Dramat Huberta Hurkacza. Prowadził już 2:0 w setach…

Sebastian Warzecha

05 lipca 2026, 21:44 • 6 min czytania 11

Reklama
Dramat Huberta Hurkacza. Prowadził już 2:0 w setach…

W 2024 roku na Wimbledonie Hubert Hurkacz doznał paskudnej kontuzji. Rok temu nawet tam nie grał, bo musiał przejść przez kolejny zabieg i rehabilitację. W tym sezonie wrócił wreszcie na londyńskie korty i w pierwszych trzech meczach radził sobie znakomicie. W IV rundzie czekał na niego Jan-Lennard Struff, doświadczony Niemiec, który w świetnym stylu ograł wcześniej Daniiła Miedwiediewa. I z nim Hubert też grał świetnie… aż do kolejnego urazu. To dramat Polaka. 

Reklama

Hubert Hurkacz poza Wimbledonem. Pokonał go uraz

Wszyscy znamy już tę historię z kontuzją. Wiemy też, że miał Hubert Hurkacz wielkie problemy w tym sezonie – seryjnie przegrywał, długo mu nie szło, wreszcie zmienił trenera. Zmiana poskutkowała, bo już na kortach ziemnych było nieźle… choć na trawie nie do końca. Przed Wimbledonem nie miał przesadnie wielu powodów do optymizmu, ale z drugiej strony wiadomo, że jego serwis sprawia, że Wimbledon to akurat lubi, nawet bardzo. To tam był w półfinale, to na trawie na ogół czuje się świetnie.

Pozostawało więc liczyć, że na londyńskich kortach się przebudzi. I dokładnie to się stało.

Pierwsza runda przyniosła łatwe zwycięstwo nad Casperem Ruudem, ale tego można się było spodziewać. Druga to spokojne ogranie Sebastiana Ofnera, również oczekiwane. Ale już wygrana z Tommym Paulem – i to po przegraniu pierwszego seta – była naprawdę świetnym momentem. W tym meczu poprzeczka stała mniej więcej na tym samym poziomie, co w meczu z Amerykaninem. Jan-Lennard Struff jest bowiem może aktualnie tenisistą na ogół nieco gorszym od Paula, ale niezwykle walecznym, ze świetnym serwisem – generalnie zawodnikiem, który potrafi zaskoczyć wyżej (i niżej, bo takim był Hubert) notowanych rywali.

Reklama

Zresztą już w tym Wimbledonie grał dwie pięciosetówki i obie po znakomitej walce wygrał. Wiadomo było więc, że będzie to rywal groźny i gotowy do ostatniej piłki rywalizować na najwyższym poziomie. Faktycznie tak było.

Świetne dwa sety. Hurkacz robił swoje

Hubert Hurkacz przez lata był zawodnikiem, którego oskarżano o to, że nie trzyma ciśnienia, ale też o to, że jest zbyt „nijaki” na korcie, nie potrafi się nakręcać, zdenerwować w tym pozytywnym sensie. W meczu ze Struffem obu tym zarzutom postanowił zaprzeczyć. Po pierwsze: często się dodatkowo nakręcał, słychać było jego głośne okrzyki. A to „fight!”, a to „TAK!”, zależnie od sytuacji. Często zerkał w stronę teamu, zaciskał pięść, faktycznie był obecny, aktywny na korcie.

Druga rzecz: najlepiej grał wtedy, kiedy to się naprawdę liczyło. Były w tym wyjątki, trudno utrzymać topową formę przez cały mecz, ale na ogół wtedy, gdy trzeba było dołożyć, to Hubert dokładał. A na pewno było tak przez całe dwa pierwsze sety.

Ten pierwszy to był w zasadzie popis Huberta. Świetna gra, doskonałe serwowanie, pewność w każdym zagraniu. Nic sobie nie robił z mocnych podań Struffa, w wymianach był solidny, a gdy trzeba było, to atakował, przyspieszał. Przełamał Struffa już w drugim gemie, sam nie musiał nawet bronić break pointa. Na pewniaka dotarł do końca seta. W drugiej partii było już nieco inaczej i obaj mieli gorsze momenty. Struff lepiej returnował, miał dwa break pointy w szóstym gemie, ale Hubert ostatecznie się wybronił.

Reklama

Doszło do tie-breaka, a w nim ostatecznie triumfował Polak, choć był to triumf bardzo, ale to bardzo wymęczony. Przy stanie 6:3 miał dwa podania i… z nich nie skorzystał. Punkt zdobył jednak przy trzeciej piłce meczowej, gdy serwował Struff. A biorąc pod uwagę, jak dobrze obaj posyłają piłki na drugą stronę z serwisu, to było to naprawdę zaskakujące.

Niemniej: dla nas najważniejsze, że Hubert wygrał i drugiego seta. Prowadził 2:0.

Reklama

Niepokojące obrazki. Hurkacz z problemami

Trzeci set Hubertowi uciekł w tie-breaku.

