Górnik Zabrze rozbity. Może byłoby inaczej, gdyby miał bramkarza

Patryk Idasiak

27 sierpnia 2026, 20:52 • 5 min czytania 38

Reklama
Górnik Zabrze rozbity. Może byłoby inaczej, gdyby miał bramkarza

Górnik Zabrze we wszystkich wcześniejszych meczach zawsze był blisko. Chwaliliśmy, że postawił się Fenerbahce, że zdominował Ferencvaros, gdzie zawiodła skuteczność. Z AS Monaco u siebie też przecież powalczył. Pięć meczów, pięć razy blisko. Nadszedł ten szósty i dopiero tu przekonał się o sile rywali. Monakijczycy się specjalnie nie wysilali, a spokojnie przyklepali awans, wygrywając 4:1. Może jakby Górnik miał bramkarza, a nie wywieszony tam ręcznik, to by tyle nie przegrał. 

Reklama

Górnik Zabrze nieźle się trzymał na początku, choć nie mógł powąchać piłki. Już po 50 sekundach Ondrej Zmrzly dobrze zaasekurował środek, zszedł do tej strefy i zablokował Coulibaly’ego, który już szykował się do strzału. Niedługo później Janicki zrobił to samo – zablokował szarżującego przeciwnika. Przyjechali więc przygotowani i skupieni.

AS Monaco ruszyło dość aktywnie. Na kierownicy mógł zagrać Aleksandr Gołowin, który wcześniej miał do odbębnienia jeszcze pauzę za czerwoną kartkę z poprzedniej edycji Ligi Mistrzów. Akcje gospodarzy były dość płynne, ale trzeba oddać Górnikowi, że dobrze zamykał przestrzenie. Jeśli na sześć strzałów blokujesz cztery, to znaczy, że twój zespół jest nieźle ustawiony, uważny, szczelny, dobrze się asekuruje.

Chwilowa strata zawodnika i gol dla AS Monaco

No i było tak do 30. minuty i to w momencie, kiedy to Górnik zaczął się nieśmiało przebudzać i próbować ataku pozycyjnego. Maksym Chłań oddał nawet celny strzał. Coś tam pomału się rozkręcało. Tak nam się tylko wydawało. Gospodarze to spokojnie wyczekali i zadali cios. Bruner przyjął sobie na klatkę, rozprowadził do boku, dostał podanie zwrotne i zapakował w górną siatkę (ale chyba w zasięgu Schulze). W tamtym momencie na boisku po interwencji medycznej nie było Pawła Bochniewicza. 

Reklama

A później się posypało…

Gracze AS Monaco się nie spocili, a dołożyli kolejnego gola. Nie były to jakieś zmasowane ataki, a raczej po prostu dwie akcje i dwa trafienia. Zaczęło się od straty Kacpra Urbańskiego przed polem karnym, który próbował rozpocząć kontrę. Niezbyt dobrze. Chyba należało to pałować i się ustawić. Zwłaszcza, że to był moment nerwowy, chwila dobrej minuty czy półtorej dominacji gospodarzy.

O ile Górnik wcześniej bronił się szczelnie, tak tutaj… co tu się właściwie stało? Mamadou Coulibaly zdążyłby sobie jeszcze przeczytać gazetki z Biedronki i Lidla, porównując produkty promocyjne. Miał tyle miejsca i czasu w polu karnym, przełożył piłkę podeszwą i huknął.

Reklama

Nie wróżyło to najlepiej, choć mogliśmy się na chwilę poderwać, kiedy do siatki trafił Ondrej Zmrzly. Bramka jednak zaliczona nie została. Nie da się ukryć, że chyba można było to puścić… Arbiter uznał, że wcześniej Paweł Bochniewicz uderzył obrońcę w twarz przy walce o piłkę.

I tak się ten mecz nam toczył, w zasadzie czekaliśmy na najniższy możliwy wymiar kary. AS Monaco z przodu zamieniało wszystko w złoto. Tylko, że tutaj akurat Lukas Sadilek sam przyszedł i to złoto po frajersku oddał. Pomocnik Górnika został spressowany na szesnastym metrze, a Gołowin tego nie zmarnował. Od razu sekundę później Czech podniósł rękę, bo wiedział, że skasztanił sprawę.

Philipp Schulze znowu miał piłkę na rękawicy, ale nie dał rady… znowu był jakby odrobinę spóźniony.

Reklama

Niestety to mecz Górnika Zabrze w tegorocznej edycji europejskich pucharów, w którym najbardziej widoczna była różnica klas. Francuzi technicznie wyglądali jak z Galactic Football, a przecież nie grali na pełnym zaangażowaniu.

Jeśli można było na coś liczyć, to na jakiś zryw Maksyma Chłania, któremu nie da się odmówić brawury i odwagi. Był bliski pokonania Lukasa Hradecky’ego, ale ten świetnie interweniował. Trochę ten mecz wszedł w tempo decyzji dwóch żółwi błotnych, które akurat wyruszyły na śniadanie (i będą szły godzinę).

Reklama

Ale… nawet żółwie zobaczyły po drodze piłkę. Mathys Detourbet uderzył dość średnio. Wydawało się, że jest to prosty strzał, ale niemiecki bramkarz gości wypluł piłkę naprawdę żałośnie pod nogi Miki Bieretha, no to jak tu z tego nie skorzystać? Nawet nie trzeba się specjalnie się wysilać. Górnik sam oddawał gole i chyba nie ma się co dziwić, że w dziesięciu meczach zachował zero czystych kont.

Nie chce nam się już pastwić nad Schulze… jeśli prowadzi pamiętnik, to kartkę z 27 sierpnia najlepiej niech wyrwie i już.

Górnik skończył jednak ten mecz z orderem uśmiechu, bo po ładnej akcji, kilku podaniach i szybkim przegraniu strony z prawej do lewej zdobył bramkę. Josema zabawił się w prime Gerarda Pique i zagrał prostopadle do Janisa Antiste – nowego nabytku, który zagrał dopiero drugi raz (znów z ławki) i już cieszył się z gola. Chociaż tyle.

Reklama

Fot. Newspix

38 komentarzy
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Konferencji

Reklama