać w tej drugiej rundzie z Benem Sheltonem, ale Amerykanin poległ właśnie w starciu z Finem.
W trzeciej na papierze rywalem dla Fery’ego miał być Ugo Humbert. Tyle że Francuz przegrał z Zizou Bergsem, a Belg z tego skorzystał i wygrał też swój mecz drugiej rundy. Jest to zawodnik wybiegany, waleczny i bardzo solidny. W starciu z Ferym obaj dali show – mecz trwał ponad cztery godziny, pięć setów i zakończył się super tie-breakiem, który do pięciu wygrał Arthur. Naznaczony był też… krwotokami z nosa Brytyjczyka, przez które był przerywany.
Problem był to o tyle duży, że jeszcze w czasie turnieju Fery przeszedł malutki zabieg, który miał te krwawienia zatrzymać. I chyba się udało, bo od tamtego czasu faktycznie ich nie było.
W każdym razie: runda czwarta to kolejna pięciosetówka, tym razem z Grigorem Dimitrowem. Nazwisko dużo bardziej uznane, wiadomo, ale Bułgar miał w ostatnim roku problemy i jeszcze niedawno… odpadł w pierwszej rundzie kwalifikacji(!) do Roland Garros. Na Wimbledonie jednak odżył, tyle że nie na tyle, by pokonać Arthura. Ten znów zagrał pięć setów, znów rozgrywał super tie-breaka i znów był w nim lepszy.
Potwierdzało się, co mówili trenerzy – nie boi się wyzwań, nie denerwuje na korcie, ma lód w żyłach. I z Bergsem, i z Dimitrowem to pokazał. Z tym drugim szczególnie, bo po spotkaniu mówił, że jeszcze w szatni zestresował się… gdy na telewizorze zobaczył, że w loży siedzi Roger Federer. Ale gdy wyszedł na kort, nerwów nie było widać.
Utrzymywać nerwów na wodzy tak naprawdę nie musiał z Flavio Cobollim, tym samym, którego pokonał w Australii. Włoch akurat wspiął się do TOP 10 i okazał się pierwszą notowaną tak wysoko ofiarą Fery’ego. Kompletnie sobie z Brytyjczykiem – wspieranym miejscową publiką – nie poradził. Przegrał w trzech setach, ostatniego oddał do zera.
To był popis Arthura, świetny mecz.
W efekcie awansował do półfinału, jak już wspomnieliśmy – jako piąty Brytyjczyk w erze open. Tylko jeden z nich zdołał jednak przejść potem do meczu o tytuł. A czy zdoła Fery? To już byłaby naprawdę bajkowa historia, w którą na ten moment… trudno uwierzyć. Bo jego rywalem będzie dziś Alexander Zverev, a mecz rozpocznie się o 14:30 polskiego czasu. Niedawny triumfator Roland Garros zapatruje się na drugi z rzędu wielkoszlemowy triumf, a Fery jest na drodze do niego przedostatnią przeszkodą.
Gdyby to Brytyjczyk okazał się tu lepszy, będzie to sensacja. I to może większa, niż cała jego droga do tego półfinału.
Ale kto wie – może znów okaże się, że ten gość niczym się nie denerwuje i zaskoczy świat tenisa?
SEBASTIAN WARZECHA
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix