Mimo że Widzew w meczu z Jagiellonią nie zagrał niczego spektakularnego, to w Łodzi mogli mieć nadzieje, że to jest ten początek czegoś nowego. W końcu zwycięstwo na trudnym terenie i to na dodatek z rozpędzonym rywalem. Po 20 minutach starcia z Koroną mogliśmy myśleć, że rzeczywiście RTS wszystkie problemy ma już za sobą. Później jednak wrócił do swojej starej wersji.
Przez większość spotkania to był dokładnie ten Widzew, który wiele razy oglądaliśmy w poprzednich rozgrywkach. Niby z przewagą w posiadaniu piłki, z dominacją, ale taką tylko pozorną. W rzeczywistości na okazje bramkowe zbytnio się to nie przekładało. Przy niekorzystnym wyniku praktycznie tylko raz potrafił na poważnie zagrozić bramce Xaviera Dziekońskiego.
Widzew Łódź – Korona Kielce 1:2. Dobrych 20 minut nie wystarczyło do zwycięstwa
Po pierwszych fragmentach mogło się wydawać, że tego wieczoru przy alei Piłsudskiego obejrzymy koncert w wykonaniu piłkarzy Aleksandara Vukovicia. Nie trzeba było długo czekać i po rzucie rożnym, zgraniu od Juljana Shehu Steve Kapuadi dał swojemu zespołowi prowadzenie.
𝐆𝐎𝐋! ⚽ Steve Kapuadi!☝️ Widzew szybko obejmuje prowadzenie w meczu z Koroną!
📺 Transmisja: https://t.co/Khg2yEWhJW pic.twitter.com/YzOfnhbSnI
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) August 15, 2026
Spodziewaliśmy się jednak, że na jednym golu w wykonaniu gospodarzy się nie skończy. Całkowicie zdominowali Koronę i szukali kolejnych okazji. Kwestią czasu wydawało się, że zaraz padnie druga, trzecia, a być może i czwarta bramka. Przez pierwszych 20 minut goście zostali pozbawieni jakichkolwiek argumentów.
No właśnie, nieprzypadkowo powiedzieliśmy 20 minut. Bo właśnie wtedy obraz meczu obrócił się o 180 stopni.
A wystarczył do tego jeden stały fragment. Wrzutka Wiktora Długosza na pozostawionego kompletnie bez opieki Morgana Fassbendera i mamy remis. Widzew do końca pierwszej połowy już nie był w stanie podnieść się po tym ciosie. Z piłkarzy Aleksandara Vukovicia jakby wyparowało całe powietrze. Od tego momentu byli tylko tłem dla poczynań rywali.
Ci po zdobyciu pierwszej bramki zyskali sporo pewności siebie i zaczęli sobie całkiem swobodnie poczynać pod bramką Bartłomieja Drągowskiego. Szczególnie sam Fassbender ewidentnie się rozochocił i chciał pójść za ciosem. I to rzeczywiście mu się udało. Rzut wolny po zdecydowanie niepotrzebnym faulu Mariusza Fornalczyka, Niemiec znów został bez krycia i znów się nie pomylił.
𝐌𝐎𝐑𝐆𝐀𝐍 𝐅𝐀𝐒𝐒𝐁𝐄𝐍𝐃𝐄𝐑! 𝐃𝐔𝐁𝐋𝐄𝐓! ✌️ ⚽
Korona prowadzi 2:1 w „Sercu Łodzi”!
📺 Transmisja: https://t.co/Khg2yEVJUo pic.twitter.com/27PqPmNHq3
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) August 15, 2026
A prawdę mówiąc, Niemiec spokojnie mógł zejść na przerwę nawet z hat-trickiem. Po bardzo prostej stracie Mario Garcii i przytomnym zachowaniu Stjepana Davidovicia, Kamila Jakubczyka oraz Mariusza Stępińskiego stanął oko w oko z Bartłomiejem Drągowskim, jednak tym razem bramkarz Widzewa popisał się doskonałą interwencją.
W każdym razie po trudniejszym początku Korona była zespołem znacznie lepszym i spokojnie przy odrobinie szczęścia mogłaby do przerwy prowadzić wiekszą różnicą niż jednym golem.
Widzew w starej wersji. Korona zbytnio nie miała się czego obawiać
Kibice Widzewa zapewne liczyli, że po przerwie ich zawodnicy ruszą do ataku. Ruszyć może i ruszyli, ale był to poziom mniej więcej takiego nieco przestarzałego parowozu. No nie układały się te ataki gospodarzom. Jak na tyle prób, to jedna stworzona akcja bramkowa to o wiele za mało.
Zdecydowanie najgroźniej zrobiło się przy okazji małego oblężenia, gdy na linii bramkowej heroicznie interweniował Mariusz Stępiński. A poza tym mizeria, mizeria i jeszcze raz mizeria. Widzew kompletnie nie miał pomysłu, jak zaskoczyć dobrze zorganizowaną obronę Kielczan.
Też trudno znaleźć takiego zawodnika, który w ofensywie mógłby to pociągnąć. Wziąć grę na swoje barki i jakąś indywidualną akcją stworzyć przewagę. Mniej uważny widz mógłby zapomnieć nawet, że w tym meczu na boisku biega ktoś taki, jak Sebastian Bergier. Tego wieczoru był kompletnie poza grą. Jedynie Karol Świderski miał może z dwie próby jakiegoś szarpnięcia, ale to znów było znacznie za mało.
Korona może jakichś specjalnych fajerwerków nie prezentowała, ale prawdę mówiąc nikt jej specjalnie do tego nie przymuszał. Zwłaszcza z upływem sił Morgana Fassbendera trudno jej było odpowiedzieć takim groźnym atakiem. A sytuację miała na tyle komfortową, że wystarczyło, że skupiła się na trzymaniu w ryzach obrony, która sprawowała się naprawdę solidnie.
Mimo takiej raczej pragmatycznej gry, i tak powinna w samej końcówce przypieczętować swoje zwycięstwo trzecim golem. Po uderzeniu z najbliższej odległości Norberta Barczaka znów kapitalnie wyciągnął Bartłomiej Drągowski, który akurat do siebie nie może mieć najmniejszych pretensji.
A Widzew poza dobrym początkiem wrócił do swojej gry z poprzednich spotkań i mocno przypominał siebie z poprzednich rozgrywek. Niby długimi fragmentami dominował, utrzymywał się przy piłce, ale było to kompletnie bez przełożenia na konkrety. Tę wersje łódzkiego zespołu doskonale znany i raczej przy alei Piłsudskiego nie chcieliby już zbyt często jej widzieć.
Zmiany:
Legenda
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix