Iga Świątek poza Wimbledonem. Przegrała przez własne błędy

Sebastian Warzecha

04 lipca 2026, 16:56 • 6 min czytania 35

Reklama
Iga Świątek poza Wimbledonem. Przegrała przez własne błędy

Alexandra Eala grała dobry mecz – trzeba to zaznaczyć. Nie było to jednak spotkanie, które powinna wygrać, gdyby Iga Świątek rozegrała w zasadzie minimalnie lepsze spotkanie. Ograniczyła liczbę błędów, kontrolowała forehand, grała spokojniej. Żadna z tych rzeczy nie miała jednak miejsca, w efekcie obrończyni tytułu pożegnała się z Wimbledonem na etapie III rundy. Na własne życzenie.

Reklama

Iga Świątek gorsza od Alexandry Eali. Nie obroni tytułu

Raczej mało kto nastawiał się na to, że Igę stać znów na zwycięstwo na Wimbledonie. Mecz z Karoliną Pliskovą, w II rundzie, był co prawda pozytywnym sygnałem, ale… wiele było już w tym roku turniejów, w których Świątek rozgrywała dobry mecz tylko po to, by rundę później prezentować się na korcie fatalnie jak na siebie. Dlatego do takich sygnałów trzeba było podejść na zasadzie: okej, fajnie, ale poczekajmy na to, co będzie dalej. No i dziś wyszło, że dalej było znacznie słabiej.

Alexandra Eala to z kolei tenisistka, która od roku-dwóch przewija się w typowaniach ekspertów co do tego, która zawodniczka może zrobić ogromny postęp. Ma talent, jest zawodniczką pomysłową na korcie, wybieganą, do tego gra lewą ręką i potrafi rozstrzygnąć wymiany na wiele sposobów (świetnie na przykład z kontry). Do tej pory trzymała się jednak – mimo że potrafiła wygrywać duże mecze, pokonała przecież Igę już rok temu w Miami – nieco dalej w rankingu. Ten Wimbledon był dla niej jednak przełomowy.

Nigdy wcześniej nie była bowiem w Szlemie rozstawiona, to raz. Dwa – po raz pierwszy doszła do III rundy w turnieju tej rangi. Bo, o dziwo, do tej pory zawsze odpadała jednak wcześniej. Dziś grała więc historyczny mecz dla siebie i w sumie swojego kraju – Filipin.

Reklama

I tę historię napisała raz jeszcze. Niestety dla nas – kosztem Igi Świątek.

Niezwykły pierwszy set

Grały pierwszą partię obie naprawdę długo – trwał 85 minut. I w zasadzie to i Iga, i Alexandra mogły skończyć ją wcześniej. Świątek jednak popełniała zdecydowanie za dużo błędów, a Eala miała problem, gdy Iga jednak przyspieszała grę. Generalnie był to set momentów, nie dominowała żadna z nich na dłuższym dystansie, obie raczej zmieniały się w sprinterki – raz inicjatywę przejmowała jedna, raz druga, w krótkich fragmentach.

Igę zawodziło wiele rzeczy. Problemem był serwis, choć na returnie z kolei grała dość dobrze. To ona zresztą jako pierwsza – w trzecim gemie – zyskała przełamanie, ale tylko po to, by chwilę później swoje podanie rywalce oddać. Kilka gemów później wymieniły się rolami: Iga przegrała swojego gema i Alexandra serwowała na seta. Ba, miała nawet piłkę setową. I wtedy Polka dobrze się wybroniła, by chwilę później przełamać Filipinkę, a potem wyrównać stan rywalizacji.

Mogła nawet pójść za ciosem – miała break pointa na 6:5. Nie skorzystała jednak i ostatecznie doszło do tie-breaka.

Reklama

A ten był dowodem na to, że Iga była dziś niezwykle nierówna. Zaczęła od prowadzenia 2:0 z małym przełamaniem, by potem przegrać pięć punktów z rzędu. Eala miała nawet dwa serwisy i mogła tego seta zakończyć, ale w obu przypadkach Iga dobrze popracowała na returnie, a potem wygrała dwa swoje podania – i nagle to ona miała piłkę setową. Tutaj jednak dobrze wybroniła się Filipinka.

I zaczęło się granie na przewagi. Natomiast w tym tie-breaku ogółem kluczowa jest jedna piłka setowa, gdy Iga miała otwarty kort i forehand na rakiecie. Wielokrotnie w takich przypadkach grała dziś wprost na rywalkę i potem tego żałowała. W tym akurat nie chciała, planowała zagrać spokojniej, tam, gdzie Alexandry nie było.

Pomysł dobry. Tyle że trafiła w siatkę. A potem inny taki forehand wyrzuciła daleko w aut – to miało miejsce przy setowej dla Eali.

Reklama

Forehand Igi dziś bowiem nie działał. Był nieregularny, piłka po odbiciu od rakiety latała w zasadzie, gdzie się jej akurat zamarzyło. Często kończyła jeszcze w korcie, często jednak poza nim. I zdawało się, że im ważniejszy punkt, tym większe prawdopodobieństwo, ze skończy poza linią.

Natomiast – co warto było podkreślić – mimo przegrania pierwszego seta można było mieć co do tego meczu pewne nadzieje. Bo Iga walczyła, nie oddała tej partii łatwo. A w ostatnich miesiącach często zdarzały jej się spotkania, gdy w podobnych okolicznościach po prostu kapitulowała i nawet nie próbowała rywalizować. Tutaj nie tylko tę walkę podjęła (od 3:5 w secie w gemach, od 2:5 w tie-breaku), ale wręcz powinna była ją wygrać. To był pewien pozytyw.

Negatyw? No jasne, że to, że ostatecznie przegrała. Pytaniem było, jak na to zareaguje.

Reklama

Im dalej w las, tym gorzej

Zareagowała fatalnie. Znów przekonaliśmy się o tym, że Iga podpala się niezwykle łatwo, natomiast ugaszenie tego ognia – w tym przypadku negatywnego – zajmuje dłuższą chwilę i nie zawsze się udaje. Bo Polka wyszła na kort w drugim secie w gorszym stanie, niż kończyła pierwszego. Tam mimo błędów grała w miarę dobrze, nawiązywała walkę. Na starcie drugiej partii tej walki nie było. Iga przegrała cztery pierwsze gemy – ocknęła się dopiero w piątym, gdy nagle przypomniała sobie jak serwować (bo to, jako się rzekło, naprawdę bywało dziś sporym problemem).

Ba, gema później przełamała Ealę, nakręciła się na returnie. Wydawało się, że wszystko jednak zmierza w dobrą stronę… i równie szybko, jak się zaczęło tak wydawać, to przestało. Znów nastąpił gem błędów, znów nie było podania, znów Idze wajcha w głowie przestawiła się z „chłodzenia” na „grzanie”. Alexandra Eala nie musiała tak po prawdzie robić niczego wielkiego – wystarczyło, że odgrywała piłkę na drugą stronę. I w końcu zdobywała punkt.

A w kolejnym gemie wygrała mecz.

Reklama

Nie można zarzucić Idze, że nie próbowała – obroniła dwie piłki meczowe, wypracowała też cztery break pointy. Ba, ze dwa powinna była pewnie wykorzystać. Jednak kiedy do tego dochodziło, znów brakowało jej opanowania. A bez niego Polka sobie po prostu nie radzi. Rok temu akurat na Wimbledonie ten spokój odnalazła i to też w meczu, w którym jej nie szło. A im dalej w turniej, tym miała go więcej. Ostatecznie to za jego sprawą wygrała cały Wimbledon.

W tym sezonie spokoju nie było. Nie było też forehandu, serwis się rozregulował, zawodziły też decyzje. I to, niestety, w dużej mierze nie sprawa trenera – schematy akcji, to jak Iga je rozrysowywała, jak była przygotowana na Ealę – to wszystko zdawało się dziś być dobre. Natomiast w kluczowych momentach decydował czynnik ludzki, czyli sama Iga.

I to on zawiódł.

Reklama

Iga Świątek – Alexandra Eala 6:7 (9), 2:6

Fot. Newspix

35 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama