Miało go nie być. Tak zdecydowali organizatorzy, którzy pierwotnie nie przyznali mu dzikiej karty. Jednak po powszechnej krytyce tej decyzji i za sprawą szczęśliwego zbiegu okoliczności, udało się tę decyzję zmienić. Udało się to dobre stwierdzenie. Stan Wawrinka zagra w US Open, czyli swoim ostatnim turnieju wielkoszlemowym. W Nowym Jorku więc pożegna się z imprezą, którą w przeszłości wygrywał, a przy okazji – ze Szlemami. I dobrze, że tak będzie. Bo Szwajcar po prostu sobie na to zapracował. W tym sezonie kończy karierę.
Stan Wawrinka i US Open. Pożegnanie jednak będzie
Stan Wawrinka. Trzykrotny mistrz wielkoszlemowy. Wielki tenisista, nawet jeśli tę wielkość pokazywał momentami, a nie na dłuższym dystansie. Człowiek wspinający się w latach 2014-2016 momentami na poziom, na którym grali tylko najwięksi. W 2014 roku zatrzymał Novaka Djokovicia w Australii. W 2015 zrobił to na Roland Garros i to w finale, a Nole wtedy jeszcze tego turnieju na rozkładzie nie miał.
A w 2016 – i to w zasadzie kluczowe w tym wszystkim – wygrał US Open, też zresztą odpalając Djokovicia w finale.
Działo się to dziesięć lat temu, zatem w 2026 mamy okrągłą rocznicę. W tym roku też kończy karierę, a US Upen to będzie ładna klamra. Wawrinka poinformował o tym już wcześniej, że na dobre schowa rakietę. Nie dziwi to, bo na karku ma 41 lat, od dawna gra już na niższym poziomie. Spadł przez to w rankingu, jest graczem spoza TOP 100. To oznacza, że nie ma automatycznego awansu do turniejów wielkoszlemowych. W takich sytuacjach może więc liczyć albo na dzikie karty, albo przedzieranie się przez kwalifikacje.
Na Australian Open taką dziką kartę otrzymał, jako były mistrz. Na Roland Garros – tak samo. Nawet Wimbledon, gdzie nigdy nie docierał tak daleko, zdecydował, że mu taką przyzna – w uznaniu zasług. A US Open? Klops. Pierwotnie mu jej nie wręczyło.
Otrzymali je Michael Zheng, J.J. Wolf, Sebastian Gorzny, Jack Kennedy, Darwin Blanch (za Martina Damma, który wszedł do głównej drabinki po wycofaniach), Patrick Kypson, Gael Monfils oraz Dane Sweeny. Nie jest to przesadnie imponująca wyliczanka, choć kilka tych decyzji da się usprawiedliwić, a kilka wynika z zasad. Zheng, Wolf, Kypson, Blanch i Gorzny to Amerykanie. Monfils dostał kartę przez umowę z francuską federacją (to też ostatni sezon Gaela, w innym przypadku pewnie przypadłaby jakiemuś młodziakowi), Sweeny podobnie, ale tu w grę wchodziła federacja australijska.
Pytaniem pozostaje: czy naprawdę nie było od początku możliwości, by któremuś ze stosunkowo anonimowych graczy z USA nie wręczać karty, a dać ją Wawrince? Amerykanie, wiadomo, dbają o swój interes, to nie dziwi. Ale powinni też dbać o swoją historię, której Stan jest częścią. I to istotną.
Zadbali ostatecznie… ale za sprawą zrządzenia losu. Stan Wawrinka dziką kartę otrzymał, jednak wyłącznie dlatego, że Patrick Kypson z turnieju się wycofał.
To dobrze dla tenisa, ale w dalszym ciągu jest to kamyczek do ogródka US Open.
Jeśli nie docenia się Wawrinki, to kogo?
We współczesnej – dajmy na to „posamprasowej” czy też „poagassowej” – historii tenisa jest tylko kilku zawodników większych od Wawrinki. Przede wszystkim wiadoma trójka: Novak Djoković, Rafa Nadal i Roger Federer. Dwaj z nich mieli już swoje pożegnania (i otrzymują je nadal, Roger dopiero co był celebrowany… na US Open właśnie), Novak wciąż gra. Do tego dopisać należy Andy’ego Murraya, który też się żegnał z publiką na wiele sposobów.
Wiadomo, że więksi są już Carlos Alcaraz i Jannik Sinner, ale im do końca karier daleko.
A dalej? Czy ktoś jeszcze jest od Wawrinki wyżej? Może dyskusję wzbudziłby jeszcze Alexander Zverev, który wygrał znacznie więcej od Stana poza Szlemami, ale w nich to wciąż 3:1 dla Szwajcara. Wawrinka jest więc sporą częścią historii tenisa, to oczywiste. W erze Wielkiej Trójki (2008-2021, od pierwszego tytułu tej rangi Djokovicia do ostatniego turnieju Federera) tylko on i Andy Murray wygrali turnieje wielkoszlemowe więcej niż raz!
A poza nimi ta lista jest krótka: Juan Martin del Potro, Marin Cilić i Dominic Thiem (który jednak nie grał przeciwko żadnemu z Wielkiej Trójki w US Open 2020) – oni wszyscy wygrywali po razie. Daniił Miedwiediew, mistrz nowojorskiego turnieju z 2021 roku, może zostać tu opcjonalnie doliczony. Carlos Alcaraz, który wygrał rok później, robił to już tak naprawdę, gdy na topie został sam Djoković.
Wręczenie dzikiej karty takiemu zawodnikowi jak Wawrinka, który tę dominację przełamał trzykrotnie, to po prostu przejaw docenienia jego osiągnięć i tego, co w świecie tenisa zrobił. Tym bardziej, że nie mówimy tu o zawodniku kontrowersyjnym, a raczej powszechnie lubianym, cenionym przez kibiców. Do tego to przedstawiciel ginącego gatunku, z pięknym i skutecznym jednoręcznym backhandem.
Każdy jego mecz powinien być teraz celebracją.
Stan zagra. I dobrze
W Nowym Jorku taka okazja będzie. I słusznie, bo naprawdę wiele spotkań Stanowi nie zostało. Ale słusznie też dlatego, że jego dotychczasowe spotkania w turniejach wielkoszlemowych w tym sezonie nie rozczarowały. Może mieć cztery dyszki na karku, może się gorzej poruszać, może nie mieć już tego zmysłu kilera. To wszystko prawda. Równocześnie jednak: wciąż potrafi dać show. Nie takie, jakie daje Gael Monfils, bo to inna natura.
Magia Stana leży po prostu w jego grze. Ona przemawia.
Przemówiła na Australian Open. Tam wygrał dwa mecze – Laslo Djere uznał jego wyższość po czterech setach i 3 godzinach oraz 20 minutach gry. Potem Stan zagrał jeszcze dłuższy, maratoński mecz przeciwko kwalifikantowi, Arthurowi Gei, zakończony super tie-breakiem. Obaj spędzili na korcie 4 godziny i 33 minuty! Wawrinka okazał się lepszy, a na finiszu był jeszcze w stanie sprawić problemy rozstawieniu z „9” Taylorowi Fritzowi, urywając mu nawet seta.
Nie wygrywał Stan meczów ani w Roland Garros, ani na Wimbledonie – to prawda. Ale jego spotkanie z Jesperem De Jongiem w Paryżu dobrze się oglądało, a mecz z Matteo Berrettinim w Londynie był iście szalony. Dwaj świetni tenisiści, obaj po przejściach, spotkali się w pierwszej rundzie i zagrali cztery sety. Każdy kończył się w tie-breaku! Ostateczny wynik to 6:7 (7), 7:6 (16!), 7:6 (7), 7:6 (5) dla Włocha. 4 godziny i 20 minut gry zajęło im rozstrzygnięcie tamtego spotkania, a fani szaleli. To chyba dostateczne argumenty i to czysto sportowe.
Ktoś, kto decydował o tym, że Stanowi nie dano dzikiej karty od razu, chyba po prostu nie oglądał tych spotkań. Albo jakiegokolwiek innego, jakie Wawrinka rozegrał w tym sezonie.
Bo fakt, jego bilans z 2026 roku to 9-18 i głównie przegrywa. Ale w większości przypadków przegrywa po walce i dobrej grze. Te spotkania świetnie się ogląda, to faktycznie jest pożegnalny tour. No i jest to show. Stan już nie jest pierwszej świeżości, ale wciąż jednak na tyle dobry, by dać fanom to, czego chcą.
Pewnie zrobi to znów na US Open. Świetnie, że tak się stanie, wspaniale, że nastąpił (przypadkowy) zwrot akcji. Jednak nie należy zapomnieć o tym, że organizatorzy podjęli tę decyzję dopiero po czasie, prawdopodobnie motywowani powszechną krytyką, a i tak mieli przy tym furę szczęścia związaną z wycofaniem Kypsona. Wawrinka przecież zdążył się już z Nowym Jorkiem – a co za tym idzie turniejami wielkoszlemowymi – pożegnać w swoich social mediach.
Cóż, będzie musiał zrobić to jeszcze raz. Tym razem jednak po meczu – czyli w takich okolicznościach, w jakich powinno mieć to miejsce. I niech przed tym pożegnaniem da show.
Zagraj to jeszcze raz, Stan.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix