Chwiejnie. Tak wyglądała Iga Świątek w turnieju w Szanghaju. Na trzy mecze, które tam rozegrała przed ćwierćfinałem, dwa były bardzo dobre, a jeden uratowany cudem, w ostatniej chwili. Z Elise Mertens, znów prezentowała się na korcie gorzej. I niestety, ale Belgijka potrafiła doskonale te momenty słabości Polki wykorzystać. Grała Mertens swój najlepszy tenis, po prostu. A Idze z kolei było do tego daleko.
Iga Świątek odpadła z turnieju w Szanghaju
Czy Iga Świątek zrobiła krok – a nawet kilka – do przodu od wiosny, gdy zmieniła trenera? Na pewno.
Francisco Roig zdołał przypomnieć jej w jakimś stopniu jak powinna grać i jaki tenis przynosił jej sukcesy. To dzięki temu wygrała Polka turniej w Kanadzie, za sprawą właśnie tych zmian zaliczyła też kilka innych, niezłych występów. Natomiast jednego Iga do tej pory nie zdołała w pełni wprowadzić do swojej dyspozycji.
Regularności.
Dobre mecze przeplata Polka znacząco słabszymi. Lepiej radzi sobie z tymi drugimi niż kilka miesięcy temu, bo potrafi pozostać spokojna – to warto zauważyć. Dzięki temu wygrała na przykład z Martą Kostiuk w Kanadzie, gdy sięgała po triumf w całym turnieju. To pozwoliło jej pokonać Donnę Vekić, kiedy sytuacja w starciu z Chorwatką wydawała się beznadziejna – to już w Szanghaju właśnie. Niedługo po starciu z Vekić Iga rozegrała znakomite spotkanie z Ivą Jović, wydawało się, że tamta wygrana nad Donną ją nakręciła.
Tyle że teraz przyszło do grania z Elise Mertens. I poziom znów poszedł w dół.
To problem o tyle, że Iga w najlepszych okresach swojej kariery była właśnie tą tenisistką, która wahań dyspozycji miała najmniej. Jak wygrywała, to na pewniaka, opcjonalnie nie wychodziły jej pojedyncze mecze, ale w nich decydowało to, że Świątek to Świątek. Teraz tych gorszych meczów jest więcej, często z jej własnej „winy”. I jeśli poziom wyjściowy ogółem jest – a jest – niższy niż kilka lat temu, to i trudniej takie problemy przezwyciężyć.
Tym bardziej, gdy po drugiej stronie siatki stoi przeciwniczka dysponowana wprost genialnie. A Elise Mertens, która przecież znana jest z tego, że potrafi grać z największymi, że potrafi z nimi wygrywać, w meczu ze Świątek była właśnie taka – genialna.
Iga wie, co robić. Ale niekoniecznie to robi
Od początku to Mertens była pewniejsza. W zasadzie zaskakujące było to, jak bardzo. Bo jej gra była ryzykowna, starała się naciskać, dokładać mocy i precyzji w uderzeniach. A niewymuszone błędy jakoś nie wpadały do statystyk, wręcz przeciwnie – jeśli coś rosło, to głównie statystyka wygranych piłek. W dodatku gdy była zagrożona, to dochodził serwis, który niejeden raz ratował ją z opresji. Iga miała z tym większy problem, podanie raczej nie stanowiło w tym starciu jej atutu.
Polka często musiała się więc pomęczyć, żeby gema wygrać. Na szczęście to robiła, finalnie utrzymywała własne podanie. I do czasu tak naprawdę nie sposób było powiedzieć, która z nich wygra seta. Bo mimo wszystko, mimo znakomitej dyspozycji Mertens, mecz był całkiem równy.
Tyle że na koniec partii Elise wygrała 11 (!) punktów z rzędu.
Zaczęło się od 0:15 przy jej podaniu. Tu akurat nikogo jeszcze nie zaskoczyło, że zrobił się z tego gem wygrany do 15 właśnie. Natomiast w tie-breaku Mertens zagrała nagle tak, jakby przejęła na moment tenisową moc od Steffi Graf czy Sereny Williams z najlepszych czasów. Doskonale atakowała, świetnie się broniła i albo na własną rękę zdobywała punkty, albo zmuszała Igę do błędu. I tak siedem razy. W niedawnym, wspominanym już starciu z Vekić Świątek wygrała po raz pierwszy w karierze tie-breaka do zera. W tym meczu po raz pierwszy tak wysoko go przegrała!
Niesamowita w tym zasługa Elise, która grała wybitnie, jak mogłaby grać liderka rankingu. Zresztą było w tym tenisie trochę właśnie liderki, czyli Jeleny Rybakiny. Iga natomiast miała swoje problemy. Regularnie powtarzała sobie pod nosem – a często też głośniej – co robi źle i co robić powinna. Widać było, że rozumie, co się dzieje i co nie wychodzi. Tyle że nie była w stanie się do tych własnych uwag zastosować. A problemem była przede wszystkim wspomniana regularność – bo to nie tylko kwestie turniejów, ale tez punktów w poszczególnych meczach.
Just an edge above 🔥
@elise_mertens takes the lead against Swiatek 7-6(0) after a tight opening set!
#ChinaOpen https://t.co/497UboBBhU
— wta (@WTA) October 9, 2026
Iga miała problem w dłuższych wymianach, bo w końcu któreś zagranie często psuła. Więc próbowała grać szybciej. Wtedy jednak błędy też się mnożyły. Szukanie linii nie pomagało, sama mówiła sobie o „marginesach”, ale w tę linię nadal celowała.
No i efekt był taki, że często niepotrzebnie punkty traciła. W tie-breaku – siedem z rzędu.
Elise była nie do zdarcia
Trzeba przy tym, naprawdę, oddać mnóstwo zasług Elise Mertens. Genialnie była Belgijka dysponowana i w zasadzie ani na moment z tego poziomu nie zeszła. A to wielka sztuka, zagrać takie dwa sety w ćwierćfinale dużego turnieju i z tak renomowaną rywalką jak Iga Świątek. Mertens nie miała momentów zawahania, nawet gdy w danym gemie nie wszystko układało się po jej myśli, to grała swoje. Widać było, że ma rozpisane konkretne założenia taktyczne i – to ta różnica w stosunku do Igi – potrafi je zrealizować.
To był wielki tenis. To był dokładny tenis. To był, przede wszystkim, konsekwentny i, no właśnie, regularny tenis.
Mertens była w tym spotkaniu wszystkim tym, czym Iga niekoniecznie. Pełna spokoju, opanowania, z umiejętnością wyszukiwania zagrań najlepszych na daną okazję, niekoniecznie najdokładniejszych czy takich, które miałyby skończyć wymianę z miejsca. Ufała sobie, ufała swojej grze. Jasne, łatwiej to robić, gdy od początku czujesz się na korcie świetnie, ale naprawdę – nie mieć momentu zwątpienia, choć jednego, to sztuka. A Elise nawet w ostatnim gemie meczu, gdy serwowała i zaczęła od 0:30, po chwili dołożyła trzy genialne podania z rzędu i dostała piłkę meczową.
W niej od początku była jednak w defensywie. Tyle że gdy Iga nie wykorzystała przewagi sytuacyjnej i raz, a potem drugi – bo znów była stroną przeważającą – Elise była w stanie wrócić do wymiany z sytuacji beznadziejnej, właściwie można było zacząć czekać na wyrzucony forehand ze strony Polki, bo to zagranie często po prostu jej nie wpadało.
Zgadnijcie, jak skończył się ten mecz.
ANOTHER BIG WIN IN BEIJING!🤩
@elise_mertens defeats Swiatek in straight sets!
#ChinaOpen https://t.co/iypSchMkip
— wta (@WTA) October 9, 2026
Dokładnie tak – wyrzuconym forehandem. I to typowy objaw w spotkaniu, w którym Iga nie czuje się komfortowo, nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz w tym sezonie się to powtarza. Czasem jest w stanie Polka odnaleźć swoją najlepszą grę (jak z Vekić), czasem to po prostu nie następuje. Z wieloma rywalkami jej dzisiejsza dyspozycja by wystarczyła, mało tego – wielokrotnie w takiej formie ograłaby pewnie i Mertens. W tym meczu jednak Belgijka była fantastyczna.
I zasłużenie to spotkanie wygrała.
Idze Świątek pozostała analiza i dalsze treningi. Bo objawy tego, że ogółem jest lepiej, widać. Widać też jednak w wielu meczach, że to co najwyżej połowa drogi do powrotu w okolice światowej czołówki. Sporo kroków pozostało jeszcze do zrobienia. Takie mecze to udowadniają.
Iga Świątek – Elise Mertens 6:7 (0), 3:6
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix