Polacy przez własną głupotę giną w Tatrach. „Została z niego smuga krwi”

Jakub Radomski

08 października 2026, 17:27 • 13 min czytania 7

Reklama
Polacy przez własną głupotę giną w Tatrach. „Została z niego smuga krwi”

Michał kilka dni temu widział dziewczynę, która idzie na Zawrat w sportowych butach, bez raków. Namawiał ją do zawrócenia, bez skutku. Później zobaczył jej spadające ciało. Rafał pod Świnicą był świadkiem upadku mężczyzny do doliny. Ofiara, jego żona i dzieci – wszyscy byli w adidasach. Tatry od dawna są areną bezsensownych śmierci, ale w ostatnich dniach te tragedie się mnożą. Z czego się biorą? Co pcha w góry ludzi bez jakiejkolwiek wiedzy, rozsądku i świadomości zagrożeń? Będzie tylko gorzej, czy może jednak da się to jakoś zatrzymać? – Próbuję ludzi ostrzegać, ale patrzą na ciebie jak na totalnego idiotę – słyszę od jednego z rozmówców.

Reklama

Michał Warchoł, doświadczony wspinacz lodowy, wahał się, czy umieścić w internecie post z tym filmem. Ostatecznie to zrobił i nagranie pojawiło się w środę wcześnie rano na popularnej grupie „Tatromaniacy” na Facebooku. „Ono pokazuje tragedię, której byłem świadkiem na Zawracie. Zamieszczam je ku przestrodze, z ciężkim sercem i myślą o tej dziewczynie oraz jej bliskich” – napisał na początku.

Wideo trwa kilkanaście sekund. Nagranie pochodzi z kamerki, którą cały czas miał na sobie, kiedy schodził szlakiem turystycznym z przełęczy Zawrat, leżącej na wysokości 2159 m n.p.m., w stronę schroniska Murowaniec. W pewnym momencie widzimy ludzkie ciało, które pędzi w dół po śniegu, bezwładnie, odbijając się o coś co chwilę. Wszystko dzieje się błyskawicznie. Wiadomo, że tę osobę może uratować tylko cud. Ale tak się nie stało.

Szlak na Zawrat

Szlak na Zawrat

Reklama

Dla Michała ta historia jest tym trudniejsza, tym bardziej bolesna, że kilkanaście minut wcześniej usilnie przekonywał tę dziewczynę, żeby zawróciła. Nie posłuchała.

Był świadkiem śmierci młodej dziewczyny. „Wokół pełno krwi, pachniało nią”

Michał jest doświadczonym wspinaczem. W Tatrach jest regularnie, często wspina się w lodzie. Z Zawratu schodził z turystą, którego poznał podczas podejścia. Tamten był wyposażony: miał na nogach raki, w ręku czekan. Nie miał tylko kasku, a ten też jest w takich warunkach niezbędny, bo na szlaku był zmrożony śnieg, lód i mogły spadać odłamki. Sporo rozmawiali. Jego towarzysz był rozsądny, ale trochę bał się trudnych warunków. Dlatego schodzili razem.

– Nie uszliśmy daleko z przełęczy. Zobaczyłem dziewczynę. Była w zwykłych „salomonach”, butach sportowych. Nie miała raków, nawet raczków. A to się działo już wysoko, wokół lód. Byłem w szoku, ja ona w ogóle doszła tak wysoko. Mówię do niej: „Szalona dziewczyno, co ty robisz? Gdzie ty idziesz? Jeszcze mi powiedz, że nie masz raczków”. Ona odpowiada, że nie ma. Wtedy zamarłem, prawie zakląłem w duchu. I dodaję: „Kobieto, gdzie ty idziesz, ja cię nie puszczę”. Ona tłumaczy, że tylko chce wejść na górę.

– Kiedy spytałem, czy później kieruje się do „Piątki” (chodzi o schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich – przyp. red.), w ogóle nie zrozumiała, o co mi chodzi. Miała specyficzny akcent, wolała rozmawiać po niemiecku, ale polski też miała dość dobry. Mówi jeszcze raz, że ona tylko na górkę i wraca. Ja do niej: „Wiem, że jest ładnie, słońce, ale w sobotę był tutaj wypadek śmiertelny, zginął mężczyzna, nie możesz tam iść. A jeżeli już musisz, to dam ci raczki, które mam w plecaku. Chcę, żebyś dotarła do końca drogi”. Zawsze zabieram raczki, na wypadek, jakby coś stało się z rakami. Nie przyjęła tego podarunku. Uparła się, że pójdzie dalej. I poszła – opisuje Michał.

Reklama

Da się wyczuć, że ta historia ciągle mocno w nim siedzi.

Minęło kilkanaście minut. Najpierw usłyszał mocny szum. Sam był w nie do końca bezpiecznym terenie, więc ostrożnie się odwrócił. I zobaczył pędzące ciało. Od razu wiedział, że to ona. W pewnym momencie podskoczyła w powietrzu. Poleciała ok. 200 metrów.

– Domyślam się, gdzie zdarzył się wypadek. Wyżej była taka półka śniegowa z „parapetem” na szerokość półtora buta, bez łańcuchów. One zresztą w niektórych miejscach były przykryte śniegiem. To się musiało zdarzyć tam. Leciała jak worek. Zacząłem biec w jej stronę, ale miałem daleko. Natknąłem się na dwóch chłopaków, którzy szli w krótkich spodenkach i tylko w raczkach. Kazałem im wykręcić numer TOPR-u (Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe – przyp. red.), ale nie potrafili za bardzo wyjaśnić, gdzie jest ofiara.

– Powiedziałem ratownikom, że chodzi o to samo miejsce, co przy okazji tragedii 3 października. Dodałem, że będę stał obok niej i machał. Kiedy już prawie dochodziłem do ciała, wykonywałem rękami znak krzyża, żeby było im łatwiej. Spuszczono trzech ratowników. Spytałem tylko, czy jako świadek mam zostać na miejscu. Powiedzieli, że nie. To nie był przyjemny widok. Wokół pełno krwi. W zasadzie wzdłuż całego żlebu pachniało krwią – opowiada.

Reklama

Nagranie Michała, które zostało udostępnione również na platformie X:

„Zostały we mnie smutek, bezsilność i złość, że doszło do tej tragedii. Nie piszę tego, żeby ją osądzać. Chciałbym, żeby ten film skłonić kogoś do zatrzymania się i przemyślenia własnej decyzji, zanim będzie za późno” – napisał Warchoł na grupie.

Reklama

– Wiedziałem, że spotkam się z hejtem. Ktoś pomyśli, że zrobiłem to dla oglądalności, bo takie tragedie przyciągają widzów. Bałem się, że sporo ludzi może tak pomyśleć. Ale z drugiej strony niedługo wcześniej, 3 października, również byłem w Tatrach. Wspinałem się i widziałem, jak w tym samym miejscu dochodzi do tragedii, w identycznych okolicznościach. Wtedy był to mężczyzna. Też poniósł śmierć na miejscu. A ta dziewczyna? W mojej duszy ciągle siedzi myśl, że gdybym się bardziej uparł, może coś by to zmieniło. Ale starałem się jak mogłem, przekonywałem ją… – dodaje w rozmowie z Weszło.

Ratownik TOPR-u: Publikujcie takie rzeczy. Trzeba tych ludzi piętnować

Rafał Raczyński to geofizyk, fotograf i alpinista. Brał udział w wyprawach na sześciotysięczniki i siedmiotysięczniki, prowadzi też badania meteorologiczne i na swojej stronie internetowej publikuje prognozy pogody dla Tatr. Udziela się również aktywnie na grupach górskich, m.in. „Tatromaniaku”. Niedawno, gdy w Tatrach rozpoczęła się czarna seria bezsensownych tragedii, zdecydował się umieścić w internecie film.

Widzimy na nim człowieka, który ostrożnie pokonuje trudny trawers po śniegu. Po jego prawej stronie jest ostro w dół. Niebezpiecznie. Nagrywa inny mężczyzna i komentuje to wszystko tak: „Kochani, tu jest takie miejsce, że jakby się ktoś umsknął, to leci tu, tu, tu i tu, i na dole zatrzymają się jego części ciała”. Po chwili autor pokazuje swoje nogi. Na butach nie ma nawet raczków. „Jeżeli ktoś powie, że jestem nieodpowiedzialny, zgodzę się z nim” – komentuje autor filmu. Najwidoczniej wydaje mu się to wszystko bardzo zabawne.

– Opublikowałem ten film, bo pokazuje szczyt głupoty. Rozmawiałem na ten temat z ratownikiem TOPR-u, który mi powiedział: „Publikujcie takie rzeczy, trzeba ten typ ludzi piętnować”. Wrzuciłem to ku przestrodze – mówi mi Raczyński.

Reklama

I dodaje: – W Tatrach spadł pierwszy większy śnieg i są parszywe warunki. Szlaki są oblodzone, bo pod wpływem trochę cieplejszego powietrza śnieg zamarza. To warunki, które niestety sprzyjają wypadkom. Turyści lekceważą zasady i wszelkie ostrzeżenia. Chodzą w góry bez odpowiedniego sprzętu. Na dole jest jesień, piękna pogoda, dość ciepło, to myślą sobie: „Skoro tu nie ma śniegu, to tam też jakoś to będzie. A nawet jeśli będzie śnieg, to przecież sobie poradzimy”. Dużo osób jest totalnie nieprzygotowanych. Ładują się bez wiedzy i świadomości w trudne tereny. Najgorzej jest w północnym rejonie Rysów, na Orlej Perci, koło Zawratu i Przełęczy Pod Chłopkiem. Północne zbocza. Ostatnio słyszałem też, że zejście z Kopy Kondrackiej było mocno oblodzone . To powoduje masę problemów.

Rysy w zimowych warunkach

Rysy w zimowych warunkach

Zarówno Warchoł, jak i Raczyński stwierdzają, że jest coraz gorzej. Pokazują to też liczby, statystyki. Latem tego roku ratownicy TOPR-u udzielali pomocy aż 541 osobom. To o 32 procent więcej wypadków niż w analogicznym okresie w 2025 roku. Odnotowano 156 akcji z użyciem śmigłowca (o niemal 80 procent więcej niż latem rok wcześniej). Ktoś powie, że skoro w Tatrach rocznie pojawia się ok. pięciu milionów ludzi, to nie są olbrzymie liczby. Jednak zdecydowana większość tych wypadków to zdarzenia wynikające z nieuwagi, braku wiedzy czy po prostu głupoty. Najczęstszy przypadek interwencji to upadki i potknięcia (224 przypadki tego lata).

Reklama

Ale w ostatnich dniach jest gorzej, dużo gorzej. Na serwisach poświęconych górom i forach internetowych w zasadzie codziennie można przeczytać o czyjejś śmierci. Największe żniwa zbierają miejsca, które wymieniał Raczyński: okolice Zawratu i Orla Perć, czasami Rysy.

Ekspert: Niebawem zdarzy się kolejna tragedia w stylu tej pod Giewontem

Był 22 sierpnia 2019 roku. Setki ludzi, jak zwykle o tej porze, szły na Giewont. W końcu to charakterystyczna, legendarna góra. Wypada, wręcz trzeba na nią wejść. Jaka część z nich tuż przed wyjściem dokładnie przeanalizowała prognozy pogody dla Tatr? Pewnie garstka i właśnie ci ludzie zachowali zdrowy rozsądek. Zawrócili. Burza przyszła nagle, błyskawicznie, ale prognozy ją zapowiadały. Na górze i koło szczytu było wiele osób. Rozpętało się piekło. Po polskiej stronie zginęły cztery osoby a aż 157 zostało rannych. O tragedii pod Giewontem przez kilka dni informowały największe media. To zdarzenie mocno obnażyło niewiedzę turystów, ich skrajny brak świadomości.

Ale czy ono coś zmieniło? Raczyński jest przekonany, że nie. – Ta tragedia trwała krótko, była bardzo medialna, ale wkrótce to się skończyło. Po tamtej burzy byłem wielokrotnie w górach i widzę, że to nie nauczyło ludzi niczego. Wciąż zdarzają się porażenia piorunem. Ludzie lekceważą alerty. Stwierdzają: „Jakoś to będzie. Przejdzie bokiem”. A burza jest akurat czymś, co można w dużym stopniu przewidzieć. Uważam, że kolejna tragedia w rodzaju tej pod Giewontem to niestety kwestia czasu. Może się wydarzyć niebawem – mówi w rozmowie z Weszło.

W przypadku tragedii pod Giewontem TOPR współpracował ze strażą

Reklama

W przypadku tragedii pod Giewontem TOPR współpracował ze strażą

Sam w ubiegłym roku doświadczyłem skrajnej niewiedzy turystów. Sierpień, jest dość ciepło, trochę chmur, ale prognozy mówią wyraźnie, że za trzy godziny nadejdzie burza. Odpuszczam wycieczkę na Świnicę, idę do jednego ze sklepów w Zakopanem, niedaleko centrum. W środku cztery młode osoby, przyjechały z Mazur. Kupują po dwa piwa na „łebka” i pytają sprzedawczynię, którędy się idzie na Giewont. Niestety nie żartowali.

