Freeride? A co to właściwie? Pewnie wielu z was mogłoby teraz o to zapytać. Przede wszystkim więc: nowa dyscyplina olimpijska, w 2030 roku pojawi się na zimowych igrzyskach. A my mamy w niej aktualną mistrzynię świata. I to z nią rozmawiamy o freeridzie właśnie. Poruszamy temat igrzysk, rozwoju tego sportu i, no właśnie, wolności, jaką daje. Jest też o lawinach, Andrzeju Bargielu czy byciu artystą. Bo Zuza Witych artystką jest, tyle że maluje na śniegu – swoje przejazdy. Warto poznać freeride bliżej, bo kto wie, czy za cztery lata nie ucieszymy się w nim z olimpijskiego medalu.
Zuza Witych. Wywiad z mistrzynią świata we freeridzie
Zanim sama rozmowa, kilka rzeczy, o których warto wspomnieć: freeride to właściwie narciarska podstawa. Chodzi po prostu o jazdę poza idealnie przygotowanymi stokami, na nieubitym śniegu. Gdybyście jednak chcieli się w to wkręcić, warto – tak jak i zawodnicy – przejść odpowiednie szkolenia lawinowe i wiedzieć, gdzie można, a gdzie jednak nie warto jeździć. W rozmowie pojawi się też bowiem wątek wypadków czy nawet śmierci.
Do samego sportu próg wejścia jest niski, natomiast nie trzeba brać udziału w zawodach, by freeride uprawiać, oczywiście. Ale można. Dyscyplina prężnie się rozwija, powoli zyskuje uznanie na świecie. Od niedawna jest wpięta w system FIS-u, czyli Międzynarodowej Federacji Narciarskiej i Snowboardowej. Mistrzostwa świata, na których Zuza zdobyła złoto, były pierwszymi w tej rzeczywistości, Polka napisała więc historię.
Jej droga do tych sukcesów była ciekawa… ale mówiła o niej dziesiątki razy. Bo jest z Łodzi, w narty wkręciła się dość późno, początkowo we freestyle – czyli skoki, ewolucje i tak dalej. Potem wyjechała na studia, studiowała w krajach górskich, tam jeździła więcej i więcej. I w końcu trafiła do freeride’u właśnie. To duży skrót, bo o tym w tym wywiadzie nie przeczytacie. Zaczniemy od zupełnie innego pytania.
Zapraszam.
***
SEBASTIAN WARZECHA: Czy wy, freeride’owcy, jesteście w pewnym sensie artystami?
ZUZA WITYCH: Trochę tak jest. Ten aspekt artystyczny we freeridzie jest bardzo ważny. W procesie wyboru linii przejazdu mamy do wyboru całą górę, aspekt wizualny jest bardzo ważny. Widzimy taką dziewiczą ścianę, na której musimy zaplanować sobie linię, czyli w zasadzie namalować obraz. To łączy się w pewnym sensie z sędziowaniem – w nim istotna jest płynność czy linia tego przejazdu. Jest to pewien artyzm, zresztą przy okazji tworzymy też dużo filmów z naszych przejazdów.
Wspomniałaś o aspektach oceny. Macie ich pięć, ale te o których obecnie myślę to wspomniane przez ciebie linia i płynność przejazdu po stoku, na którym nie macie możliwości wcześniej trenować. Czy to sprawia, że ważna jest też improwizacja?
Sprawia. Linia przejazdu w ocenie liczy się sama w sobie, ale dodatkowe punkty w tym kryterium daje kreatywność. Patrząc na ścianę z dołu zawsze widzisz linię, która wydaje się logiczna i najprostsza. Chodzi jednak o to, żebyśmy podeszli do tego inaczej i wykorzystali ten teren w złożony sposób. To jest ten aspekt kreatywny, artystyczny. Do tego dochodzi płynność, związana z nauczeniem się tego bardzo dobrze na pamięć. Jak powiedziałeś – my nie jeździmy w tym terenie przed zawodami. Musimy być pewni siebie i dokładnie wiedzieć, którędy jedziemy. Natomiast czasem spontaniczność, reagowanie na to, co się dzieje, jest ważne. Po drodze można bowiem napotkać niespodzianki i trzeba umieć na nie zareagować.
Czyli trochę artyści, trochę inżynierowie z planem. Sam próbuję sobie to wyobrazić i nie jestem w stanie. Bo umiem odnaleźć się w terenie, nie sprawia mi problemu orientacja, natomiast takie przestawienie linii z różnych perspektyw – najpierw z dołu, patrząc przez lornetkę, a potem z góry, gdy już się jedzie… dla mnie to trochę kosmos.
To jedna z trudniejszych rzeczy, szczególnie na początku. Planując taką linię patrzysz na stok i mówisz sobie: „okej, przejadę tu i tu, skoczę tu i tu”. A potem stoisz na górze, w stromym terenie i te wszystkie punkty znikają. Skała, z której planowało się skoczyć, jest nagle kupką śniegu i urwiskiem za nią. Musimy sobie zaufać i przekonać się, że faktycznie tamtędy będzie dobrze skoczyć.
Przy tym my wszystko planujemy niezwykle dokładnie – nawet kąty wybicia. Dosłownie jest tak, że oceniam, że tu trzeba wybić się nieco w lewo, tutaj nieco w prawo, a potem decyduję, którędy polecę i gdzie wyląduję. To bardzo ważne, bo czasem przesunięcie lądowania o kilka metrów równa się wylądowaniu na kamieniu. Więc tak, to jest bardzo „inżynieryjne”, bardzo dokładne. To jest taka dosłownie wdrukowana w umysł mapa 3D, którą odtwarzamy na żywo, przywołując wszystkie detale – jakieś skałki czy drzewka, które dla nas są kierunkowskazami. To się wszystko bardzo szybko dzieje.
Myślałem, do jakiego sportu można was porównać. Bo właściwie w każdym ma się przygotowanie do danej trasy, skoczni – zresztą ty zaczynałaś od freestyle’u i tam właśnie mogłaś na tych skoczniach trenować. W końcu doszedłem do tego, że niespodzianki mogą się zdarzyć w żeglarstwie, gdy wiatr nagle ucichnie i tam też trzeba improwizować. Natomiast u was ta niewiadoma to niekoniecznie wiatr – to, jak wspomniałaś, na przykład kamień przy lądowaniu. Czy najtrudniejsze na początku jest więc przełamanie tego strachu przed nieznanym?
Na pewno. Przede wszystkim, gdy obserwujemy tę ścianę, nie mamy skali porównawczej, bo patrzymy na nią z kilkuset metrów. Z czasem wyrabiasz sobie oko, ale do dziś zdarza mi się, że dopiero w locie orientuję się, że jest inaczej, niż myślałam. Skaczesz i jest takie „ups!”, bo jest to dużo większe. (śmiech) Jak powiedziałeś – nie da się przygotować w pełni do danego startu. Nawet jeśli zawody są rok po roku na tej samej ścianie, to pokrywa śnieżna może się różnić i o dobre trzy metry. To jest wtedy zupełnie inna góra. Były skały, teraz nie ma. Różnice są ogromne.
My musimy po prostu objeździć maksymalnie dużą liczbę różnych warunków w różnych terenach. Prawda jest taka, że u nas im gorsze i cięższe warunki, tym lepszy jest to trening. Trzeba to objeździć, żeby czuć się komfortowo i mieć świadomość, że poradzę sobie nawet, jak jest naprawdę źle. Uważam jednak, że to jest super w tym sporcie – fakt, że trzeba być kompletnym narciarzem, nie da się przygotować na konkretny start. Nie powstaną więc „sztuczni” narciarze, którzy zostaną wytrenowani pod dany start.
Roboty. Jak we freestyle’u, gdzie w pewnym momencie nastąpił najazd zawodników z Azji.
Dokładnie tak. Oni mają jeden do jednego zbudowane takie skocznie, jak na igrzyska i na nich cisną miliony powtórzeń. Super, wielki szacunek, bo mają znakomite wyniki, ale nie ma w tym wszystkim tego „free” właśnie , tego czystego narciarstwa. We freeridzie trzeba przejść całą tę ścieżkę i po prostu stać się dobrym narciarzem. Nie da się tego skrócić.
Z mojej perspektywy to brzmi wręcz zabawnie. Sam pochodzę z miejscowości ze stokami narciarskimi i zawsze, gdy wychodziło się na narty, to jak najwcześniej, żeby trafić na śnieg po ratrakowaniu, gładziutki, równiutki. A ty idziesz i szukasz jak najtrudniejszych warunków. Z perspektywy rekreacyjnego narciarza to szaleństwo.
(śmiech) Oczywiście, choć ja mówię o takim wymarzonym treningu. Na zawodach marzę o takim świeżym, mięciutkim puszku, który dopiero co spadł. Z tym freeride się kojarzy i to są takie wymarzone, wyczekane dni. Jest ich niestety coraz mniej, ale jeszcze się zdarzają. Gdy taki dzień nastaje, to człowiek czuje się jak młody bóg.
No właśnie, coraz mniej takich dni. Wasza dyscyplina od 2030 roku będzie w programie zimowych igrzysk, ale czy paradoksalnie nie utrudnia to szukania organizatorów? Bo freeride wymaga dużego stoku, a o śnieg w wielu miejscach coraz trudniej. Nawieźć na taką powierzchnię też nie byłoby łatwo…
Nawożenie nie wchodzi w grę – bazujemy tylko na naturze i tym, co zrobi.
To tym trudniej.
Tak. Z jednej strony lepiej, bo to sport w dużej mierze ekologiczny. Nie ma przygotowania stoku, nie ma ratraków, niczego nie klepiemy – bazujemy na tym, co zaoferuje natura. Z drugiej strony zimy są coraz słabsze i może z tym być nieco problemu. Natomiast najbliższe trzy cykle olimpijskie powinny być bezpieczne. Debiut freeride’u to Francja, tam powinien być śnieg. Potem Salt Lake City, czyli Utah, gdzie ze śniegiem na razie stoją dobrze. W 2038 z kolei powinna być to Szwajcaria, a ona ze swoimi mekkami freeride’owymi też wydaje się bezpieczna. A potem? Prawda jest taka, że wszyscy widzimy, co dzieje się z klimatem, w którą stronę to idzie. Pozostaje po prostu cieszyć się tym, póki można.
To jest temat nawet dla sportów, które nawożą stoki sztucznie. Na przykład nasi snowboardziści alpejscy miewali już problemy czy to z treningami, czy ze startami, bo śnieg topniał, bo padał deszcz, bo wiał mocny wiatr. Pogoda szaleje i życia nie ułatwia. Dlatego byłem wręcz zaskoczony, że freeride ostatecznie do igrzysk włączono, bo to jednak, zdaje się, pewne ryzyko.
Może trochę tak. Miejmy nadzieję, że natura na wszystko pozwoli, ale to jest problematyczne, nie ma co tego ukrywać. Akurat byłam dopiero co na kongresie FIS-u i mogę w ramach ciekawostki powiedzieć, że jako pierwszy sport w historii będziemy mieli nie sztywne kalendarium, a osiem dni okna pogodowego. Zawody będą trwały z kolei dwa dni, jeszcze nie wiemy w pełni, jak podzielone, ale to też zmiana, bo Puchar Świata rozgrywa się w jeden dzień. I będzie właśnie to okno, żebyśmy mogli trafić na dobre warunki.
Na mistrzostwach świata, które wygrałaś, tych przerw było naprawdę dużo.
Tak jest. Tam było wyjątkowo, bo weszła jedna chmura, która uparcie trzymała się tego jednego szczytu. To są zagrożenia dla naszego sportu.
Jak to będzie wyglądać na igrzyskach? Załóżmy, że zaczynacie przy dobrych warunkach zawody, zjedzie połowa stawki, czyli sześć narciarek i nagle pogoda się pogarsza. Co wtedy?
Nie, właśnie będą celować, żeby te warunki były równe. Powiedzmy, że 24 osoby na starcie – czyli wszyscy narciarze i wszystkie narciarki – to jakieś półtora godziny zawodów. Jak znajdzie się odpowiednie okno pogodowe, to organizatorzy powinni być w stanie je płynnie przeprowadzić. Tak, żeby odbyło się wszystko, co będzie zaplanowane. Inaczej nie dałoby się porównać zjazdów, bo gdyby rozbić jakąś konkurencję na dwa dni, to warunki mogłyby się diametralnie zmienić. Temperatura, wiatr, to wszystko. Jak się to ma odbyć, to musi być zakończone w jeden dzień.
Igrzyska to szansa, wiadomo. Ale jak duża? I pytam o to, jak duża dla tego sportu w Polsce?
To się tak idealnie złożyło, ze ja zdobyłam tytuł mistrzyni świata, a potem była ta decyzja o włączeniu naszego sportu do grona olimpijskich. Jak dyscyplina zyskuje ten status, to z punktu widzenia instytucji takich jak PZN czy Ministerstwo Sportu wchodzisz po prostu do innej ligi. Natomiast obie te instytucje patrzą na nas bardzo przychylnie. Pierwszą pomoc związku otrzymaliśmy już przed mistrzostwami świata, pierwszymi w historii, które odbywały się pod auspicjami FIS-u. Dostaliśmy wtedy środki na przygotowania, które zaprocentowały zresztą bardzo dobrze. (śmiech)
Do końca roku też dostaliśmy dotację i od stycznia, gdy będziemy pełnoprawną dyscypliną olimpijską, możemy liczyć na dużą dotację z obu tych instytucji. To wygląda tak, że my planujemy cały rok kalendarzowy treningowo i startowo, aplikujemy o pokrycie kosztów z tym związanych i dostaliśmy zapewnienie, że możemy mieć ambitne plany. Jak wyjazd do Argentyny w sierpniu, gdzie jeżdżą wszyscy topowi zawodnicy. Do tej pory nie mieliśmy takiej okazji, może teraz uda się to zorganizować.
Mówisz w liczbie mnogiej, więc ilu jest teraz zawodników w Polsce?
W kadrze mamy czterech – po jednym reprezentancie w każdej dyscyplinie. Ja jestem najlepszą narciarką, Michał Dendys najlepszym narciarzem, Gosia Śniegórska i Kuba Wolak jeżdżą z kolei na snowboardzie. To jest ustalane na podstawie międzynarodowych list z zawodów freeride’owych. Na razie bazujemy na tym, natomiast mi bardzo zależy na rozwoju. Jeżeli PZN będzie chętny rozwinąć tę kadrę, to będziemy chcieli dołączać kolejne osoby. Chciałabym, żeby powstała kadra juniorska, bo to jest struktura, którą warto tworzyć, żeby w kolejnych latach ktoś z niej pojechał na igrzyska – może jeszcze nie w 2030 roku, ale w 2034 jak najbardziej. To jest wystarczająco wiele czasu, żeby ta struktura powstała, żeby juniorzy weszli na ścieżkę profesjonalną i przygotowania były z najwyższej półki.
Na logikę – może zaprzeczysz – zdaje mi się, że droga do freeride’u z Polski powinna być łatwiejsza niż na przykład do narciarstwa alpejskiego, do którego nie mamy wielu odpowiednich stoków. Za to freeride…
Tu też szału nie ma, nie oszukujmy się. Gdyby zima była łaskawa, to jest Pilsko, które jest fajnym miejscem. Pewnie można podziałać też w Szczyrku. Tatry są trudnym tematem przez park narodowy, który zabrania takiej aktywności. Prawda jest taka, że najwięcej jeździmy w Austrii i organizujemy tam też campy dla młodych zawodników. Zwykle w okolicach miejsc, gdzie odbywają się zawody, mogą dzięki temu poznać te tereny. Więc w kadrze raczej wszystko będzie bazowało na wyjazdach, ale da się to zrobić.
Ja też uważam – i porównuję tu siebie do osób, które mieszkają w jednym miejscu i tam trenują – że te zmiany stoków, nawet jeśli wymuszone, pozwalają poznać nowe tereny. To jest dla mnie trudność, która potem jednak procentuje na zawodach, bo cały czas się terenów uczę. To jest świetny trening pod zawody, tak przy okazji.
Jak widzisz nabór talentów do tego sportu? Czy to poszukiwanie u trenerów z innych sportów? W narciarstwie alpejskim powiedzą wam: „oni na tyczkach są średni, ale świetnie jeżdżą w terenie, spróbujcie ich”? Albo we freestyle’u: „średnio wychodzą mu triki, ale doskonale się trzyma na nartach”? Jak to wygląda? Masz przecież swój klub, trochę już chyba zdążyłaś się zorientować.
Mamy już kilka naprawdę fajnie jeżdżących osób, które mamy pod swoimi skrzydłami, ale chcielibyśmy to sprofesjonalizować. Mam nadzieję, że to się uda i pomoże nam w tym ta struktura, o której mówiliśmy. Natomiast dochodzą do nas głosy, że i alpejczycy, i freestyle’owcy coraz bardziej się dopytują, interesują tematem. Tak też było w ostatnich dwóch sezonach – że jak ktoś do nas trafił, to zwykle już wiedział, że taki freeride mu wychodzi. Jechał z nami na obóz, łapał przy okazji tę zajawkę, pasję na taką jazdę, a potem zostawał. My też bardzo namawiamy wszystkich do startów w zawodach, bo na najniższym poziomie są one bardzo łatwe, do tego dostępne dla każdego. Można łatwo się sprawdzić, zobaczyć, czy to w ogóle twoja bajka. Wiele osób po takim starcie w tym zostało, mamy nawet kilku takich juniorów, którzy bardzo fajnie wyglądają.
Czyli można wejść na takie zawody właściwie z ulicy?
Ten najniższy level jest otwarty dla wszystkich, nie trzeba być zrzeszonym zawodnikiem, nic takiego. Wystarczy jednorazowa licencja na start i można próbować swoich sił. Jak ci dobrze pójdzie, to zdobywasz punkty, otwierasz sobie drogę na wyższe poziomy. Ja namawiam.
A gdzie są najbliższe takie zawody?
Swego czasu były na Chopoku [we słowackich Tatrach – przyp. red.], ale od dwóch lat się nie odbywają. Z tego co wiem, to pogoda niestety krzyżuje tam plany, a do tego finansowo też nie byli w najlepszej kondycji. Teraz to najbliżej Austria, może Niemcy.
Pytam, bo w wielu artykułach o tobie pojawiało się określenie, że na tym najwyższym poziomie jesteś nie tylko jedyną zawodniczką z Polski, ale jedyną z „Europy Środkowo-Wschodniej” czy też po prostu „Europy Wschodniej”. Widać więc, jakich krajów jest to domena. No właśnie: jest czy była? Rozszerza się ten sport? Globalizuje?
Zdecydowanie. Widzę dużo Czechów i Słowaków, którzy stworzyli swoje teamy.
Mają lepsza warunki od nas.
Tak, nawet ich strona Tatr jest bardziej otwarta na freeride. Poza nimi też na przykład w zeszłym roku weszła do Freeride World Touru pierwsza w historii zawodniczka z Ameryki Południowej [Agostina Vietti z Argentyny – przyp. red.]. Wiadomo, że są nacje, które są liderami, ale to się coraz bardziej „rozlewa” na świat. Na tym też polega ten duch igrzysk – żeby nie startowali reprezentanci czterech państw, a było ich jak najwięcej. To się dzieje.
Tym bardziej warto byłoby za tym od początku nadążyć. Bo jest trochę sportów, gdzie odpuściliśmy temat, a po dziesięciu latach budziliśmy się i stwierdzaliśmy, że fajnie byłoby w nich zaistnieć, a już nas wyprzedziło dużo krajów.
Tak, choć mieliśmy na tym kongresie FIS-u dyskusję o działaniach związków sportowych w różnych krajach. I jak tak sobie porównałam, to wyszło mi, że nasz związek jest jednym z prężniej działających. Jak powiedziałam, że od stycznia będziemy mieli pełne finansowanie dla czteroosobowej kadry, to niektórzy zrobili wielkie oczy.
To jest fajne, bo to przecież nie stało się z dnia na dzień. Ja związek męczyłam od dawna. (śmiech) Jeszcze przed wejściem do FIS-u, przed wejściem na igrzyska, ale jak już jeździłam w Pucharze Świata. Krążyłam, przypominałam się, pokazywałam, że istniejemy, żeby się zainteresowali. Moja kwalifikacja na mistrzostwa świata sprawiła, że to wszystko się stało bardziej konkretne. A wynik na nich potwierdził, że warto na nas stawiać i w to iść.
Przy czym my jesteśmy w tym wszystkim bardzo autonomiczni – doszliśmy przecież do tego poziomu sami, wiemy, czego potrzebujemy. Nie przyszliśmy z prośbą o trenera, system i całą resztą. Nie, przedstawiliśmy swoją, bardzo dokładną propozycję. Oni pozytywnie to przyjęli, przyznali, że dla nich to totalnie nowe, nikt tego nie zna i dlatego słuchają nas. Na razie świetnie się ta współpraca układa.
