Andrzej Bargiel: Góry nie są przestrzenią do rywalizacji [WYWIAD]

Sebastian Warzecha

25 października 2026, 08:15 • 17 min czytania 0

Reklama
Andrzej Bargiel: Góry nie są przestrzenią do rywalizacji [WYWIAD]

Zjechał na nartach z ponad połowy ośmiotysięczników tego świata, ale sam mówi, że nie robi tego dla odhaczania pozycji z listy. Ostatnią wyprawę musiał zakończyć przedwcześnie ze względu na warunki, ale o bezpieczeństwie rozmawiamy głównie w kontekście Tatr. Mowa też o pasji do gór, skialpinizmie na igrzyskach olimpijskich i dzieciach, przez które coraz trudniej wyjeżdżać z domu. Ale nadal jeździ, bo, jak mówi, to jego pasja. – Po prostu lubię być w górach. Na wyprawach odpoczywam – twierdzi. Zapraszamy na duży wywiad z Polakiem, który już jest legendą himalaizmu.

Reklama

Andrzej Bargiel o Tatrach, igrzyskach i bezpieczeństwie w górach

Co jest trudniejsze: wyjście na szczyt i zjazd z niego czy moment, gdy trzeba odwołać wyprawę z powodów niezależnych od ciebie?

Zawsze najtrudniejsze jest podjęcie tego typu decyzji. Gdy wszystko idzie gładko, to jest przyjemnie – niezależnie od tego, jak wymagające rzeczy robisz, bo masz satysfakcję z tych trudów. Myślę jednak, że z czasem masz większy dystans do tego wszystkiego i świadomość, że trzeba tak zdecydować. To jest wpisane w naszą działalność. Ja po prostu to lubię i na koniec ważne jest to, żeby nadal móc to robić. (śmiech)

Jestem też przewodnikiem wysokogórskim, znam to od tej strony. Góry są niebezpieczne, a zarządzanie ryzykiem jest w nich kluczowe. Czasem trzeba być otwartym na zmianę planów. Niezależnie od tego, czy jesteś w Himalajach, czy w Tatrach, to zasady są takie same. W dużo niższych górach brak tej otwartości na zmiany, pakowanie się w trudne warunki, może skończyć się tak samo źle. Wiem o tym i mam duży szacunek do przyrody.

Byłeś w Himalajach, gdy w Tatrach doszło do kilku wypadków, w tym śmiertelnych. Dotarły do ciebie te historie?

Reklama

Tak. To też daje do myślenia, choć mi osobiście głównie sytuacje, które są powiązane z działalnością osób naprawdę doświadczonych. Góry nie wiedzą, że jesteśmy fachowcami i te zdarzenia zawsze o tym przypominają. Dotyczą każdego z nas tak samo. Bo jak jest zagrożenie, to niezależnie od twojego doświadczenia, może ci się stać krzywda.

Szerpowie też giną.

Nawet osoby z ogromnym doświadczeniem górskim, które wielokrotnie zdobywały ośmiotysięczniki i znają warunki panujące na dużych wysokościach, nie są całkowicie wolne od ryzyka. To pokazuje, jak ważne jest zachowanie pokory wobec gór, niezależnie od umiejętności i liczby zrealizowanych wypraw. Mieliśmy na przykład wypadek Nepalczyka Nirmala Purji, który zginął na ścianie Broad Peaku. Miał ogromne doświadczenie, był kilkadziesiąt razy na ośmiotysięcznikach, robił to w zasadzie na co dzień. Nie można popaść w przeświadczenie, że jesteśmy najlepsi i nic nam się nie stanie.

Natomiast wracając do Tatr, tutaj mamy sporo do zrobienia, jeśli chodzi o edukację społeczeństwa, żeby ludzie byli bardziej otwarci i zaangażowani w planowanie i rozumieli, w co właściwie się pakują. Są miejsca, gdzie można tych informacji zaczerpnąć – służby ratunkowe, parki narodowe. Oni ogłaszają komunikaty, do których trzeba się stosować. Bo to nie chodzi o to, że ktoś nam po prostu czegoś zakazuje. To są ostrzeżenia, które mogą nas uchronić przed zrobieniem sobie krzywdy.

Reklama

Wydaje ci się, że te Tatry trochę za bardzo „oswoiliśmy”? Zaczyna nam brakować dla nich respektu?

Nawet ja wśród znajomych miałem wiele sytuacji, gdy ludzie tak działali. Byli w Tatrach latem, w dobrych warunkach, gdy po szlakach możesz się poruszać w lekkich butach i lekko ubranym. Wtedy to wszystko działa, jest przyjemnie, sielanka po prostu. To zostaje ci w głowie, a potem lądujesz w tych górach o innej porze roku. Przychodzi anomalia pogodowa, na przykład spada śnieg wczesną jesienią, robią się przymrozki, oblodzenia.

I jest problem.

Reklama

Ktoś tego nie rozumie, bo nie jest z Podhala, nie mieszka w górach. Przyjechał tam z domu, gdzie było 15 stopni i ma poczucie, że to jeszcze jakieś letnie warunki, nawet w samym Zakopanem może tak jeszcze być. I taki ktoś nie ma sprzętu, nie jest przygotowany, a ląduje w jakimś trudnym, nieprzyjaznym miejscu. Często brakuje mu też dystansu, żeby zawrócić, bo się przygotowywał do konkretnego wyzwania, osiągnięcia celu. Więc brnie, brnie i kończy w takim miejscu, że już za bardzo nie ma odwrotu, bo czasem w dół jest trudniej niż do góry.

To naprawdę częste sytuacje – po prostu postrzega się pewne miejsca na podstawie chwil, gdy było super. W górach jednak warunki są różne i to one decydują o niebezpieczeństwie. Trzeba pamiętać, że nawet w pozornie łatwym miejscu tak naprawdę może być trudno.

Jakiś wpływ ma na to internet? Influencerzy z filmikami z gór, znajomi, którzy chwalą się zdjęciami ze szczytów. Włącza się podejście: „oni mogli, to i my możemy”? Bo turystyka w Tatrach stała się na tyle powszechna, że wielu osobom wydaje się, że to wszystko to będzie bułka z masłem.

To prawda. Mamy w Polsce niesamowitą historię działania w górach wysokich, ale z drugiej strony jako społeczeństwo nie mamy dużego doświadczenia i takich tradycji górskich, jakie są w krajach alpejskich. Przynajmniej w dużej skali. Na dodatek ja nie znam przy tym bardziej zatłoczonych gór od Tatr. Zdaje się, że po prostu nie nadążamy z edukacją. Tu jest dużo do zrobienia, powinniśmy się tego podejścia do gór i zachowania w nich uczyć od najmłodszych lat.

Reklama

Internet przy tym pędzi i faktycznie jest, jak mówisz – inspirujemy się ludźmi, których śledzimy. Często to są osoby, które robią fajne rzeczy w górach, ale nie zajmują się tym zawodowo. Tego jest masa. Warto zadbać o to, żeby obok inspirujących treści pojawiało się też jak najwięcej rzetelnych informacji o bezpieczeństwie w górach. Organizacje związane z górami mają tu bardzo ważną rolę do odegrania w docieraniu do młodszych odbiorców, ale też do całego społeczeństwa. To duże wyzwanie. Bo czym większa skala tych zjawisk, tym więcej trzeba robić w internecie. Przebijać się do społeczeństwa.

Andrzej Bargiel o ostatniej wyprawie. „Ryzyko było za duże”

Co zdecydowało o ostatecznym odwołaniu twojej ostatniej wyprawy, na Dhaulagiri, i czy można to przełożyć jakoś na Tatry? Czy doświadczenia z ośmiotysięcznika mogą się sprawdzić na Rysach albo Zawracie?