I to uciekł w tym dodatkowym gemie zadziwiająco wręcz łatwo. Wyjaśnienie przyszło jednak szybko – Hurkacz poprosił o pomoc medyczną i miał masowaną dolną część pleców. Czyli ten obszar, który najbardziej utrudnia serwowanie czy po prostu odgrywanie dobrze zwyczajnych uderzeń – jeśli bolą okolice kręgosłupa lędźwiowego, to trudno jest się skręcać, wygenerować potrzebną moc i skontrolować uderzenie.

Widać było zresztą, że to było pod koniec trzeciego seta problemem. Struff z tego skorzystał, bo co miał innego zrobić? Po prostu grał.

Dla nas jednak były to obrazki bardzo niepokojące. Hurkacz bowiem na tym wszystkim, co taki uraz utrudnia, bazuje jeszcze bardziej niż wielu innych zawodników. To podstawa jego gry, a już szczególnie serwis. Jeśli nie jest w stanie dobrze serwować, to pojawia się problem. Jeśli do tego nie jest w stanie odpowiednio piłki uderzać, na przykład z backhandu, to nieco brak w jego tenisie narzędzi, które pozwoliłyby mu to „nadrobić”. Owszem, jest gibki, dobrze gra na przykład skróty, ale nie ma takiej „ręki”, takiego repertuaru zagrań, żeby być w stanie nimi rywala zaskoczyć.

Reklama

Na domiar złego – w czwartym secie te problemy nie odpuściły.

Jan-Lennard Struff ostatecznie po raz pierwszy w meczu przełamał Hurkacza. Miało to miejsce w szóstym gemie tej partii i widać było, że Hubert nie jest w stanie odpowiednio serwować. Zebrał się jednak w sobie, dołożył sporo na returnie, pomógł sam Niemiec, który zaliczył nieco gorszego gema przy własnym podaniu. Efekt był taki, że Hurkacz z miejsca przełamanie odzyskał i był w stanie chwilę później potwierdzić je serwisem.

Ba, był nawet w stanie przy 4:4 rzucić wyzwanie Struffowi przy jego podaniu! Nie przełamał, ale faktycznie Niemcowi zagroził. Wygrał też chwilę później swój serwis… i ewidentnie coś się w międzyczasie pogorszyło. Bo w kolejnym gemie, gdy znów serwował Jan-Lennard, Hubert grał już dużo bardziej zerojedynkowo, co chwila łapiąc się gdzieś pod żebrami. Problem był na tyle duży, że przy przewadze Niemca poprosił o kolejną interwencję medyczną, a fizjoterapeuta ostatecznie wyprowadził go z kortu. Gdy wrócił, punkt przegrał natychmiast.

Reklama

Wynik brzmiał 5:6. Hubert był bliski wygrania meczu, ale jeszcze bliższy przegrania seta.

I przegrał. Nie był w stanie odpowiednio serwować, próbował skracać wymiany wyjściami do siatki, jednak punkty ostatecznie oddawał, bo do wolejów też po prostu nie mógł się złożyć tak, jakby tego chciał. W zasadzie grał na maksymalnie 50 procent swoich możliwości.

Koniec. Hubert Hurkacz zrezygnował

Cały piąty set to grymas bólu na twarzy Huberta Hurkacza. Zaczął co prawda od niespodziewanego przełamania, ale od razu serwis stracił. Potem był w stanie raz podanie utrzymać, ale to tyle. Gdy Struff przełamał go – zresztą do zera – Hubert pokazał, że to koniec, że nie jest w stanie nawet dograć. A przy wyniku 2:4 w piątym secie to akurat Polak jest takim gościem, który – gdyby tylko był w stanie – postarałby się dograć choćby po to, by rywal mógł go zamknąć swoim wygranym punktem.

Reklama

W tym meczu nie był. I biorąc pod uwagę tę historię sprzed dwóch lat i to, ile czekał, by znów grać o wysokie cele – to naprawdę dramatyczny moment. Pozostaje jedynie trzymać kciuki, by nie było to nic groźnego i by Polak szybko na korty wrócił.

Nie jest to, niestety, nasz Wimbledon, a w dodatku nie brakuje i takich historii, bo przecież z kontuzją, mając nawet piłkę meczową, przegrała też Maja Chwalińska. Jan-Lennard Struff wykorzystał problemy Huberta i jemu wypada pogratulować, bo w wieku 36 lat Niemiec po raz pierwszy zagra w wielkoszlemowym ćwierćfinale. To wielki sukces, ale sam Jan-Lennard, który lubi się z Hubertem, powiedział, że szkoda, że wszystko to nastąpiło w takich okolicznościach.

Życzył też Hubiemu zdrowia. I oby te życzenia się spełniły.

Hubert Hurkacz – Jan-Lennard Struff 6:3, 7:6 (5), 6:7 (2), 5:7, 2:4 (krecz)

Reklama

Fot. Newspix

11 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Mundial 2026

Haaland poczekał, Haaland uderzył, Haaland jest wielki! Brazylia wraca do domu.

Kacper Korpak
0
Haaland poczekał, Haaland uderzył, Haaland jest wielki! Brazylia wraca do domu.

Inne sporty

Reklama