Jedno z nich miało tamtego dnia urodziny i wpadli na znakomity ich zdaniem pomysł, żeby pójść na ten Giewont, o którym nic nie wiedzieli, i strzelić na szczycie po dwa browary. Wyszli ze sklepu w stronę góry. Trzy godziny później rozpętała się burza, waliły pioruny. Sprawdzałem później serwisy górskie, ale nie było na nich informacji o żadnym wypadku czy tragedii.

Może ktoś ich zawrócił? Może sami odpuścili, bo okazało się, że ten Giewont jest jednak dużo trudniejszy niż sądzili? A może po prostu mieli gigantyczne szczęście?

Reklama

„Jedna wielka smuga krwi na śniegu. Tyle zostało z faceta”

Warchoł w ostatnich dniach dwa razy widział tragedię. Raz z bardzo bliska i to wciąż siedzi mu w głowie. Raczyński zawsze będzie pamiętał o sytuacji sprzed kilku lat. Majówka, pod szczytem Świnicy spotkał rodzinę: ojciec, matka i dwójka synów. – Wybrali się na ten naprawdę niełatwy szczyt w adidasach. Mężczyzna się poślizgnął, poleciał. Wylądował w Dolinie Cichej, na Słowacji, a żona i synowie zostali u góry. Trudna sytuacja. Wezwałem TOPR, ale zanim przylecieli ratownicy, trzeba było pilnować kobiety i tych dzieciaków, by nie ruszyli w stronę ojca. Skończyłoby się identycznie, byłyby cztery trupy. Na dole nie było czego zbierać. Jedna wielka smuga krwi na śniegu. Tyle zostało z faceta – opisuje.

Niektórzy zwracają uwagę, że nie do końca pozytywny jest wpływ znanych ludzi, influencerów, wśród których chodzenie po górach stało się modne. Niektórzy z nich publikują zdjęcia i filmy ze swoich wypraw, nie informując jednocześnie o tym, co trzeba mieć ze sobą albo na co uważać. A młodzi ludzie, zapatrzeni w idola, chcą być tacy jak on.

Raczyński idzie w podobnym kierunku. Mówi, że winne tym tragediom są w dużej mierze media społecznościowe. – Góry są dziś totalnie medialne i skoro jeden gość wszedł w efektowny sposób na Gerlach, to inni od razu tworzą jakieś własne historyjki w stylu: „On zrobił to tak, to ja wejdę tak”. Mieliśmy już paru zapaleńców, którzy myśleli, że przeskoczą grawitację, fizykę. Dla większości skończyło się to tragicznie. Media społecznościowe robią niestety złą robotę – przekonuje.

Obaj wielokrotnie widzą na szlaku ludzi, którzy igrają z losem.

Reklama

Warchoł: – To się powtarza nagminnie. Próbuję ludzi ostrzegać, zachęcać co zawracania, ale to się spotyka z negatywnym odzewem. Patrzą na ciebie jak na totalnego idiotę, takiego szeryfa bez prawa do rozkazywania im. Gdy wracałem z Zawratu i miałem w głowie śmierć tej dziewczyny, byłem rozwścieczony. A tu ludzie maszerują sobie w niewłaściwym stroju, bez raków i pytają, którędy na Zawrat. Zacząłem mówić ożywionym tonem: „Ludzie, tam właśnie zginęła dziewczyna. Jeśli nie macie sprzętu, to nie bierzcie się za to”. Niektórzy posłuchali, ale była para, która tylko parsknęła śmiechem i poszła dalej.

Michał Warchoł

Michał Warchoł

Raczyński: – Wychowano mnie w duchu szacunku, takiego nawet respektu do gór. Wszystkim mówię, że one nie wybaczają błędów. Czasy się jednak zmieniły. Dawniej ludzie chodzili w góry przygotowani, potrafili posługiwać się sprzętem. Dziś są tacy, którzy z czekanami i rakami łażą po Krupówkach, bo chcą pokazać, jacy to z nich wielcy turyści. A wyżej nie potrafiliby ich użyć. Jest masa nieodpowiedzialnych laików. Wszystkie te odpadnięcia, poślizgnięcia, kończące się zgonami to wina człowieka. Błąd ludzki. Lecąc po zmrożonym śniegu, szanse na wyhamowanie są niemal równe zeru.

Reklama

– Gdy pojawia się informacja np. o czwartym stopniu zagrożenia lawinowego, bardzo wysokim, to w Tatrach i tak są wyścigi, kto wejdzie wyżej i czego nie zrobi. Ludzie lecą do góry, bo jakiś kolega albo idol niedawno pochwalił się zdjęciem ze szczytu na Instagramie. Skoro on wszedł, to ja też wejdę. Niestety, ale uważam, że będzie jeszcze gorzej. Edukujemy, próbujemy apelować o rozsądek, ale to wszystko idzie bez echa – dodaje.

Warchoł przekonuje, że komunikaty TOPR-u stały się tak częste, że ludzie, jeśli je nawet czytają, mogą nie zdawać sobie sprawy, że to wszystko jest naprawdę poważne. – Ostatnio w cztery dni byłem dwa razy w tym samym miejscu. I zobaczyłem tam śmierć. To już nie jest normalne. Mam wrażenie, że ludzie często idą gdzieś wbrew logice, żeby cyknąć sobie zdjęcie. Ta dziewczyna najwidoczniej pędziła, żeby wejść na Zawrat na zachód słońca i mieć piękną fotkę. Gdy rozmawialiśmy, było po 15.00 – mówi.

Jak sprawić, by ludzie zrozumieli, jakie są zagrożenia? Raczyński: Edukacja w szkole

Pytam Raczyńskiego, czy, mimo że patrzy na to wszystko pesymistycznie, widzi jakąś drogę, by zwiększyć ludzką świadomość w kwestii zagrożeń w wysokich górach. Wymienia jedną, dość czasochłonną.

– Edukacja w szkole. Według mnie szkoła ogólnie powinna uczyć o bezpieczeństwie: nie tylko w górach, ale też np. nad wodą. Dawniej opieraliśmy się na przewodnikach albo wiedzy od osób starszych. Dziś większość młodych osób uczy się tego typu rzeczy z mediów społecznościowych. To wszystko idzie w złym kierunku. Nawet ludzie w wieku 30-40 lat, którzy powinni być rozsądniejsi, robią głupoty. Zachowują się, jakby ten, kto wejdzie wyżej w trudnych warunkach, miał dostać nagrodę. Przyjechali do Zakopanego, to przecież nie będą siedzieli w pensjonacie. Jeszcze jakiś czas temu upominałem takie osoby na szlakach, ale dostawałem zrypę, żebym nie interesował się życiem innych. Ich chodzenie po górach jest zerojedynkowe. Albo się uda, albo się nie uda. Trzeba próbować, ale niełatwo będzie to zmienić – tłumaczy.

Reklama

Rafał Raczyński

Rafał Raczyński

Proszę Warchoła, by na potrzeby tego tekstu wskazał kilka punktów, które powinny być obowiązkiem turysty wybierającego się w Tatry. Zwłaszcza teraz, gdy warunki nie należą na najłatwiejszych.

– Śledzenie prognoz pogodowych, to jest podstawa. Czytanie komunikatów TOPR-u. Jeżeli jest tak, jak teraz, że na podejściu na Zawrat zalega lodowa skorupa, obowiązkowo trzeba mieć raki, czekan i kask. Ja zawsze biorę jeszcze do plecaka raczki, na wypadek niespodziewanej awarii raków. Do tego prowiant i koniecznie latarka, bo dni są teraz krótsze. Najlepiej mieć kogoś obok siebie, raczej nie iść samemu. I dobre, górskie obuwie. Na pewno nie powinno się już teraz chodzić w miękkich sportowych półbutach. Ludzie powinni myśleć do przodu: brać ciepłą, zimową kurtkę, bo zawsze coś się może stać. Mogą np. zwichnąć nogę i leżeć przez jakiś czas w miejscu, gdzie nie ma zasięgu. Na tym polega myślenie i odpowiedzialność – kończy.

Reklama

JAKUB RADOMSKI 

Fot. Newspix.pl 

7 komentarzy
Jakub Radomski

Bardziej niż to, kto wygrał jakiś mecz, interesują go w sporcie ludzkie historie. Najlepiej czuje się w dużych formach: wywiadach i reportażach. Interesuje się różnymi dyscyplinami, ale najbardziej piłką nożną, siatkówką, lekkoatletyką i skokami narciarskimi. W wolnym czasie chodzi po górach, lubi czytać o historiach himalaistów oraz je opisywać. Wcześniej przez ponad 10 lat pracował w „Przeglądzie Sportowym” i Onecie, a zaczynał w serwisie naTemat.pl.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
MLS

Suarez pogratulował Messiemu. Wdzięczny, że grał w jego czasach

Maciej Bartkowiak
4
Suarez pogratulował Messiemu. Wdzięczny, że grał w jego czasach

Inne sporty

Reklama