Sytuacja w Himalajach jest inna o tyle, że tam nie ma służb ratunkowych czy parku narodowego, który wydaje komunikaty i ostrzeżenia. Musisz działać w towarzystwie osób bardziej doświadczonych – jeżeli się na tym nie znasz – albo mieć pełną samodzielność w górach, która wynika z doświadczenia i pozwala ci dostrzegać, oceniać zagrożenia. Psychologicznie działa jednak to tak samo. Ktoś coś planuje, wybiera określony cel. Stąd duża pokusa, by go zrealizować. Trzeba sobie z tym jednak radzić i mieć dystans. Po prostu cieszyć się z tego, że można być w tych górach. To kluczowe – doceniać, że w ogóle jesteśmy wśród tej przyrody i możemy tam działać.

A moja wyprawa? Ryzyko po prostu było za duże. To był trudny sezon. Zaczęło się już w Pakistanie, gdzie było dużo wypadków lawinowych. Potem planowałem wyjazd do Tybetu, ale to się rozsypało po olbrzymiej lawinie, która zasypała przejście graniczne pomiędzy Tybetem a Nepalem. Uznaliśmy więc, że skoro wszystko mamy gotowe, to jedziemy do Nepalu. Tam przywitał nas cyklon i trzymetrowe opady śniegu. Chcieliśmy wrócić w doliny, w bezpieczne miejsce, bo samo przebywanie w górach było bardzo ryzykowne. Schodziły lawiny, a pod Himlungiem jedna z nich zasypała bazę, miejsce, które zazwyczaj postrzegamy jako stosunkowo bezpieczne. To pokazuje, jak poważne było zagrożenie. Zginęło tam piętnaście osób.

Reklama

Ostatecznie trafiliście więc pod Dhaulagiri.

Tak, kiedy warunki się ustabilizowały. Tam bardzo szybko się zaaklimatyzowałem, doszedłem w okolice 7000 metrów i wydawało się, że to wszystko może się udać. Na koniec niestety pojawił się opad na poziomie 40-50 centymetrów. Do tego z mocnym wiatrem, a ten wiatr przy opadach generuje bardzo duże zagrożenie lawinowe – odkładają się depozyty śniegu i w momencie, gdy wejdziesz na taki depozyt, może zejść lawina.

Nie mogłem się poruszać w tym terenie, bo w nim wcześniej nie byłem, a był dziki, nieprzetarty. Na wysokości 7500 metrów była też taka pułapka terenowa, której nie chciałem pokonywać nocą, bez widoczności. Nie byłbym w stanie ocenić warunków. Do tego przyszła prognoza, że istnieje zagrożenie huraganem od godziny 11:00. Okno pogodowe się skróciło, bo pierwotnie miał być cały dzień dobrej pogody. Musiałem zrezygnować. Moment na działanie był zbyt krótki, a warunki zbyt niebezpieczne. Nawet teraz, w domu, przyglądam się prognozom i widzę, że okno pogodowe faktycznie się skończyło. Ten sezon jesienny jest wymagający – w górach jest co prawda mniej ludzi, ale warunki mamy trudniejsze.

Reklama

Andrzej Bargiel na zboczu Dhaulagiri.

Mówisz o tych wszystkich trudnościach, a ja zastanawiam się cały czas, czy to w ogóle jest tego warte? Co ciebie pcha w te góry? Rozumiem planowanie wyprawy, chęć zdobycia szczytu, odkrycia nowych dla siebie terenów. Ale gdy już jesteś na miejscu i sytuacja wygląda tak, jak to opisałeś – co sprawia, że nadal chcesz spróbować?

To jest pasja. To nie tak, że ja mam jakieś poczucie, że muszę robić same skomplikowane rzeczy. Po prostu lubię być w górach i to super sprawa, że można w takim otoczeniu przebywać. W górach zawsze odnajdywałem poczucie wolności. To mnie tam ciągnie. Odpoczywam też na tych wyprawach, bo to czas dla mnie.

Odpoczywasz? W to już naprawdę trudno uwierzyć.

Reklama

(śmiech) Wiesz, jak się funkcjonuje we współczesnym świecie. Cały czas intensywnie, dużo rzeczy na głowie. A tam naprawdę mamy czas, by skupić się na innych rzeczach. Można poczytać, posłuchać muzyki, a poza tym to super przygoda. Jeżdżę z moimi przyjaciółmi, z wiekiem doceniam w zasadzie to, że mogę tam być. Ten szczyt to nie jest coś, co rozpatruję w formie sukcesu bądź porażki, zero-jedynkowo. Wiadomo, że jest ambicja, chęć, ale jeśli się nie uda, to też jest w porządku. Nie mam poczucia straconego czasu.

Czyli dla ciebie taka wyprawa, którą trzeba odwołać, nie jest nieudana? Czy tego słowa w ogóle w tym kontekście używasz?

Po prostu nie byłem na szczycie. Z ciekawości, wiadomo, chciałbym być. (śmiech) Natomiast jest to udana wyprawa, a przede wszystkim wyprawa szczęśliwa. Wszyscy wrócili, wszyscy są zdrowi. Wróciliśmy z przekonaniem, że to była jedyna słuszna decyzja i tak trzeba było zrobić. Nie mamy poczucia niespełnienia. Trzeba mieć do tych gór odpowiednie podejście. Nie zawsze przyroda daje nam szansę zrealizować założone cele. Tak to już jest.

„Koledzy przesuwają granice”. Bargiel o rozwoju skialpinizmu

Skoro o celach – myślisz o tym, żeby z nartami zaliczyć wszystkie ośmiotysięczniki?

Reklama

Nie mam takich ambicji. Moje wyprawy obejmowały też Pamir, Tienszan [łańcuchy górskie w Azji, oba bez ośmiotysięczników – przyp. red.], Andy, Patagonię czy niższe, niezdobyte jeszcze szczyty w Karakorum. Dla mnie ideą zawsze było to, żeby realizować marzenia i docierać w wyjątkowe miejsca. To jest cel i tak do tego podchodzę. Pewnie jakbym miał te ośmiotysięczniki koniecznie zdobyć, to dawno bym się tym zajął. To jednak nie tak, że ja mam jakiś dzienniczek ze szczytami, które chcę zdobyć, nawet pod Dhaulagiri – jak mówiłem – znaleźliśmy się po części przypadkiem. Pomysły przychodzą same. Na razie nie mam na przykład planu na kolejne przedsięwzięcie – muszę odpocząć, spędzić czas z rodziną i potem się nad tym zastanowię.

Dhaulagiri to raczej niekojarzony u nas ośmiotysięcznik. Z twojej perspektywy, po pierwszej wizycie – co to za góra?

Na pewno leży w innym rejonie niż bywałem dotychczas. Blisko Annapurny, na którą ze zbocza Dhaulagiri są zresztą piękne widoki. Myślę, że to jest narciarska góra i analizowałem to też pod tym kątem, że to jeden z nielicznych szczytów w Himalajach, na którym można działać w sezonie jesiennym. Zaskoczyło mnie też to, że było bardzo dużo śniegu. Dotarliśmy do bazy i okazało się, że leżą tam trzy metry. Normalnie śpi się na lodowcu, kamieniach, a tutaj było totalnie biało. Idealne otoczenie dla narciarstwa. Zresztą dwukrotnie miałem super zjazd do poziomu bazy, warunki pomiędzy obozem drugim a bazą były bardzo okej. Ta kopuła szczytowa jest bardzo skomplikowana, szczególnie bez dobrej widoczności, bo teren tam jest bardzo rozległy. To nie formacja, która byłaby charakterystyczna – żaden żleb czy grań. Jedziesz przez pola śnieżne, trawersujesz – to jest wyzwanie, bo taki zjazd w kiepskich warunkach może się okazać niebezpieczny.

Reklama

Powiedziałeś, że to góra narciarska. A myślisz jednak, że są góry, z których zjechać się nie da?

Na pewno. Czasem trafiają się praktycznie pionowe turnie, na których nie leży śnieg. Wszystko, co ma powyżej 60 stopni nachylenia już zaczyna być takimi miejscami i to jest teren wspinaczkowy. Natomiast jest mnóstwo przestrzeni do uprawiania narciarstwa i to niesamowite, jak na przykład koledzy z Alp przesuwają granice i zjeżdżają drogami wspinaczkowymi. Ileś lat temu nikomu do głowy by nie przyszło, że tam można jeździć na nartach! To były przecież wyzwania wspinaczkowe. To jest niesamowita rzecz, z podziwem patrzę na przykład na takiego gościa jak Vivian Bruchez, który wyczynia cuda na nartach. Jeździ po takich ścianach, że strach na to patrzeć.

W środowisku narciarskim chyba bardzo powszechny jest ten wzajemny podziw? Ty mówisz tak o Bruchezie, wiele osób podobnie wypowiada się o tobie. Każdy każdego szanuje.

Góry tak naprawdę nie są przestrzenią do rywalizacji. Opiera się to wszystko na kreatywności. Fajnie widzieć, że to środowisko się rozwija. Sam miałem wiele miłych spotkań gdzieś w Alpach czy zaproszeń od osób, które śledzą moją działalność. W ogóle w górach jest wiele takiej otwartości. Lubię to, myślę, że to zdrowe. Rywalizacja w górach rodzi kłopoty, trzeba się jej wystrzegać.

Reklama

Andrzej Bargiel o skialpinizmie na igrzyskach. „Nikomu nie powinno przeszkadzać”

Co w takim razie myślisz o tym, że na tegorocznych igrzyskach pojawił się skialpinizm, a na tych za cztery lata będzie obecny freeride? Wiem, że są w tych środowiskach osoby, którym niekoniecznie się podoba ta „zawodowa” odmiana. Zwłaszcza tego drugiego sportu.

Patrzę na to z tej perspektywy, że jak sam uprawiałem skialpinizm, to chciałem to robić jak najlepiej i ścigać się z najlepszymi. W zasadzie doszedłem nawet do tej czołówki światowej, ale w wieku 20 lat musiałem zakończyć karierę, bo nie miałem na nią kasy. To był trudny moment i powód, przez który potem znalazłem się w Himalajach. Chciałem uprawiać ten skialpinizm i wyszło, że mogę to robić już na sportowej emeryturze. (śmiech)

Igrzyska dają jednak młodzieży, zawodnikom szansę na finansowanie, bo nie każdy ma na tyle kasy, by robić to samemu. To możliwość stworzenia zaplecza, pozyskania środków, trenowania. A jak jesteś pasjonatem, który tak nie chce, to nie musisz w to wchodzić. Jest wielu narciarzy zmęczonych rywalizacją, którzy idą bardziej w stronę produkcji filmów i innych fajnych projektów. Mają swoją przestrzeń, przygodę i poczucie, że robią to po swojemu. Każdy może wybrać swoją drogę i nikomu nie powinno przeszkadzać, że jest ta odmiana sportowa.

Kiedy zaczęto mówić o skialpinizmie na igrzyskach, to nie miałeś myśli w głowie, że może fajnie byłoby zobaczyć, czy dasz radę się tam zaczepić?

Reklama

Tak, miałem takie ambicje. Skialpinizm miał się stać dyscypliną olimpijską w Vancouver, w 2010 roku. Tyle że w 2006 roku na mistrzostwach świata zeszła lawina, pod którą zresztą też się znalazłem. Byli tam wtedy obserwatorzy z ramienia MKOl-u, wtedy ta forma była bardzo techniczna, górska. W efekcie się to wszystko „rozleciało”. I też przez to trudno mi to było robić w dłuższym terminie.

Ja wtedy pracowałem, a na Puchary Świata jeździłem sam, prowadząc samochód przez 1800 kilometrów. Nie było mnie stać, żeby tam pojechać odpowiednio wcześniej. Nie miałem żadnego wsparcia: serwismena, fizjoterapeuty czy trenera. To się zrobiło w pewnym momencie zbyt kosztowne, również pod kątem zdrowia. Teraz byłoby inaczej, choć skialpinizm pojawił się na igrzyskach w formie… nieco komicznej, która dość mocno odbiega od jego tradycyjnej, górskiej odmiany. Bo nie ma to wiele wspólnego ze skialpinizmem, to po prostu wyścig po trasach narciarskich, nie ma tu tego połączenia narciarstwa i alpinizmu, które dla mnie zawsze było istotą tej dyscypliny.

Inaczej chyba nie byłoby go jednak w ogóle.

Myślę, że to jedyna droga do tego, by w konsekwencji móc wprowadzić te konkurencje bardziej „pierwotne” na igrzyska. Tak samo było zresztą ze wspinaczką sportową, bo ta wspinaczka na czas to było jakieś sprawienie, by było to bardziej zrozumiałe dla widza. Teraz jest kilka konkurencji i to duży sukces. Pamiętam, że jak my ze skialpinizmem byliśmy blisko igrzysk, to wspinaczka dopiero pod tym względem raczkowała. To pokazuje, jak przewrotny jest los. To jednak cenne dyscypliny, bo Polacy mogą się w takich sportach pokazać. Łatwiej się przebić w sportach nowych, niż w konkurencjach, które od dawna są na igrzyskach. Wszyscy startują z podobnego poziomu.

Reklama

Wspomniałeś o Polakach, a moje pytanie o freeride i skialpinizm wynikało z tego, że niedawno robiłem wywiad z Zuzą Witych, która we freeridzie jest aktualną mistrzynią świata. I, rozmawiając, tak sobie to wszystko stopniowaliśmy, bo dla mnie – narciarza całkowicie amatorskiego – to, co robi ona, to już jest szaleństwo. Tymczasem jak spytałem Zuzę o to, co myśli o tym, co ty robisz, to powiedziała z całą sympatią, że „to dopiero jest szaleństwo!”.

(śmiech) Zawsze jak jesteśmy od czegoś daleko, to trudno nam sobie to wyobrazić. Pewnie jakby się kilka razy pojawiła na tej zasadzie w górach i tego spróbowała, to widziałaby to już inaczej. Zuza natomiast jest przykładem tego, o czym wcześniej mówiłem – dzięki talentowi, ogromnej pracy i determinacji od podstaw zbudowała fantastyczną karierę. Po tym, jak wygrała zawody Freeride World Tour, myślałem, że doszła do sufitu. Tymczasem okazało się, że została mistrzynią świata, a teraz będę trzymać kciuki, żeby została też mistrzynią olimpijską. Fajne jest to, że mimo tego, że nie jesteśmy tak bardzo górskim krajem, kojarzonym z narciarstwem międzynarodowo, to trafiają się takie historie. To też przecież super motywacja dla młodzieży. Pokazuje, że jeżeli o czymś marzymy i na to pracujemy, to możemy osiągnąć wielkie rzeczy.

Ciekawe dla mnie w twojej wcześniejszej wypowiedzi było to, że wydawałeś się – wnosząc po twoich słowach – być sto razy bardziej zmęczony trudnościami z czasów zawodniczych, niż trudnościami jakie przeżywasz teraz. A tu lawiny, cyklony, odwołane wyprawy…

Reklama

Wiesz, jeżeli chcesz coś robić na wysokim poziomie, a nie masz odpowiednich możliwości, to musisz wykonywać tytaniczną pracę. Jesteś młodym człowiekiem, masz marzenia, cele, ten sport jest twoim sensem życia. Moment, gdy przestajesz wierzyć, że to się może udać, jest niezwykle trudny. Tak to u mnie było. Nie wiedziałem, co mam dalej robić w życiu, bo przecież wszystko podporządkowałem temu marzeniu o skialpinizmie. Z kolei jeżeli wszystko masz poukładane i dostajesz odpowiednie możliwości, to jest to proste.

W efekcie w 2012 roku odbyłeś pierwszą wyprawę w Himalaje, na Manaslu. Za pół roku minie od tego momentu 15 lat. Masz w głowie myśl, że kiedyś się z tymi górami pożegnasz czy nie masz żadnego terminu i dopóki dasz radę, to będziesz tam cały czas?

Wiesz co, póki co się dobrze czuję. Choć mam na to wszystko coraz mniej czasu. (śmiech) Są też przecież żona i dzieci. Na pewno nie wyobrażam sobie życia bez gór. Jestem otwarty na to, że z czasem będę tam bardziej turystycznie. Nie mam z tym problemu, bo po prostu lubię być w górach, nawet spacer w Beskidach czy wypad na rower są spoko. Nie obrażę się nigdy na góry i nie wyrzucę sprzętu do kosza.

Antarktyda i rodzina. Jakie są kolejne cele Bargiela?

A zamienisz góry na inne miejsca? Przy okazji twojego realizowanego stale projektu „Tu są lwy” mówiłeś na przykład o tym, że kusi cię Antarktyda. Zakładam, że nawet nie tyle góry, co cała tamtejsza przestrzeń?

Reklama

Przestrzeń jest tam wyjątkowa, a też przez to, że mamy ocieplenie klimatu, to można docierać w miejsca, gdzie jeszcze nikogo nie było. Ale góry też – tam są szczyty, gdzie masz 2000 metrów przewyższenia od poziomu wody. Obserwuję osoby, które eksplorują te tereny i to wygląda niesamowicie. Planowałem już taką wyprawę, ale pojawiły się dzieci i może będę musiał trochę poczekać, bo to wyjazd dłuższy niż w Himalaje. Teraz nie było mnie trzy tygodnie, tam by to pewnie trwało… z sześć, może siedem?

Trudniej wyjeżdżać, jak masz dzieci? Córka za niedługo obchodzić będzie trzecie urodziny…

Jest córa, jest syn i przez to jest bardzo trudno. Coraz bardziej tęskni się za rodziną, dziećmi, domem. To zabiera ci tę pasję. Bo już nie jest tak samo, wcześniej to było jakieś takie poczucie beztroski – wyjeżdżasz i to twój czas. Teraz to już nie jest takie oczywiste.

Dzieci cieszą się, że wróciłeś do domu?

Reklama

Tak, choć wiesz, ja staram się być w tym domu. (śmiech) To nie tak, że nie ma mnie tam 300 dni w roku.

Ale dla trzyletniego dziecka nawet trzy tygodnie to wieczność.

Jasne, to też dużo dla mnie. Brakuje tego kontaktu z dzieckiem, spędzania z nimi czasu. To jest największa przygoda, jak tak patrzę na moje życie.

Reklama

Dzieci to przyszłość, więc na koniec o nią zagadnę. Jak myślisz: szybciej ty zrezygnujesz z tych zjazdów w wysokich górach czy zrobi to za ciebie ocieplenie klimatu, które już teraz momentami sprawę utrudnia?

Mam nadzieję, że aż tak szybko to ocieplenie nie wygra. Musimy budować świadomość tego, że każdy z nas ma wpływ na przyrodę. To są nasze codzienne decyzje. Choćby oszczędzanie wody, gaszenie światła – zwracanie uwagi na takie codzienne rzeczy. My na Podhalu mieliśmy spore wyzwania, na czele ze smogiem. Wszyscy zresztą mamy te wyzwania. Jako społeczeństwo powinniśmy oczekiwać od polityków konkretnych działań, które sprawią by coraz więcej energii pochodziło z czystszych źródeł. Dziś duża część energii nadal pochodzi z węgla, którego wydobycie jest nierentowne, a on sam nie jest ekologiczny. A tu chodzi o klimat, ale też o nasze zdrowie. W miastach mamy smog, jak do tego żyjesz w jakiejś niecce, bez przewiewu, ten problem jest szczególnie odczuwalny. Warto to zmienić.

Autorzy fotografii wykorzystanych w tekście: Bartłomiej Pawlikowski, Maciej Sulima i Pasang Rinzee Sherpa.

Reklama
0 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
MLS

Lewandowski znowu bez gola. Tak źle nie było od… początków w Borussii

Braian Wilma
0
Lewandowski znowu bez gola. Tak źle nie było od… początków w Borussii
La Liga

500 zł za wygraną lub remis Barcelony z Realem w Superbet! (stawka 2 zł!)

Damian Maniecki
0
500 zł za wygraną lub remis Barcelony z Realem w Superbet! (stawka 2 zł!)

Inne sporty

Reklama