Rangers FC, czyli sieroty po Gerrardzie. Celtic odjechał im w liczbie mistrzostw

Patryk Idasiak

06 sierpnia 2026, 09:40 • 14 min czytania 9

Reklama
Rangers FC, czyli sieroty po Gerrardzie. Celtic odjechał im w liczbie mistrzostw

Jeszcze 20 lat temu Rangersi grali w Lidze Mistrzów, byli wielkim wrogiem Celtiku, rywalizując na tym samym poziomie sportowym. Ogłosili bankructwo i upadłość, musieli przebijać się od czwartej ligi, a następnie Steven Gerrard dokonał cudu. Tylko, że po spektakularnym mistrzostwie wywalczonym przez Anglika nie ma już ani śladu. Rangersi nie poszli za ciosem, rywal znów rywal im odjechał o lata świetlne, a w sezonie 2025/26 byli nawet w Szkocji… numerem trzy. Jaka jest realna siła przeciwnika Jagiellonii?

Reklama

Rangersi, czyli wróg Polaka po trzydziestce

Jeżeli interesowaliście się futbolem 20 lat temu, to nie mogliście przegapić „Celtikomanii”. Normalny, zdrowy Polak siadał wtedy przed telewizorem do kotleta schabowego, włączał Polsat Sport i kibicował, żeby ten pieprzony Kris Boyd nie strzelił gola naszemu polskiemu Polakowi Arturowi Borucowi. A Maciej „Magic” Żurawski trafiający cztery razy z Dunfermline jawił się nam jako napastnik na równym poziomie Pippo Inzaghiego czy innego Alexa Del Piero. Kolegów naszego duetu też byście wymienili o 3:00 w nocy po dwucyfrowej liczbie shotów.

W tej biało-czerwonej opowieści to Rangersi byli tymi złymi, bo protestanci, a Celtic to przecież katolicy! Bo brzydko śpiewali na Artura Boruca, który prowokował ich koszulką z Janem Pawłem II i prostym gestem przeżegnania się naprzeciwko trybuny. Wtedy to była prawdziwa wojna! Akurat „Żuraw” – choć mamy w głowie po latach taki obraz, że wręcz był tam legendą – rozegrał tak naprawdę jeden świetny sezon – 2005/06. Strzelił wówczas 16 ligowych goli, nawet jednego ważnego z Rangersami i mocno przyczynił się do zdobycia mistrzostwa Szkocji.

I teraz uwaga – kiedy „Magic” ładował gole w Szkocji, to bilans mistrzostw wynosił 51:40 dla Rangersów.

Następcą Żurawskiego miał być w ataku Kenny Miller, bombardier z Wolverhampton, który w Championship trafiał jak najęty. Tylko, że w Celtiku mu nie szło, zaciął się, był krytykowany, mało strzelał, no i był jednak człowiekiem z przeszłością w Rangersach. Odszedł do Derby County, grając w tym jakże legendarnie opłakanym sezonie, w którym dostawali bęcki od niemal każdego, zdobyli 11 punktów i po dziś dzień są najgorszą drużyną w historii Premier League. Miller strzelił tam cztery gole (całkiem nieźle) i… dołączył do Rangersów.

Reklama

Ten Celtic to był zresztą duży błąd w jego karierze.

Po prostu wiedziałem, że w pewnym momencie tam wrócę. Wiedziałem! Mogło to nastąpić nieco wcześniej, ale czekałem – minęło siedem lat, odkąd byłem poza klubem – zanim wróciłem w 2008 roku pod wodzą Waltera. To było coś, co po prostu wiedziałem, że kiedyś się wydarzy. Nawet po tym, co się stało, gdy trafiłem do Celtiku w sezonie 2006/07. Wciąż wierzyłem, że coś będzie na rzeczy i że znajdę drogę powrotną – mówił w 2023 roku w podcaście „Off the Record”.

Kenny Miller stał się człowiekiem Rangersów. Rozegrał 300 spotkań dla tego klubu, potem wrócił do niego raz jeszcze i strzelił w sumie 115 goli. A skąd się w ogóle wziął nagle Miller w tym tekście? Ano stąd, że będzie on dobrym punktem odniesienia, bo w latach 2008-2011 tworzył zabójczy atak z Krisem Boydem i przyczynił się do zdobycia trzech mistrzostw z rzędu. Już wtedy Rangersi upadali, choć każdy kolejny last dance zadziwiał kibiców.

Reklama

W końcu – rok po ostatnim z rzędu tytule – ogłosili bankructwo. Zostali zdegradowani na czwarty poziom, najniższy zawodowy w Szkocji. Sir David Murray przeszedł drogę od rewolucjonisty do grabarza. To on przez ponad 20 lat był właścicielem klubu i zerwał z tradycją zatrudniania samych protestantów, co przyczyniło się do dziewięciu mistrzostw z rzędu. Dla Rangersów grali m.in. Paul Gascoigne, Brian Laudrup. Jeszcze w 1998 roku Murray chełpił się: „Na każde pięć funtów wydanych przez Celtic, wydamy dziesięć”.

W 2008 roku firma Murraya zanotowała spore straty. Szkocki biznesmen stracił blisko 80% majątku, a zadłużenie sięgało już wówczas kilkadziesiąt milionów funtów. Klub upadał, lecz sięgnął po trzy mistrzostwa z rzędu. Murray przeczuwał najgorsze. Desperacko sprzedał swój projekt za symbolicznego jednego funta. Niestety nowy właściciel – Craig Whyte – okazał się kimś takim, jak Ireneusz Król.

Zadłużenie w najgorszym momencie wynosiło 150 milionów funtów. W 2012 roku wszedł zarząd komisaryczny. Klub od Whyte’a, po jego krótkich rządach, przejął Charles Green. Stawał na głowie, ale nie dało się tego uratować. Szkoccy rywale po prostu nie zgodzili się, żeby Rangersi grali w Premiership.

Reklama

Rangersi w fazie grupowej Ligi Mistrzów 2010/11. Już wtedy ten klub dogorywał, choć piłkarze wyczyniali cuda. 

1:14 w mistrzostwach w ostatnich latach. A gdyby nie Gerrard…

Za czasów Boruca i Żurawskiego to The Gers mieli wyraźną przewagę w tytułach mistrzowskich. Przemieniali się z Celtikiem, wzajemnie napędzali. Raz jedni walili drugich w łeb, innym razem odwrotnie. A wiecie jak teraz wygląda sytuacja z ligowymi zwycięzcami? Rangersi nie są już równorzędnym przeciwnikiem, a raczej dublowanym kierowcą w F1. Albo wiecznie drudzy jak Adam Miauczyński, albo nawet trzeci, bo swój świetny moment dekadę temu miało Aberdeen, a teraz sensacyjnie do ostatniej kolejki o tytuł walczyło Hearts.

Ta statystyka jest porażająca. Na ostatnich 15 sezonów Celtic tryumfował 14 razy, a Rangersi zaledwie raz. Bilans bezpośredni został więc kopnięty z całej siły i uległ całkowitemu odwróceniu. Teraz w liczbie mistrzostw jest już 56:55 dla The Boys.

A gdyby nie fantastyczna praca Stevena Gerrarda, to byłoby jeszcze gorzej. Lato 2021 to był wielki moment dla kibiców The Gers. Wykorzystali słabość znienawidzonych rywali, którzy notowali mnóstwo remisów, ale w sumie…  nawet nie było to potrzebne. Gerrard zdobył mistrzostwo nie na noże, nie z ledwością, nie żadnym fartem. On je wygrał spektakularnie. Jakby wziął do ręki przeciwników, którzy zdobyli wcześniej dziewięć tytułów z rzędu i po prostu ich zgniótł i zjadł – mniej więcej tak jak Cyklop wojowników Odyseusza. Nie przegrał ani razu w lidze, Celtic ograł trzy razy i raz z nimi zremisował.

Reklama

Gerrard dokładał kolejne klocki do swojej imponującej, wznoszonej przez kilka lat budowli. Brał narzędzia do ręki i pokrywał wszystko, co przeciekało. Chciał przywrócić Rangersów na szczyt i to zrobił. Tak spektakularnie, że wygrał Premiership na początku marca, a później przez dwa miesiące musiał dbać o silną motywację w zespole, by pozostać niepokonanym. To także mu się udało.

W ataku Gerrard miał Alfredo Morelosa – tego samego, który pogrążył chociażby Legię Warszawa w kwalifikacjach do Ligi Europy 2019/20. Kolumbijczyk był świetny, potrafił walnąć raz 29 goli, a raz 30 goli we wszystkich rozgrywkach. Nawet jak już dostał ofertę z Lille, to powiedział, że o, nie, nie, on tutaj ma do wygrania mistrzostwo!

Niesamowitych rzeczy dokonywał prawy obrońca James Tavernier. Co też on wyprawiał… to jest po prostu nie do opisania. To nienormalne, żeby prawy defensor strzelał 19 goli w sezonie, a on właśnie tego dokonał, prowadząc zespół po mistrzostwo. Był też skrzydłowy Ryan Kent, którego Gerrard pamiętał z Liverpoolu. Za słaby na Premier League, ale na szkockie rozgrywki okazał się w sam raz. W środku pola harował za to inny znany z Anglii gracz – Steven Davis.

Reklama

Ekipa Stevena Gerrarda zdobyła mistrzostwo, a rok później dotarła do finału Ligi Europy. Wyeliminowała wtedy po drodze Borussię Dortmund czy RB Lipsk. Grali tam jeszcze wtedy wszyscy stanowiący o sile mistrzowskiej ekipy – Morelos, Davis, Tavernier, Barisić, Kent, Hagi, Aribo, ale nie było już samego Gerrarda, bo w listopadzie postanowił pójść krok dalej w karierze i przyjął ofertę Aston Villi.

Po prostu wrócił w miejsce, które doskonale znał – do Premier League. No i Rangersi cofnęli się w rozwoju.

Sieroty po Stevenie Gerrardzie

Z Rangersami i Gerrardem jest trochę jak z tą parą, co wszyscy mówią, że muszą być razem, bo są sobie przeznaczeni. Zarówno klub, jak i trener osiągnęli wspólnie swój peak. Anglikowi nie poszło w Aston Villi, gdzie po roku stracił pracę. Kiedy mógł dokonać czegoś absolutnie spektakularnego i dać Liverpoolowi mistrzostwo, to ponownie wyrżnął orła – jego The Villans prowadzili na Etihad Stadium 2:0, co sprawiało, że Liverpool przeskakiwał City w tabeli, ale m.in. za sprawą Ilkaya Gundogana przegrali 2:3.

Następnie Stevie G skręcił ze swoją karierą na Bliski Wschód, kasując miliony w Al-Ettifaq. Tam też jakiejś wielkiej roboty nie wykonał. Po drodze odrzucił ofertę Rangersów. Praktycznie co chwilę łączy się Anglika ze szkockim zespołem. Najbardziej kibice pragnęli go przygarnąć po zwolnieniu Russella Martina w październiku 2025, kiedy ten został wewnątrzligowym memem, bo chciał Szkotów nauczyć rewolucyjnego myślenia o piłce.

Reklama

Spójrzmy sobie na osiągnięcia The Gers już po mistrzostwie plus będącym jeszcze spuścizną Gerrarda finale Ligi Europy i przegranej w lidze tylko o cztery punkty (89:93).

  • 2022/23 – drugie miejsce w lidze (7 pkt straty), porażki z Celtikiem w finałach Pucharu Szkocji i Pucharu Ligi, faza grupowa LE, a tam zero punktów, bilans 2:22 i klęska aż 1:7 z Liverpoolem
  • 2023/24 – drugie miejsce w lidze (12 pkt straty), porażka z Celtikiem w finale Pucharu Szkocji, wygranie Pucharu Ligi (po drodze bez meczu z Celtikiem), odpadnięcie w play-offach LM z PSV (3:7 w dwumeczu), wygrana grupa Ligi Europy i odpadnięcie w 1/8 finału z Benfiką
  • 2024/25 – drugie miejsce w lidze (17 pkt straty), kompromitacja w Pucharze Szkocji z Queens Park, porażka z Celtikiem w finale Pucharu Ligi, odpadnięcie w III rundzie el. do LM z Dynamem Kijów i dotarcie później do ćwierćfinału Ligi Europy
  • 2025/26 – trzecie miejsce w lidze, ośmieszający się na starcie menedżer Russell Martin, który po siedmiu kolejkach miał bilans 1-5-1 i został wywalony, odpadnięcie z Celtikiem w obu krajowych pucharach – w ćwierćfinale i półfinale oraz totalna klęska w LM – aż 1:9 w play-offach z Club Brugge, a potem 32. miejsce na 36 ekip w fazie ligowej LE

A kiedy zespół prowadził Gerrard, to mówiło się nawet o tym, że są jednymi z faworytów do wygranej w Lidze Europy i finalnie się o ten puchar otarli, choć zaczęło się od wyeliminowania przez Malmoe w Champions League. Stevie G z Celtikiem miał świetny bilans 7-1-4, a po jego odejściu to już 8-8-15 (wygrane po dogrywce lub karnych liczyłem jako wygraną danego zespołu, nie remis). Nie wygląda to aż tak tragicznie, ale jednak jest gorzej.

Udało się nawet ograć Celtic 3:0 i to w takim stylu, jakby grali z jakimś piątoligowcem. Tylko co z tego, skoro miało to marginalne znaczenie, bo rywal i tak zgarnął mistrza? Celtic przepychał za to wszystkie pucharowe mecze na swoją korzyść.

Reklama

Dziś Steven Gerrard żałuje, że porzucił ten projekt na rzecz Aston Villi, choć przyznaje, że nie czuł, by klub ten chciał się rozwijać. Zaledwie w kwietniu 2026 roku mówił w programie „Overlap”: – Poziom w Premier League był bardzo wysoki. Prawdopodobnie nie zdawałem sobie z tego sprawy, kiedy podejmowałem tę decyzję. Z perspektywy czasu zostałbym w Rangersach dłużej i zdobyłbym więcej doświadczenia. Teraz, siedząc tutaj, żałuję, że tak zrobiłem. 

– Rozmowy z Rangersami po tym, jak wygraliśmy ligę, rozmowy o rekrutacji i finansach, które prowadziliśmy, sprawiały takie wrażenie, że nie są gotowi na kolejny sukces. To było trochę w stylu: „O, dobra, załatwmy to, naprawmy tamto i zróbmy tamto”. Nie takich obietnic się spodziewałem. A potem pojawia się oferta i szansa z Premier League. Trudno odmówić Villi, świetnemu klubowi. Nie mam o nich nic złego do powiedzenia.

Jeśli Gerrard rzeczywiście tak czuł, a nie mówi tego typowo po fakcie, to zdecydowanie miał nosa co do dalszego rozwoju Rangersów, którzy są dziś może dwa kroki za… sobą sprzed kilku lat. Później przyznał się też, dlaczego nie zdecydował się na przyjęcie oferty po latach:

Szczerze mówiąc, uwielbiałem tamten czas. Mam prawdziwy sentyment do Rangersów. Jak dobrze to udokumentowano, byłem bliski powrotu. Obserwuję drużynę i klub z daleka. Oglądam każdy mecz, śledzę każdy z nich. I jak mówię, zawsze będą mieli dla mnie szczególne miejsce.

Reklama

Steven Gerrard jako trener Rangers

– Musiałem naprawdę zmienić życie mojej rodziny, zabierając ich na Bliski Wschód. Musieliśmy zmienić szkołę i wiele rzeczy. Nie chciałem po prostu zniknąć, wyjechać do Szkocji i zostawić ich na Dalekim Wschodzie. To była więc jedna wielka przeszkoda. Po drugie, miałem pewne wątpliwości co do rekrutacji i szybkiego zwycięstwa drużyny, ponieważ nie sądziłem, że za drugim razem będę miał czas i szansę, żeby coś zbudować. Tym razem chodziłoby o zwycięstwo. Miałem więc kilka wątpliwości i niepewności, które nie dawały mi spokoju. Biorąc wszystko pod uwagę, byłem w 80-90 procentach gotowy – ale po prostu nie było odpowiednich okoliczności.

No więc nie ma Gerrarda w Rangersach, choć mógł być, a jest. No właśnie, kto?

Mamy pomysł! Jaki? K… sprytny

Hearts było bliskie sensacyjnego mistrzostwa Szkocji. Gdyby nie wałek w meczu Celtiku, to być może taki scenariusz stałby się faktem. Ale zostawmy już to, hegemonia przerwana nie została, a Rangersi stali sobie gdzieś na górce i patrzyli, jak naparzają się poważni rywale. Drapali się po głowie, myśląc – zaraz, zaraz, to przecież my powinniśmy tam wojować. No to najprościej jest zmienić szyld i jechać dalej, jak mawia klasyk.

Reklama

No więc co zrobili? Wzięli do siebie trenera Dereka McInessa, czyli twórcę spektakularnego sukcesu Serduszek, a chwilę wcześniej zatrudnili też Lawrenca Shanklanda, który od nowego-starego coacha z marszu dostał też opaskę w Rangersach. I na pewno Bernardo Vital z Yukim Kobayashim muszą na niego uważać, bo wpakował 20 goli w sezonie 2025/26 we wszystkich rozgrywkach, a pewnie walnąłby ich jeszcze więcej, tylko przez półtora miesiąca był kontuzjowany.

Liczby Shanklanda są imponujące:

  • 2025/26 – 20 bramek
  • 2024/25 – 9 bramek i 11 asysty – tu grał sporo jako ofensywny pomocnik
  • 2023/24 – 31 bramek
  • 2022/23 – 28 bramek

Jest regularnie powoływany do kadry, zagrał na dwóch meczach MŚ 2026, a chwilę przed nimi strzelił dwa gole Curacao w sparingu. Na pewno nie powiemy o nim, że jedna noga służy mu do wysiadania z samochodu. Już kiedy grał w Dundee United, to selekcjoner Steve Clarke zauważał, że to naturalny finisher – trafia prawą, lewą, głową. W zasadzie to z boiska trudno zgadnąć, która noga jest jego dominującą. Można to poznać dopiero po karniaku, bo je akurat wykonuje prawą nogą, znaczy, że uważa ją za pewniejszą.

Reklama

Nie tylko trener i napastnik przeszli z Hearts do Rangersów, ale też środkowy pomocnik Cammy Devlin. On również po wielu latach w barwach Serduszek postanowił wykonać krok do przodu. Australijczyk był płucami tego klubu w środku pola, regulował tempo gry, grał zwykle po 90 minut jeżeli tylko był zdrowy, a z tym różnie bywało. Pewnie przebiłby barierę 200 występów, a to mu się nie udało.

Derek McInnes plus dwóch jego niesamowicie ważnych dowódców. Rangersi to będzie więc taka trochę kalka Hearts.

Kim jest Derek McInnes? To… kibic Rangersów!

Nie jest tajemnicą, że dorastałem jako kibic Rangersów i jestem przekonany, że to właściwy moment, aby objąć to prestiżowe stanowisko, biorąc pod uwagę strukturę i kierownictwo klubu – powiedział Derek McInnes świeżo po prezentacji na stanowisku szkoleniowca.

Nie ma się co dziwić, bo w latach 1995-2000 grał w tym klubie, choć był też wypożyczany i trudno powiedzieć, żeby zrobił tutaj nawet średnią karierę. Wrócił po 26 latach po wielkiej robocie wykonanej w Hearts. Pamiętacie jak w jednym z akapitów była mowa o Aberdeen? Że byli w stanie dekadę temu wyprzedzić Rangersów i zdobyć wicemistrzostwo, wtarabanić się między wódkę a zakąskę. No to wtedy ich szkoleniowcem był… tadam – Derek McInnes. Prowadził ich przez osiem lat (2013-2021), na liczniku miał 377 spotkań.

Reklama

Doprowadził Aberdeen do czterech finałów krajowych pucharów (Puchar Szkocji i Puchar Ligi), ale wygrał tylko jedno trofeum po karnych z Inverness. Trzykrotnie przegrał finały z Celtikiem.

Rangersi przede wszystkim mają dość czekania. Wicemistrzostwo nie wchodzi w grę. Skoro McInnes prawie był lepszy od Celtiku w dużo słabszym Hearts, to z pewnością za cel stawia mu się mistrzostwo i to od razu, na dzień dobry. Tutaj nie ma już czasu. Drugie miejsce nikogo nie obchodzi. Będzie się starał tego dokonać jako nowy szkoleniowiec, ale też jako wieloletni kibic Rangersów, który tylko czekał na taką okazję, aż zgłosi się po niego klub życia.

Derek McInnes, Glasgow Rangers.

Specyfikę dobrze przedstawił stary dobry Graeme Souness, który był zarówno piłkarzem, jak i trenerem The Gers:

Reklama

Żaden menedżer Rangersów nie usłyszałby: »Och, to w porządku, jeśli zajmie drugie miejsce«. To tak nie działa. Jak byłem piłkarzem, nazywano to chorobą latynoską, kiedy menedżerowie mieli bardzo mało czasu. Teraz to samo dzieje się w brytyjskiej piłce. I to nasiliło się tutaj, w Glasgow, ponieważ zajęcie drugiego miejsca jest uważane za porażkę.

To cena, jeśli zarządzasz klubem z Old Firm. Albo akceptujesz to od pierwszego dnia, albo czeka cię bardzo trudny okres. Rangersi mieli wielu menedżerów w ostatnich latach, bo taka jest natura tego biznesu. Są tylko niektóre ligi, w których drugie miejsce to katastrofa. Tak byłoby w przypadku Bayernu Monachium i podobnie jest w Hiszpanii (dla Realu lub Barcy). Ale w Anglii już nie. Zająć drugie miejsce tam oznacza dobry sezon. Tutaj tak nie jest.

Na razie jednak McInnes siedzi na trybunach. Odbębnił już przeciwko Dundee część kary. Został zawieszony na cztery mecze za komentarze na temat kontrowersyjnego rzutu karnego dla Celtiku w Motherwell w zeszłym sezonie, którego nazwał „obrzydliwym”. Dlatego starcia z Jagiellonią będą jego pierwszym i drugim, gdzie będzie mógł pracować przy ławce rezerwowych. 

McInnes jest w regularnym kontakcie z Aleksem Fergusonem, co uważa za wielką dumę. ESPN w artykule z maja – gdy walczył o tytuł – pytał nawet prowokacyjnie, czy… to nowi sir Alex, ponieważ obaj pochodzą z Glasgow, obaj grali w Rangersach i obaj mieli za zadanie pokonać gigantów z Glasgow, prowadząc dużo mniejsze ekipy. Tylko, że McInnesowi się to ostatecznie nie udało. – On zna moich graczy, doskonale wie, kto jest kim, a niektórzy z nich nie mogą tego pojąć, kiedy im o tym mówię! – mówił o telefonach do legendarnego menedżera. 

Reklama

Wspomniałem ostatnio sir Alexowi o Cammym Devlinie, a on powiedział, że brakowało nam go, kiedy był kontuzjowany. Przekazałem to więc Cammy’emu, a ten odparł: »Na pewno nigdy tego nie powiedział!«. Przekonałem go, że tak było, a potem jeszcze dodałem: »Mówi, że musisz częściej podawać do przodu, częściej zmieniać zagrania i częściej rozrzucać piłkę«. Tak naprawdę tego już nie powiedział, ale teraz Cammy myśli, że tak było!”. 

Spryciula.

Fot. Newspix

Reklama

 

9 komentarzy
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Europy

Reklama
Liga Europy

Trener Rangersów z uznaniem o Ekstraklasie. „Poziom polskiej ligi rośnie”

Mikołaj Duda
13
Trener Rangersów z uznaniem o Ekstraklasie. „Poziom polskiej ligi rośnie”