To nie był wielki mecz, ale wygrał go wielki zespół. PSG obroniło tytuł!

Michał Kołkowski

30 maja 2026, 21:22 • 6 min czytania 31

Reklama
To nie był wielki mecz, ale wygrał go wielki zespół. PSG obroniło tytuł!

Finał tegorocznej edycji Ligi Mistrzów to raczej nie będzie mecz, do którego tak zwani neutralni kibice będą wracać z rozrzewnieniem wspomnieniami. Ze stadionu w Budapeszcie długimi fragmentami wiało nudą, a statystyki celnych podań po stronie Arsenalu w pierwszej połowie kazały się zastanawiać, czy Kanonierów nie prowadzi przypadkiem Leszek Ojrzyński w przebraniu Mikela Artety. Fani Paris Saint-Germain z pewnością liczyli na więcej fajerwerków, zwłaszcza mając w pamięci to, co przed rokiem wyprawiali podopieczni Luisa Enrique w finałowej konfrontacji z Interem Mediolan. Koniec końców, w Champions League 2025/26 zatriumfował jednak zespół wybitny. Mimo że wybitnie akurat w Budapeszcie nie zagrał, a sukces przypieczętował dopiero w konkursie rzutów karnych.

Reklama

Trzeba jednak przypomnieć nieśmiertelną regułę: finałów się nie gra, finały się wygrywa. No i PSG to właśnie uczyniło.

Obroniło tytuł w Lidze Mistrzów.

Oni są naprawdę wielcy.

Finał Ligi Mistrzów 2025/26. Kanonierzy szybko otworzyli wynik

Nie mógł się ten finał ułożyć lepiej z perspektywy Kanonierów. Po prostu nie mógł.

Reklama

Sześć minut – tylko tyle czasu potrzebowali podopieczni Mikela Artety, by wyjść w Budapeszcie na prowadzenie. Nie był to piękny gol, bądźmy szczerzy: cała akcja, o ile można to tak nazwać, zaczęła się od niechlujnego wykopu Marquinhosa, po którym piłka odbiła się od Leandro Trossarda w arcyszczęśliwy dla Londyńczyków sposób. Do bezpańskiej futbolówki dopadł wówczas ten, którego często nawet fani Arsenalu krytykowali za rażącą nieskuteczność. Ten, który stracił znaczną część sezonu 2025/26 z powodu kontuzji. Ten, który już kiedyś – a konkretnie: w 2021 roku – przesądził o losach finału Champions League. Kai Havertz.

Niemiec nie kalkulował, nie kombinował, nie szukał kwadratowych jaj. Zwyczajnie wparował z piłką w pole karne i – jak przystało na gracza Kanonierów – huknął jak z armaty. Matwiej Safonow nie zdążył nawet unieść rąk. Ba, chyba wciąż miał jeszcze przymknięte powieki, gdy piłka trzepotała już w sieci.

Reklama

Reakcja Londyńczyków na szybkie prowadzenie była łatwa do przewidzenia: „no to murujemy”.

I zamurowali. Przed przerwą gracze PSG mieli wprawdzie miażdżącą przewagę w posiadaniu piłki, oddali kilka strzałów, ale realnego zagrożenia pod bramką Arsenalu nie wykreowali tak naprawdę żadnego. Nie znaleźli sposobu na rozerwanie podwójnej gardy Kanonierów. A ci uprzykrzali im dodatkowo życie na wszelkie możliwe sposoby. Grali twardo, momentami wręcz bardzo ostro, ale kiedy tylko sami ucierpieli w jakimś starciu, to natychmiast wymuszali na arbitrze przerwanie gry. Każdą ukradzioną w ten sposób sekundę traktowali niczym bezcenną zdobycz, a Paryżanie mogli tylko zgrzytać zębami. Nie złapali rytmu w ofensywie nawet na sekundę.

W sumie to gorąco w polu karnym Arsenalu zrobiło się wyłącznie wtedy, gdy Bukayo Saka po własnym błędzie technicznym zagrał piłkę ręką (czy nawet obiema rękami). Ale jeśli chodzi o takie typowo strzeleckie okazje, to najlepszą miała… ekipa Artety. Zmarnował ją jednak autor gola na 1:0.

Koszmarny błąd Mosquery. PSG wróciło do gry

Nie ma co czarować, było to cholernie ciężkostrawne widowisko. No ale Arsenal w takich okolicznościach czuje się przecież jak ryba w wodzie, wiemy to nie od dziś. Gracze z Londynu nie brzydzą się grą w głębokiej defensywie, specjalizują się w podcinaniu oponentom skrzydeł. PSG tego właśnie w sobotę doświadczyło. Można było odnieść wrażenie, że w składzie obrońców tytułu (swoją drogą – względem ubiegłorocznego finału LM zmienił się w nim tylko bramkarz) brakuje tym razem klasycznej dziewiątki. Jakiegoś mocnego fizycznie napastnika, który ściągnie na siebie uwagę stoperów, trochę się z nimi poszarpie w walce o pozycję.

Reklama

PSG próbowało różnych sztuczek na rozmontowanie defensywy Arsenalu. Dryblingi, szybkie wymiany podań, miękkie zagrania górą nad głowami obrońców, celowo przeciągnięte dośrodkowania do szeroko ustawionego partnera. Absolutnie nic nie działało. Kanonierzy byli bezbłędni.

Ale tylko do 60. minuty spotkania.

Wtedy mistrzowie Francji wreszcie znaleźli mikroskopijną szczelinę w londyńskim murze. Dembele zagrał na klepkę, Kwaracchelia uwolnił się spod krycia, no i Cristhian Mosquera nie zdążył z interwencją – ewidentnie sfaulował szarżującego Gruzina. Sędzia bez wahania wskazał na jedenasty metr, ale nie sięgnął po żółtą kartkę, a byłby to drugi żółty kartonik dla reprezentanta Hiszpanii. Sytuację analizował jeszcze VAR, lecz w tym przypadku decyzja z boiska została podtrzymana.

Reklama

Najważniejsze jednak, że PSG dostało rzut karny, wykorzystany z dużym spokojem przez Ousmane’a Dembele.

Wielka kontrowersja w dogrywce

Zazwyczaj w takich okolicznościach mawia się, że wraz z wyrównującym trafieniem mecz zaczął się od nowa. No i w tym przypadku to wyświechtane sformułowanie rzeczywiście nieźle pasuje. Arsenal przy wyniku 1:1 nie mógł bowiem dalej koncentrować się wyłącznie na defensywie. Spotkanie się zatem wreszcie ożywiło, obejrzeliśmy przynajmniej namiastkę wymiany ciosów pod obiema bramkami, choć może bez gradu groźnych strzałów. Ale i takie się zdarzały. Jak choćby po błyskawicznym kontrataku PSG, kiedy Kwaracchelia z ostrego kąta huknął w słupek (jeszcze po interwencji Lewisa-Skelly’ego).

To w ogóle dość wymowne: kiedy tylko Arsenal przypomniał sobie o ofensywie, skrzydłowi PSG momentalnie nabrali impetu w swoich natarciach. Pojawiło się dla nich w końcu więcej miejsca. Mecz dwukrotnie mógł zamknąć wprowadzony z ławki Bradley Barcola, ale także i jemu zabrakło skuteczności.

Reklama

A skoro tak, to finał rozciągnął się do dogrywki.

Dogrywki, która przyniosła najpoważniejszą kontrowersję w tym spotkaniu. Wydaje się bowiem, że były podstawy, by podyktować rzut karny za faul na Nonim Madueke. No ale sędzia po gwizdek nie sięgnął, VAR nie interweniował, a poza tym w dogrywce działo się relatywnie niewiele. Nie licząc może dosłownie ostatnich sekund, kiedy Kanonierzy konkretnie docisnęli Paryżan i niewiele brakowało, by podbramkowe zamieszanie przyniosło im zwycięskie trafienie. Co do zasady było jednak widać, że obie ekipy są już po prostu wyczerpane i myślami coraz bardziej i bardziej uciekają w kierunku konkursu rzutów karnych.

Reklama

Rzut karne w finale Champions League.

Dostaliśmy więc ósmą serię rzutów karnych w finale w erze Ligi Mistrzów, a pierwszą od 2016 roku, kiedy pomyłka Juanfrana pogrążyła Atletico, zapewniając jednocześnie Realowi jedenasty Puchar Mistrzów w dziejach klubu. Wtedy spudłował tylko wspomniany Hiszpan.

Tym razem sknoconych jedenastek było nieco więcej.

Najpierw zawiódł Eberechi Eze. Drobił kroczkami, drobił, obserwował ruchy bramkarza, ale zapomniał o najważniejszym, czyli o wcelowaniu w światło bramki. Kanonierów na powierzchni utrzymał jednak David Raya, który popisał się kapitalną paradą po strzale Nuno Mendesa. Tylko że golkiper londyńskiego zespołu nic już nie mógł poradzić, gdy swój strzał grubo nad poprzeczką posłał Gabriel Magalhães. To była piąta seria. Na tym etapie marginesu błędu już nie ma.

***

Reklama

Co tu dużo gadać, wielki triumf Paris Saint-Germain, choć po niezbyt ekscytującym finale. Trzeba jednak oceniać francuską drużynę przede wszystkim za całokształt, no a chyba nikt nie ma wątpliwości, że jest to obecnie siła numer jeden europejskiego futbolu. Luis Enrique stworzył potwora: zespół potężny i piłkarsko, i mentalnie. Bo przecież to duża rzadkość, by odrobić straty w finale Champions League. Zwłaszcza gdy rywal jest tak niewygodny, gdy tak fenomenalnie spisuje się w defensywie.

Natomiast dla Arsenalu sezon 2025/26 wciąż jest bardzo udany. Odzyskanie mistrzostwa Anglii po przeszło dwóch dekadach rozczarowań to niebagatelny wyczyn. Ale nie ma co ukrywać, że ta seria rzutów karnych będzie się jeszcze długo Londyńczykom śniła. Zwłaszcza dwóm z nich.

Paris Saint-Germain – Arsenal FC 1:1 (0:1) k. 4:3

  • 0:1 – K. Havertz 6′
  • 1:1 – O. Dembele 65′ (rzut karny)

RZUTY KARNE:

  • 1:0 – G. Ramos
  • 1:1 – V. Gyokeres
  • 2:1 – D. Doue
  • 2:1 – E. Eze (nietrafiony)
  • 2:1 – N. Mendes (obroniony)
  • 2:2 – D. Rice
  • 3:2 – A. Hakimi
  • 3:3 – G. Martinelli
  • 4:3 – L. Beraldo
  • 4:3 – Gabriel (nietrafiony)
Reklama

fot. NewsPix.pl

31 komentarzy
Michał Kołkowski

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama