Klaksvíkar Ítróttarfelag to nazwa tak skomplikowana, że na farerski klub wszyscy wolą wołać po prostu KI. Niezależnie od tego, którą formę wybierzemy, drużyna piłkarska z pięciotysięcznej mieściny na Wyspach Owczych mocno przyczyniła się do spopularyzowania wiedzy o swoim kraju w różnych zakątkach Europy. Lech Poznań zmierzy się z klubem, który napisał historię futbolu na końcu świata.
Poszukiwacze piłkarskich przygód, pracownicy lokalnych fabryk, eksperci od połowu ryb oraz uboju owiec. To banda, która sprawiła, że KI Klaksvik został pierwszym farerskim klubem, który zagrał w fazie grupowej (wówczas jeszcze nie ligowej) europejskich rozgrywek. Gdy odwiedziłem Klaksvíkar Ítróttarfelag przy okazji meczu reprezentacji Polski na Wyspach Owczych, to usłyszałem wiele romantycznych historii, zobaczyłem kanciapę, która służy za bar kibiców, ale nie zjadłem najlepszej smażonej ryby, bo w restauracji… nie było nawet kelnera, co dopiero kucharza (co nie oznaczało, że nie dało się do niej wejść).
Skoro więc liznąłem farerskiej egzotyki, to przybliżę pucharowego rywala Lecha tym, którym Wyspy Owcze kojarzą się z wełnianymi kulkami służącymi za naturalne kosiarki, wulkanicznym krajobrazem, deszczem, mgłą i wszystkim innym poza piłką nożną.

Liga Europy. KI Klaksvik, mistrz Wysp Owczych, to klub ludzi pracy, który odniósł historyczny sukces
Nazwiska w papierach wciąż jakby znajome. Spośród bohaterów, którzy zapewnili KI historyczny pucharowy sezon, piłkę w niebieskiej koszulce wciąż kopią: Odmar Faero, Jakup Andreasen, Rene Joensen, Arni Frederiksberg czy Pall Klettskard. Jak to na Wyspach Owczych bywa: wiele się nie zmienia, bo większość ligowców czy nawet farerskich kadrowiczów ma do wyboru co najwyżej skok w bok. NSI Runavik, HB, Vikingur — parę lat tu, parę lat tam, kariera gotowa.
Mało kto ma szansę na wyjazd, bo i mało kto ma ochotę przemeblować całe życie dla próby przebicia się do składu gdzieś na drugim końcu Europy. Jeśli nie nazywasz się Andrias Edmundsson, nie masz dwudziestu paru lat i pewnego potencjału, wybierasz rozsądny plan na życie. To stąd biorą się potem barwne historie o najlepszym strzelcu, który przed treningiem wisi na telefonie, bo w dziale transportu ryb wydarzył się fakap.
Najlepsi farerscy piłkarze, którzy zostali na Wyspach Owczych, mogliby bimbać całymi dniami pomiędzy treningami, bo futbol oferuje im wystarczające zarobki, żeby prowadzić życie na wysokim poziomie. Nie robią tego, bo olej mają nie tylko w kapsułkach z tranem, ale też w głowie, dlatego wiedzą, że po dekadach uganiania się za piłką w momencie odwieszenia butów na kołku ich pozycja na rynku pracy byłaby licha. Wolą budować „karierę po karierze” jeszcze kiedy aktywnie grają.
– Jeśli jedyne, czym się zajmujesz, to gra w piłkę, nie odłożysz pieniędzy, które pozwolą ci na życie po zakończeniu kariery. Trzeba myśleć o przyszłości, o swojej rodzinie, dzieciach – mówił Arni Frederiksberg, który latami nie chciał grać dla drużyny narodowej, bo po prostu nie miał na to czasu. – Przed Lille byłem na zebraniu od 9 do 12, wieczorem rozegrałem mecz. Zawsze jestem w pracy, więc na wyjazdy biorę komputer – tłumaczył Weszło dyrektor lokalnej firmy.

Dyrektor Arni Frederiksberg
Deni Pavlović, Serb, który powoli zbliża się do dekady na Wyspach Owczych, dodawał, że krajobraz zdążył się zmienić. Dziś piłkarze topowych drużyn w kraju to dyrektorzy czy pracownicy biurowi.
– Zawodnicy, którzy pracują, po prostu do tego przywykli, robią to od zawsze. Nie ma u nas ludzi, którzy trudnią się ciężką pracą. Większość piastuje wysokie stanowiska w różnych firmach, więc nie jest to dla nich tak męczące. W 2018 roku kilku kolegów wykonywało cięższe zawody.
Frederiksberg uzupełnia, że zmienił się też styl życia zawodników. Niegdyś trenowali cztery razy w tygodniu i nie zwracali większej uwagi na przygotowanie fizyczne, pracę nad motoryką, regenerację. Wszystko to odeszło w zapomnienie, stąd też małe sukcesy KI.
Swojska atmosfera, przetwórstwo ryb i hodowla owiec. Oto KI Klaksvik
Nadal jednak mówimy o piłce nożnej w wydaniu bardzo egzotycznym. Deni Pavlović śmiał się, że w Klaksvíkar Ítróttarfelag grają ci, którym nie straszny chłód, dyscyplina i brak rozrywki. Nie brzmi jak zachęta do wywrócenia życia do góry nogami, lecz w KI grają chociażby argentyński stoper Gaston Tellechea oraz brazylijski boczny obrońca Jean Carlos. Obaj przemierzyli Ocean, żeby zagrać na Borðoy, jednej z najdalej na północ wysuniętych wysp wchodzących w skład archipelagu.
Przy tym warto się na chwilę zatrzymać, bo położenie Klaksvik przez wiele lat stanowiło problem dla rozwoju miasta. Brak lądowego połączenia ze stołecznym Torshavn powodował migracje ludzi, którzy dostrzegali większe możliwości życiowe i zawodowe w mieście nazywanym „małą Kopenhagą”. Prom Dugvan kursował częściej w dni robocze, rzadziej w weekendy. Zabierał na pokład czterysta osób i czterdzieści pięć samochodów. Wreszcie otwarto tunel, którym sam dostałem się na Borðoy.

Klaksvik i wtedy, i teraz, był jedną z największych siedlisk na Wyspach Owczych, więc wciąż było to lepiej rozwinięte miasto na farerskiej prowincji. Miasto, w którym funkcjonował najstarszy browar w kraju – Foroya Bjor – oraz największy w okolicy port, co od razu prowadzi do oczywistego wniosku: najczęściej spotkamy tu pracowników przemysłu rybnego i piwowarskiego.
– Życie w Klaksvik toczy się wokół portu i przetwórni ryb. Atmosfera jest bardziej swojska, ludzie się nie stroją. Normalną rzeczą jest to, że chodzą do sklepów w gumiakach i ciuchach roboczych. W Torshavn atmosfera jest bliższa Kopenhadze – tłumaczył Kuba Witek, reportażysta, autor książek i filmów dokumentalnych o Wyspach Owczych, który spędził wiele miesięcy w obydwu farerskich metropoliach.
Sporo tu także farmerów, hodowców owiec. Klaksvíkar Ítróttarfelag nie mógł „wystawić” mi jednego z zawodników do wywiadu, bo akurat wziął kilka dni wolnego, żeby zająć się ubojem swojego stadka. Arni Frederiksberg natomiast żartował, że mimo sukcesów w Europie po meczach KI pytano go o wagę owiec. Wszystko to wiąże się z uwarunkowaniami, na które przeciętny mieszkaniec Klaksvik nie ma żadnego wpływu.
– W Klaksvik zbudowano największy port, bo zimą panują tu najlepsze warunki do przechowywania kutrów. Miasto znajduje się w sercu gór północnych. Widoki są piękne i zmieniają się w zależności od pogody. Poranna mgła, sztorm, wiatr, burza: w każdym przypadku wygląda to ekstra — zachwycał się Witek.
Problemem przez setki lat były kataklizmy i lawiny, które schodziły na miasto. Minęły lata od wielkich nieszczęść, ale wielu Farerów straciło życie, gdy skały zaczęły się osuwać.

Wolontariat, bar-kaplica i atut własnego boiska. Wizyta w Klaksvik
Wspomniane uwarunkowania wydatnie wpłynęły jednak na rozwój samego klubu. Klaksvíkar Ítróttarfelag ma potężnego, lokalnego sponsora w postaci JFK. To potentat branży rybnej, który przez długi czas dyktował to, ile wynosił budżet klubu.
– Prawie wszystkie firmy w mieście wspierają KI. Wiele zależy od przemysłu rybnego. Jeśli w Klaksvik nie ma z tym problemu, pozostałe sektory gospodarki i pozostałe firmy także radzą sobie dobrze. Mamy pięciu, sześciu złotych sponsorów klubu. Gmina ufundowała nam nowe szatnie i nową trybunę. Gospodarka na Wyspach Owczych ma się dobrze, przeżywamy okres prosperity – wyjaśniał Runi Heinesen, dyrektor klubu.
Sukcesy w lidze oraz powstanie Ligi Konferencji sprawiły, że budżet KI można dziś budować na podstawie wpływów z UEFA. Szczególnie udany był rzecz jasna sezon 2023/24 z fazą grupową, gdy przychody liczono w milionach. Trzeba jednak pamiętać, że i wydatki są większe, bo Farerzy latający po Starym Kontynencie to kosztowna przygoda. Heinesen szacował koszty podróży na 100 – 250 tysięcy euro za mecz. Górne widełki tej kwoty jeszcze dekadę temu odpowiadały budżetowi całego klubu.
Klaksvíkar Ítróttarfelag korzysta jednak z przychylności lokalnej społeczności. Przy KI kręci się wielu wolontariuszy i przyjaciół. Opieka nad sprzętem spoczywa na barkach pań z trzydziestoletnim stażem pracy w klubie. To znaczy: wolontariatu, bo nie biorą za to złotówki. Co tydzień można wpaść do siedziby na kawę i ciastko w gronie znajomych. Bilet na mecz kosztuje mniej więcej tyle, ile puszka piwa. Z kolei w trakcie spotkania na murawę lubią wpaść dzieci, które radośnie kopią piłkę.
Kultura piłkarska na Wyspach Owczych jest inna. W Torshavn dzieciaki sprzedają domowe ciasto w czymś stylizowanym na lożę VIP. KI nie ma co się silić na próbę wykreowania matchday experience na zachodni (czy nawet polski) wzór: na mecz wychodzi się czasem i kwadrans przed pierwszym gwizdkiem, w zależności od pogody. W mieście funkcjonuje kilka większych barów, ale ulubionym lokalem kibiców jest kanciapa na podwórku jednego z nich.
– Jesteśmy w miejscu, które nazywa się „Kaplica KI” . Kibice przez pięć lat kolekcjonowali pamiątki, które tu widzicie. Zebranie tego wszystkiego pochłonęło trochę czasu, tak samo jak przygotowanie wystroju, ale dziś to ikoniczne miejsce w całym Klaksvik – opowiadał z dumą Tormund, właściciel przybytku, w którym zmieści się nie więcej niż dziesięć osób jednocześnie.

Są jednak proporce, szaliki, koszulki i gitary. Oraz niewielka lada, za którą gościom serwowany jest browar. Folklor, jest swojsko, jest sympatycznie. Wizyty na Wyspach Owczych są jednak przyjemne głównie z punktu widzenia gospodarzy. Czy Klaksvíkar Ítróttarfelag gra na swoim obiekcie — Við Djúpumýrar — czy też na stadionie narodowym w Torshavn, gdzie mogą się odbywać europejskie spotkania większej rangi, KI jak cytrynę wyciska atut własnego boiska.
KI Klaksvik w europejskich pucharach nie przegrał żadnego z dziesięciu ostatnich meczów na Wyspach Owczych. W tym czasie zremisowali tu tylko piłkarze fińskiego HJK Helsinki oraz litewskiego Żalgirisu Kowno, co zresztą przyczyniło się do faktu, że Lech w ogóle z Farerami zagra. Ostatnim pogromcą KI na ich terenie był Slovan Bratysława, który w fazie grupowej Ligi Konferencji 2023/24 wymęczył wygraną jednym golem. Wcześniej remisem musieli zadowolić się nawet zawodnicy francuskiego Lille.
Jeśli Lech Poznań nie chce przekonać się na własnej skórze o tym, czym grozi wizyta w paszczy lwa, musi w pierwszym meczu zrobić wszystko, żeby rewanż stanowił przyjemną wycieczkę krajoznawczą. Po ostatnich wojażach mistrza Polski to naprawdę ambitne wyzwanie, bo trudno wymyślić zaliczkę, która przekona nas, że tak właśnie będzie.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
SZYMON JANCZYK
fot. Newspix