Użyłaś słowa „system”, a zastanawiam się, na ile w takim sporcie da się w ogóle stworzyć w pełni taki system właśnie, skoro to sport pozwalający na wielką wolność.
Mam tu na myśli bardziej system treningowy, żebyśmy mieli odpowiednie przygotowanie treningowe, motoryczne, określoną ilość obozów, potem wyjazdów. Choć jasne, ten trening sam w sobie to jazda, jazda i jeszcze raz jazda. W różnych warunkach, ale jak najwięcej razy. Tak też działają Austriacy czy Francuzi w klubach – oni jeżdżą teamem i znajdują różnego rodzaju elementy, które trenują.
Więc to tego rodzaju system, bo nie stworzymy sztucznego stoku, na którym byśmy mogli trenować. Choć jest na przykład taki obiekt w Rabce-Zdroju, taka wielka dmuchana poducha ze skocznią z igelitu dla freestyle’owców. Latem mogą tam trenować ewolucje. Niedawno rozmawialiśmy, że moglibyśmy dołożyć tam coś w rodzaju rampy, która odwzorowywałaby nasze skoki z klifów. Bo to bardzo trudne technicznie i taki obiekt mógłby nam pomóc.
Byłaby w jakiś sposób „edytowalna”, z możliwością przestawienia elementów?
Raczej nie. To po prostu byłby płaski zeskok z dużej wysokości, z lądowaniem na tę poduszkę. Ja to wymyśliłam w zeszłym roku, takie coś nie istnieje nigdzie na świecie. Wiadomo, że w terenie zawsze te skoki są różne, ale na pewno byłoby to i tak znacznie bardziej zbliżone do tego, co mamy na stoku, niż skocznia, która sama wybija cię w górę i jest idealnie wyprofilowana.
Wróćmy do juniorów. Masz swój klub, zdarzyło ci się, że rodzice nie chcieli, żeby ktoś tego freeride’u próbował, bo usłyszeli, że tu jakieś szkolenia lawinowe, tam zagrożenia i tak dalej?
Nie. Mamy – taką mam nadzieję – bardzo rozsądne podejście do tego wszystkiego, a kwestia bezpieczeństwa jest dla nas na pierwszym miejscu. Mamy na przykład dwóch bardzo zdolnych chłopaków, którzy jeżdżą z nami już jakiś czas. Znamy się z ich rodzicami i nawet oni sami zaczęli próbować freeride’u. Wiedzą, z czym to się je i na czym ten sport polega. To dla nas duża duma, że ci rodzice są spokojni, puszczają z nami te dzieciaki. Choć miałam takie telefony, że ktoś mówi: „chciałabym puścić córkę, ale czy tam będzie zagrożenie lawinowe?”. No tak, to są góry, nie da się powiedzieć, że nie będzie. Ale my męczymy tych młodych tymi szkoleniami teoretycznymi i praktycznymi w zasadzie do „zarzygania” za przeproszeniem. Im się to już nudzi. (śmiech) To jest jednak mega ważne, więc nad tym pracujemy.
To będzie trudny wątek, ale kiedy wczoraj wszedłem na twojego Instagrama, to pierwsze, co zobaczyłem, to wspomnienie Juliette Willmann, którą porwała lawina w Argentynie. To chyba pokazuje, jaki jednak sport uprawiacie.
To są dwie różne twarze tego sportu. Jest ten freeride „zawodniczy” – w nim ściany są zawsze przygotowane pod kątem lawinowym. Są bomby, one spuszczają ewentualne lawiny. Do tego rozstawieni przewodnicy i ratownicy, blisko stoi też helikopter, więc reakcja jest natychmiastowa, gdyby cokolwiek się stało. Juliette była z kolei w bardzo odległym terenie, tylko z mężem, na wyprawie eksploracyjnej.
Mnie osobiście to przeraża, bo uwielbiam Alpy, ale tam w razie czego dzwonisz po helikopter i on w 12 minut się zjawia. Jak jesteś na końcu świata, to możesz liczyć tylko na siebie. Bardzo podziwiam tych, co to robią, ale uważam, że to ogromne ryzyko. Wiesz, ja też nie pochodzę z gór, więc gdy zaczynałam starty we freeridzie, to jedną z motywacji było dla mnie to, że mogę pojeździć w trudniejszym terenie, ale ze spokojną głową, bo mam to zabezpieczenie, a nie że gdzieś jadę i podetnę nieświadomie jakąś lawinę.
Ile razy widziałaś lawinę?
Dwa. Z jednej z nich wyciągałem dwie osoby. I to był w stu procentach błąd dziewczyn, które ją podcięły. To było przed zawodami, mieliśmy wyznaczone przez przewodnika miejsca, gdzie mogliśmy jeździć. Kilkanaście nas tam przejechało, nic się nie stało. Dwie dziewczyny postanowił z niej zjechać i potrenować sobie jeszcze gdzie indziej. Organizatorzy byli świadomi tego zagrożenia, bardzo mocno podkreślali, że musimy jechać po wyznaczonej trasie. A jak ktoś nie uszanował tych zasad, to się skończyło, jak się skończyło. Na szczęście udało się je uratować, choć było blisko tragedii. Dla mnie to też była nauka. Bo ja zawsze miałam wielki respekt i szacunek do góry, ale po tym nabyłam chyba jeszcze większy. Rok temu na Stubaiu też zeszła lawina, którą widziałam i to też był przypadek ludzi, którzy nie respektowali zasad. Wjechali wielką grupą w jeden teren i musiało się to tak skończyć. Trzeba trąbić, edukować, mówić o tym wszystkim, po prostu.
Taka akcja ratunkowa zostaje w głowie?
Zostaje, oczywiście. Natomiast skończyło się dobrze, więc dużo łatwiej jest to przełknąć. Gdyby było gorzej, to byłoby bardzo, ale to bardzo trudne. Natomiast ja mam taki moment w głowie… To było tak, że jedna dziewczyna była zakopana tylko do klatki piersiowej, od razu ją zlokalizowałyśmy. Myślałyśmy, że jest tam tylko ona. Dopiero potem zobaczyłam, że spod śniegu wystaje kawałek deski i okazało się, że to druga dziewczyna, która leży głową w dół. Kopania było mnóstwo. Niesamowite zmęczenie, bo to wszystko na 3000 metrów, a my kopałyśmy metr osiemdziesiąt w dół, do w takim twardym, skompresowanym śniegu, na który chwilę wcześniej oddziaływały wielkie siły.
Trzeba dodać, że w plecaku macie zestaw lawinowy, którego częścią jest łopatka. Bez niej byłoby znacznie gorzej.
Dokładnie. Też przez to, że przechodzimy tyle tych szkoleń, to wiemy, co robić i jak działać. Włącza się automatyzm, nie ma paniki, tylko od razu jest działanie. I faktycznie od razu zaczęłyśmy działać. Natomiast w momencie kopania, gdy zorientowałyśmy się, że jest głową w dół… Doszłyśmy w pewnym momencie do jej dłoni, bez rękawiczki, całej białej. Masz jedną myśl wtedy. Starasz się dokopać do tej jej głowy, ale boisz się tego, co zobaczysz. Moja koleżanka, z którą kopałyśmy, zaczęła płakać, krzyczeć. Ja mówię: „Dawaj, dawaj, ciśniemy”. Dotarłyśmy do twarzy tej zasypanej dziewczyny, oddychała. Była nieco „przydżumiona”, ale świadoma, rozmawiała z nami. Wszystko się dobrze skończyło.
Szkolenia macie z profesjonalnymi ratownikami?
Są, też takie przeszłam. Dodatkowo mamy szkolenia z World Touru – czy to z ratownikami, czy ze specjalistami od sprzętu, którzy opowiadają nam o systemach i tak dalej. Mamy również „treningi akcji”, w czasie których udajemy, że jest lawina. Uczymy się działać w teamie, współpracować. To jest ważne, bo jak na przykład jest grupa czterech osób, to trzeba wyznaczyć lidera, zacząć działać, słuchać go. To jest na czas, staramy się też cały czas zmieniać te konfiguracje: lidera, reszty grupy, osób „zasypanych”. To jest bardzo ważny trening. Na naszych wyjazdach z klubu też robimy wykłady teoretyczne, a potem akcje praktyczne. Najpierw uczymy korzystać ze sprzętu, a potem robimy testy – na przykład wykopywanie ludzi na czas. To ważne, bo w takich przypadkach często wychodzi niewiedza.
Ludzie mogą pomyśleć teraz, że to wasze narciarstwo to jednak trochę szaleństwo. Więc przesuńmy granicę – co ty sobie myślisz, kiedy patrzysz na to, co robi na przykład Andrzej Bargiel, kiedy zjeżdża z K2 czy innego Everestu?
(śmiech) Andrzej to dopiero jest szalony! Ogromny szacunek mam do tego, co robi. Przede wszystkim wydolnościowo – w jakim tempie i czasie on wychodzi, to jest kosmos. Sam fakt tego, jak bardzo organizm jest obciążony małą ilością tlenu… jestem w stanie sobie wyobrazić, jak nogi nie działają przy takim zjeździe. Jak mi brakuje tlenu na intensywnym zjeździe, a on to ma cały czas przez rozrzedzone powietrze, niesamowite. Natomiast trzeba tu podkreślić, że każdy ruch Andrzeja może mieć gigantyczne konsekwencje. Jest w Himalajach, nie ma tego zabezpieczenia lawinowego, nie zadzwoni po helikopter, gdyby coś się stało. Każda decyzja tam waży. Cały jego team, który planuje zjazdy: jak jechać, którędy i co robić w którym momencie – dla nich wszystkich szacunek. To wszystko jest w stu procentach na nich, nikt niczego im nie podpowie. Podziwiam. I to faktycznie jest trochę szalone.
Zjazdy Andrzeja przebijają się w świadomości ludzi. A myślisz, że freeride w formie zawodów zainteresuje Polaków? Wydaje mi się, że komuś, kto nie jeździ na nartach, trudno będzie się w to „wkręcić”. Mówiąc wprost: mam obawy, że ludzie tego nie ogarną, choćby pod kątem kryteriów oceny.
No wiesz… jasne, że to nie dyscyplina, w której liczy się czas i już przez to jest trudniejsza. Z dobrym komentatorem, który to przybliży ją widzom, powinno być dobrze.
A mamy takiego?
Myślę, że na pewno. To jest trochę jak łyżwiarstwo figurowe – fajnie to wygląda, ale żeby to zrozumieć, to trzeba się w to nieco wkręcić.
W łyżwiarstwie figurowym jest o tyle łatwiej, że skoki, których spróbują zawodnicy, są wypisane przed przejazdem i ocenia się w stosunku do planu. Można sobie to analizować.
No tak, u nas tego nie ma. Natomiast powiem tak: mamy w Polsce pięć milionów narciarzy. Coraz więcej osób próbuje freeride’u. Wiadomo, że nie jest to sport na skalę piłki nożnej, nigdy nie będzie. Mam nadzieję jednak, że polskie sukcesy sprawią, że coraz więcej osób się tym zainteresuje. Na pewno jest to jednak trudniejsze niż na przykład jakiekolwiek biegi, gdzie liczy się czas.
Wydaje mi się, że to będzie kwestia rozumienia na poziomie spróbowania. Nawet nie freeride’u, a nart w ogóle. Ktoś, kto nie jeździ, chyba nie doceni tych waszych zmagań ze śniegiem, bo nie zrozumie, jak trudne to jest. I nie doceni.
Wiesz, na pewno jest tak, że wiele osób ten nasz sport doceniło dopiero, gdy stanęło na szczycie góry i próbowało odtworzyć przejazd zaplanowany na dole. Wtedy zrozumieli, że „o kurde, to rzeczywiście jest trudne”. Na pewno ktoś, kto tego nie zna, będzie miał trudności. Coraz lepsza jest jednak realizacja zawodów. Mamy wiele kamer, w tym takie na kasku, z drona, który fajnie oddaje to, jak wygląda ten przejazd. To wszystko daje fajny efekt, przenosi widza, pozwala mu towarzyszyć zawodnikowi. Mam nadzieję, że to pomoże. Często spotykam się z publiką, która nie miała wcześniej styczności z tym sportem, a gdy pokazuję jej filmiki z moich przejazdów, to jest taki efekt „wow”. Liczę, że tak będzie też przy igrzyskach.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix