Gael Monfils pożegnał się z francuską publicznością na Roland Garros po meczu I rundy. W Paryżu zjawiał się – z kilkoma wyjątkami przez 21 lat. To tam po raz pierwszy zachwycił w Szlemie. Tam doszedł w nim najdalej – do półfinału. I tam przed kilkoma dniami otrzymał owację na stojąco, odchodząc jako ostatni z francuskich Muszkieterów. Sport nie znosi jednak pustki. I na tym samym turnieju, gdzie Monfils się żegnał, pojawił się Moise Kouame. Nowa nadzieja Francuzów… i całego tenisa.
Gael Monfils odchodzi, pojawia się Moise Kouame
Piłka nożna – choć coraz rzadziej – ma pewną specyficzną kategorię zawodnika. Takiego, co go „ulice nie zapomną”, o którym dziadkowie będą opowiadać wnukom jak o najlepszym piłkarzu świata, a wnuki z rozczarowaniem potem zobaczą na Wikipedii, że to gość, co trofeów wygrał mało albo w ogóle i grał w średniakach.
Bo to nie w statystykach kryje się w takich przypadkach magia. Magia kryje się w zwodach, w zabawie, w radości, w dawaniu publice tego, czego publika chce. Takich zawodników jest coraz mniej. A sport ich potrzebuje.
Każdy sport. Tenis też.
CZYTAJ TEŻ: GAEL MONFILS. OSTATNI MUSZKIETER
A i na korcie przedstawicieli tego gatunku ubywa. Pablo Cuevas skończył karierę. Nick Kyrgios sam nie wie, czego w tym tenisie jeszcze chce, a i swoim charakterem zbyt często odpycha, zamiast przyciągać. Dustin Brown też już się z tenisem pożegnał. Carlos Alcaraz, który jest wielkim mistrzem, ale momentami po prostu dobrze się na korcie bawi, zdaje się jakimś cudem natury, niespotykanym wybrykiem określonych warunków.
Dalej w rankingu jest jednak mnóstwo zawodników grających podobnie. Tenis oparty na kondycji, na ciągłym przebijaniu piłki, na bieganiu. Niektórzy, owszem, się wyłamują, wolą atakować. Ale wciąż nie ma w tym tego elementu czystej radości. Najbliżej z TOP 50 jest tego chyba Alexander Bublik (choć on dokłada to tego sporo niechęci wobec tenisa samego w sobie, niestety), a potem… trudno kogoś wskazać.
W sporcie ubywa radości. W tenisie też.
A koniec kariery Gaela Monfilsa – który tuż za rogiem – sprawi, że będzie jej jeszcze mniej. Bo dziś to nie do wyobrażenia, że mieliśmy w tenisie człowieka tak niecodziennego w swej grze, tak entuzjastycznie do niej podchodzącego. Człowieka, który – owszem – chciał wygrywać, ale też chciał podziękować swoim tenisem fanom. Czasem może za bardzo, możliwe, że gdyby podchodził do tego inaczej, to nie zawodziłoby go zdrowie.
Ostatni mecz Gaela Monfilsa na Roland Garros:
Może nawet wygrałby Szlema? Miał do tego talent. W 2004 roku triumfował w trzech z czterech turniejów wielkoszlemowych na juniorskim szczeblu. W jednym pokonał go Andy Murray, całkowite zaprzeczenie Gaela, gość, który na korcie zdawał się cierpieć. Ale ugrał tym więcej.
Nie dziwi więc, w którą stronę tenis poszedł.
Ale jednak szkoda, co?
Magik
Elina Switolina – tenisistka ze ścisłego światowego topu, a prywatnie żona Gaela, mają wspólnie córkę – pisała na łamach The Players’ Tribune tekst o tytule „Your Dad, The Magician”. Pisała go dla córki, by ta kiedyś mogła zrozumieć, co Gael robił na korcie. Pisała: „Zrozumiesz kiedyś dlaczego czasami w tenisie chodzi o coś więcej, niż tylko tenis”.
Pisała o tenisowej kreatywności, o szybkości, o atletyczności, o inteligencji, o wszystkich tych cechach, które czyniły Gaela Monfilsa… cóż, Gaelem Monfilsem.
Pisała o magiku, po prostu.
Równocześnie pisała jednak o tym, że w sporcie nie zawsze najbardziej liczy się zwycięzca. Gael Monfils nigdy nie wygrał Szlema i pewnie nigdy nie wygra. Owszem, sam, wręcz ze łzami w oczach, mówił jeszcze kilka lat temu, że to wciąż jego marzenie. Wygrał jednak coś znacznie ważniejszego: uwielbienie fanów. Więź z ludźmi z całego świata, wyrażaną na linii jego rakieta – ich brawa.
Chłopak z czarnej rodziny, dziecko dwójki imigrantów, może nie z biedoty, raczej klasy średniej (jego ojciec grał profesjonalnie w piłkę), ale w sporcie tak konserwatywnym jak tenis – to on zdobył rzeszę ludzkich serc. To jednak nic. Zdobył je bowiem nie przez to, ile wygrał, jak wielkim tenisistą się okazał. Bo z perspektywy historii nie jest w gronie mistrzów, choć swoje ugrał, oczywiście. Te wszystkie serca, wszystkich tych fanów zdobył przez to, jakim tenisistą był.
A może nawet ważniejsze: jakim człowiekiem.
Otwartym, uśmiechniętym, chcącym dać na korcie coś od siebie. Potrafiącym walczyć, ale i oczarować. Wylać z siebie ostatnią kroplę potu, niekiedy dosłownie. Zostawić tam kolana, zostawić kostki, łokcie i co tylko popadnie. Francuzi najpierw byli rozczarowani całym tym pokoleniem, zwanym „Muszkieterami”, z Gaelem, Jo-Wilfiredem Tsongą, Richardem Gasquetem i Gillesem Simonem. Potem pokochali każdego z osobna.
Ale chyba żadnego z nich tak, jak Monfilsa. A tę miłość dzielili z kibicami z całego świata.
Bo ludzie – choć mogą zaprzeczać i udawać sportowych pragmatyków, dla których liczą się przede wszystkim trofea – ostatecznie kochają szczyptę magii w swoim życiu.
A u Gaela ta szczypta była gwarantowana.
Następca?
Gael Monfils schodzi więc ze sceny, a francuski tenis czeka na kogoś, kto zachwyci go tak, jak robił to on. Jest co prawda Arthur Fils, ale akurat na Roland Garros zrezygnował z powodu kontuzji. Dalej w rankingu – wciąż w TOP 50 – są Arthur Rinderknech, Ugo Humbert czy Corentin Moutet, ale to dobrze znane nazwiska. Solidni gracze, zdolni wygrywać duże mecze, ale jednak nie ten kaliber uwielbienia, nie ta charyzma. Adrian Mannarino, ostatni z Trójkolorowych, w pięćdziesiątce, to już z kolei absolutny weteran.
Niżej wygląda to podobnie. Francuzi – jeśli są – to raczej tacy, z którymi fani zdążyli już się zapoznać. Potencjalną euforię budzi jedynie Fils… i 318. w światowym rankingu Moise Kouame.
Kouame już jest przez wielu uważany za „nowego Monfilsa”. Nie dziwi – to czarny dzieciak, jeszcze nawet niepełnoletni, niesamowicie atletyczny, szybki i eksplozywny na korcie. Walczak, w drugiej rundzie zagrał wspaniałą pięciosetówkę i wygrał ją po super tie-breaku. Gdyby razem z Danielem Vallejo rozegrali jeszcze punkt albo dwa, dobiliby do pięciu godzin.
Ten mecz był prawdziwym przywitaniem się Kouame ze światem tenisa. Jasne, rundę wcześniej pokonał mistrza wielkoszlemowego, Marina Cilicia, ale Chorwat jest powoli po drugiej stronie tenisowej drogi. A z Vallejo młody Francuz mógł przedstawić swój pełen repertuar. Niesamowicie solidny i groźny backhand. Mocny i dokładny forehand, inny od tego „gaelowego”, bo z większa ilością top spina. Do tego szybkość. Do tego pomysłowość. Do tego rozumienie gry.
Ale też – co istotne – ten pozwolił mu też połączyć się z publiką.
Bo, o rany, gość to potrafi. Ma 17 lat, a na korcie przy żywiołowych francuskich fanach ani trochę się nie speszył – wręcz przeciwnie. Grał swoje i nakręcał się każdym okrzykiem z trybun. Na konferencji mówił potem: – Wiem, że ludzie przychodzą na trybuny, żeby oglądać show. Ja lubię je dawać.
I wiecie co? To widać. Może to jeszcze nie poziom Monfilsa, ale jest tam potencjał na kolejnego wielkiego showmana. Mniej w Kouame (chyba, choć na razie dostaliśmy na najwyższym poziomie jego małą próbkę) artysty, nieco więcej rzemieślnika, ale z pewnością mnóstwo gościa, który uwielbia ten kontakt z kibicami. Zresztą – to może i lepiej dla niego. Sam Gael jakiś czas temu mówił:
– [Mouse] ma świetną fizyczność, porusza się spektakularnie i może grać bezpośredni tenis, bo posiada wspaniały forehand i backhand taki, jaki ja chciałbym mieć. Jest też znacznie mądrzejszy, niż ja byłem w jego wieku, pokazuje wielką dojrzałość. – Starszy z Francuzów napomykał też, że może ta dojrzałość pomoże jego rodakowi w uniknięciu wielu błędów, które popełnił sam Gael.
A jeśli to się uda to… kto wie? Może będzie to ulepszony Gael Monfils? Może Francja nie będzie musiała długo ronić łez po tym, jak ich magik ostatecznie zejdzie – wraz z końcem tego sezonu – z kortu? A może rację ma trener Kouame, który powtarza, że każdego tenisistę powinno się rozpatrywać jako niezależną jednostkę, a nie porównywać do byłych gwiazd?
Kouame jednak pewnie porównań do Monfilsa się spodziewał, przynajmniej powinien. I na pewno Gaela podziwiał jako mniejszy dzieciak. Może więc mile łechtać mu to ego, ale kluczowe jest, by nie połechtało za bardzo.
Bo dla niego to dopiero początek drogi. A jeśli doprowadzi go ona choć tak daleko, jak Monfilsa, to i tak będzie to znakomita kariera.
Zwłaszcza jeśli będzie tak uwielbiany.
***
Moise Kouame swój mecz trzeciej rundy French Open rozegra dziś, jako trzeci od 11.00 na korcie Suzanne Lenglen (po spotkaniach Ivy Jović z Naomi Osaką oraz Aryny Sabalenki z Darią Kasatkiną). Jego rywalem będzie 36. w rankingu ATP Alejandro Tabilo.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix