Lech Poznań spełnia obietnicę i wzmacnia kadrę przed startem eliminacji Ligi Mistrzów. Po wykupie Luisa Palmy, sprowadzeniu Mateusza Lisa oraz Allahyara Sayyadmanesha przyszła pora na stopera. Nowym obrońcą Kolejorza został Terry Yegbe, który stał się jednym z najdroższych transferów w historii klubu. My postanowiliśmy się przekonać, czy kwota trzy miliony euro jest adekwatna do umiejętności tego zawodnika.
Ghańczyk w ostatnim sezonie zebrał cenne doświadczenie we Francji, gdzie mierzył się choćby z samym PSG. Co prawda wraz ze swoim zespołem spadł z Ligue 1, natomiast w innym wypadku prawdopobnie nie byłoby szans, by nakłonić go do gry w Polsce. Wcześniej z bardzo dobrej strony pokazał się w mocno obserwowanej przez Lecha Szwecji i uwiarygodnił się występami w europejskich pucharach.
Terry Yegbe. Kim jest nowy lider obrony mistrza Polski?
Spis treści
- Terry Yegbe. Kim jest nowy lider obrony mistrza Polski?
- Przerósł oczekiwania Finów. „Był absolutnie czołowym defensorem ligi”
- Transfer do Szwecji i pozytywna weryfikacja w europejskich pucharach. „Miałem świadomość, że długo w Szwecji miejsca nie zagrzeje”
- Nieudany transfer do Francji i spadek z hukiem. Zawiódł wybór klubu
- Yegbe nie wyszło w Ligue 1. W Polsce powinno być inaczej
Przerósł oczekiwania Finów. „Był absolutnie czołowym defensorem ligi”
Już zdążyliśmy się przyzwyczaić, że wielu zawodników z Afryki swoją przygodę w Europie zaczyna od krajów położonych na północy kontynentu. Tamtejsze kluby lubują się w skautingu i wyszukiwaniu perełek na Czarnym Lądzie. Może nie z takim rozmachem jak choćby duńskie Midjtylland, ale w ostatnich latach czyniło to także fińskie SJK – upodobało sobie Ghanę i właśnie tego efektem było sprowadzenie Terry’ego Yegbe. Natomiast dodajmy, że w podobnym okresie pozyskano jeszcze dwóch jego rodaków.
Nowy stoper Lecha zaczął od występów w drugim zespole, ale dość szybko przeskoczył do pierwszego i zaczął odgrywać w nim pierwszoplanową rolę. Krótko mówiąc: zrobił na wszystkich gigantyczne wrażenie. Wręcz przerósł oczekiwania ludzi, którzy byli odpowiedzialni za ściągnięcie go z ojczyzny. Szybko stało się jasne, że Yegbe zbyt długo na fińskich boiskach nie pogra.
– Pokazywał na pewno potencjał na dużo silniejszą ligę niż fińską. I to właściwie od pierwszych jego tygodni w Seinajoki podkreślano, wręcz odliczano czas na ofertę transferową z zagranicy – opowiada nam ekspert od tamtejszej piłki i autor przewodnika po fińskiej Veikkausllidze Mateusz Dubiczeńko.
I rzeczywiście, Ghańczyk wytrzymał w SJK jeden sezon. Opuścił tylko trzy spotkania, we wszystkich pozostałych grał od pierwszej minuty. Jakby nie patrzeć, był liderem swojego zespołu. Trudno sprowadzić sukces drużynowy do postawy jednego zawodnika, aczkolwiek faktem jest, że w sezonie 2023 (system wiosna-jesień) SJK z Yegbem w składzie zajęło trzecie miejsce w lidze, czyli osiągnęło najlepszy wynik od 2016 roku. Do dzisiaj nawet go nie powtórzyło.
Już wtedy obrońca pokazywał swoje atuty i dobrze wpływał na całą linię defensywy, co po czasie Dubiczeńko wspomina tak: – Myślę, że jego główny atut to warunki fizyczne, sprawiał wrażenie obrońcy nie do przejścia. Przy nim ta gra obronna SJK wyglądała spokojniej i pod dużo większą kontrolą. Nie jest też przy tym drewniany w ruchach. Nie bał się ruszyć do przodu, gdy robiło się na to miejsce. Wygrywał pojedynki główkowe, ma mocny wyrzut z autu. W SJK był absolutnie czołowym defensorem ligi. Twardy, nieustępliwy, nieprzyjemny, momentami agresywny.
Co do tych rzutów z autu, Yegbe faktycznie udowodnił, że może uchodzić za specjalistę w tej dziedzinie (Tomasz Tułacz byłby zachwycony). W jednym ze spotkań po jego rzucie z linii bocznej bramkarz zdobył bramkę samobójczą, ale właściwie to Yegbe strzelił gola golkiperem rywala.
MAALI ⚽️
SJK menee heti alussa johtoon! Ja tämä maali ei synnykään ihan kaikkein tavallisimmalla tavalla.
1–0 Seinäjoella.#veikkausliiga #SJKVPS pic.twitter.com/SkqDnrYvQP
— Veikkausliiga (@Veikkausliiga) June 8, 2023
Czy podczas gry w Finlandii Yegbe miał jakieś rzucające się w oczy mankamenty? Ekspert wskazuje, że nie najlepiej funkcjonowała u niego gra piłką po ziemi. W kolejnych latach – szczególnie w Szwecji – udoskonalił jednak ten element.
Transfer do Szwecji i pozytywna weryfikacja w europejskich pucharach. „Miałem świadomość, że długo w Szwecji miejsca nie zagrzeje”
Po udanym pobycie w Finlandii przeniósł się do nieodległej Szwecji i trzeba przyznać, że okres adaptacji w nowym klubie przebiegł u Ghańczyka bezboleśnie. Szybko wkupił się w łaski nie tylko trenera, ale i kolegów z zespołu.
– Terry to zawodnik imponujący szybkością, siłą i precyzją przy długich podaniach. W połączeniu z jego warunkami fizycznymi i atletyzmem wierzymy, że bardzo dobrze wkomponuje się w zespół – mówił szkoleniowiec Elfsborga Jimmy Thelin po pierwszych dniach nowego piłkarza w jego drużynie.
Po kilku tygodniach sporo pochwał zebrał też od Ahmeda Qasema, który wtedy również występował w szwedzkim zespole. – To potwór na boisku. Jest szybki, silny, dobrze operuje piłką. Myślę, że zaskoczy wielu ludzi w Allsvenskan – mówił Irakijczyk w programie Fotbollskanalen.
Dwuletni okres w Szwecji pozwolił Yegbe uwiarygodnić się na rynku. Wiadomo, że liga fińska nie jest najbardziej renomowaną w Europie, natomiast Allsvenskan jest śledzona przez ekipy z najwyższej półki. Dodatkowo Ghańczyk sprawdził się na arenie międzynarodowej, gdzie w Lidze Europy mierzył się z Romą czy Tottenhamem. Jak mówi nam ekspert od szwedzkiego futbolu Marek Wadas, Yegbe zdał ten egzamin pozytywnie.
– Yegbe to był ważny element układanki trenera Hiljemarka, który fajnie namieszał w Lidze Europy. Elfsborg pokazał się tam z dobrej strony, pokonując Romę czy Niceę. Zatem wspomnienia mam raczej dobre i miałem świadomość, że długo w Szwecji miejsca nie zagrzeje.

Podobnie jak w Finlandii, gdy Yegbe wskoczył do składu Elfsborga, praktycznie wcale nie oddawał w nim miejsca. Co istotne, omijały go urazy, ale raz zdarzyło się, że nie wystąpił w siedmiu kolejnych ligowych spotkaniach. Dlaczego? Został zawieszony aż na cztery mecze po obejrzeniu czerwonej kartki. Współprowadzący stronę Futbol po Skandynawsku potwierdza słowa, które słyszeliśmy także z innych źródeł, że zdarza mu się przesadzać z agresją w swoich interwencjach.
– Czasem grywał zbyt agresywnie. Złapał nawet zawieszenie na kilka spotkań za incydent w meczu z Sirius, gdzie potraktował łokciem jednego z rywali – wspomina feralną czerwoną kartkę Wadas.
Ekspert zwraca też uwagę, że Yegbe mógłby lepiej wykorzystywać atut swojego wzrostu pod bramką rywala. – To kawał chłopa, którego czasem po prostu wystarczy trafić w głowę, no i powiedzmy szczerze, że dwie bramki głową to trochę za mało, patrząc na jego możliwości. W defensywie był za to skuteczniejszy powietrzu i tam ten atut wykorzystywał zdecydowanie częściej.
Mimo to, całościowo przenosiny do Elfsborga okazały się dla Yegbe bardzo dobrym ruchem. Wyróżniał się na tle konkurentów i mocno się w tym czasie rozwinął.
– Przy takich warunkach fizycznych to była tylko kwestia czasu, jak odejdzie. Jak na swoje gabaryty był całkiem pewny w rozegraniu i potrafił podprowadzić piłkę kilkanaście metrów. Na pewno będzie bardzo przydatny w defensywie, ale niekiedy brakowało mu koncentracji, choć rozwijał się w tej materii regularnie. Mam też wrażenie, że z miesiąca na miesiąc wyglądał coraz dojrzalej i nieprzypadkowo wielu uważało, że Szwecja będzie dla niego tylko przystankiem. Dobrze mieć kogoś takiego w obu polach karnych – ocenia Wadas.
Nieudany transfer do Francji i spadek z hukiem. Zawiódł wybór klubu
Jak już opisywaliśmy na Weszło, Terry Yegbe po udanym pobycie w Szwecji zwrócił na siebie uwagę większych ekip. Mówiło się o Niemczech, o Anglii, lecz finalnie trafił do francuskiego Metz. Z perspektywy czasu idziemy o zakład, że gdyby Ghańczyk mógł cofnąć się w czasie, z pewnością wybrałby inaczej. Zwyczajnie to nie był dla niego odpowiedni klub, o czym przekonują nas nawet ludzie, którzy z bliska śledzą losy zespołu z miasta położonego tuż przy granicy z Niemcami i Luksemburgiem.
Przede wszystkim Yegbe trafił do ekipy, która nie do końca pasowała do jego stylu gry. Zarówno w Finlandii, jak i w Szwecji grał w zespole ofensywnym, dominującym, wysoko pressującym, co bardzo dobrze uwydatniało jego atuty. We Francji było inaczej. Musiał przystosować się do obrony niskiej i gry głównie długimi podaniami. A to nawet nie jest największy problem. Znalazł się w środku wielopoziomowej katastrofy.
Metz z hukiem spadło z ligi. W 34 kolejkach uzbierało zaledwie 17 punktów, czyli dwa razy mniej od pierwszego zespołu znad kreski. Mało tego, miało zdecydowanie najgorszą defensywę – straciło aż 76 goli. Oczywiście nie mamy zamiaru koloryzować i przekonywać, że Yegbe nie miał w tym żadnego udziału. Bo miał, i to spory, aczkolwiek to nie przekreśla go jako jakościowego stopera. Faktem jest, że Metz nie wygrało żadnego meczu, w którym brakowało go na boisku. We wszystkich trzech zwycięskich spotkaniach nowy stoper Lecha rozegrał pełne 90 minut.

Głównym problemem, z jakim zmagał się Ghańczyk, było tempo gry. W tekście o kulisach tego transferu przytaczaliśmy jego wręcz kosmiczne dane motoryczne i one oczywiście są prawdziwe, ale nie do końca oddają cały obraz. Dwa niezależne od siebie francuskie źródła przekazały nam jasno, że stoper miał problemy z nadążeniem za wydarzeniami boiskowymi. Ściślej, za nagłą zmianą kierunku biegu – jego zwrotność nie stała na wysokim poziomie, co uwydatniały pojedynki ze znacznie niższymi, zwinniejszymi napastnikami. Drugą problematyczną kwestią były zbyt wolno podejmowane decyzje.
Zresztą, tę opinię potwierdza nam Marek Wadas, wspominając występy 25-latka w Szwecji.
– Szybkościowo on był naprawdę solidny, ale przy takiej masie i wzroście nie sposób nie było mieć problemów ze zwrotnością. Na dłuższym dystansie potrafił jednak nadrobić do napastnika, gorzej wyglądał na pierwszych metrach i przy szybkich zmianach kierunku. Decyzyjność też nie była jego najmocniejszą stroną.
To w pewnym sensie kolejny dowód na to, że w Lechu powinien odnaleźć się lepiej, niż w Metz, ale do tego aspektu jeszcze wrócimy. Natomiast gra w kompletnie innym systemie pozwoliła mu jeszcze bardziej rozwinąć się w aspekcie zagrywania długich piłek, co już było jego atutem w Elfsborgu. Właśnie w taki sposób zaliczył bardzo ładną asystę przy trafieniu byłego lechity Gio Citaiszwiliego
Jedyna asysta Yegbe w Ligue 1 poniżej. Największą ciekawostką jest to, że gola po jego podaniu zdobył… Gio Tsitaishvili 😅 pic.twitter.com/RP1wre8R1I
— Pedro Sisko (@KapitanSisko) June 23, 2026
Jak wskazuje nam Angelo Salemi, dziennikarz zajmujący się Metz na portalu RL Sports, problemem Yegbe nie było nawet to, że nie pasował do poziomu Ligue 1, tylko do zespołu, w którym się znalazł. – Yegbe ciężko było się wyróżnić indywidualnie. Metz to był zbiorowy koszmar – kwituje ekspert.
Jednocześnie zaznacza, że nie zdziwiłby się, gdyby Yegbe został w Ligue 1 na kolejny sezon. To, co zdążył pokazać, jego zdaniem jest wystarczającym argumentem za tym, że w silniejszym zespole, grającym w innym sposób, mógłby okazać się solidnym wzmocnieniem defensywy. – Jest silny fizycznie, imponująco się prezentuje. Wysoki i dobrze zbudowany. Dobrze gra też długie piłki. W lepszym zespole jego atuty mogłyby zostać bardziej uwydatnione – uważa Salemi.
Yegbe nie wyszło w Ligue 1. W Polsce powinno być inaczej
Styl gry jest kluczowy w postrzeganiu tego, jak powinna potoczyć się przygoda Yegbe w Polsce. Lech jest zespołem grającym w zupełnie innym stylu niż Metz, a jednocześnie ma wiele punktów wspólnych z grą, z jaką Ghańczyk spotkał się najpierw w Finlandii, a następnie w Szwecji, czyli w miejscach, w których pokazał się z bardzo dobrej strony.
Zresztą, we Francji mają przekonanie, że 25-latek przez ostatni sezon nie zdążył pokazać pełni swoich możliwości. – Nie sądzę, żebyśmy w Metz zobaczyli prawdziwego Terry’ego Yegbe. Więc tak, zakładam, że w innym środowisku poradzi sobie lepiej. Pozostaje jedynie pytanie, jak dobrze się zaadaptuje i odnajdzie – mówi nam Rico Emeric, dziennikarz zajmujący się Metz w Moselle TV.
Dlatego dużo lepszą próbką jest spojrzenie na występy Yegbe w poprzednich klubach. W Finlandii jego zespół cechował się wysokim pressingiem i dominowaniem rywala, czyli dokładnie tym, co preferuje Lech.
– Pod wodzą Joaquina Gomeza, z którym tam pracował, to była bardzo mobilna drużyna. Stąd też wielokrotne zejscia w boczne sektory, w jego wypadku na lewą flankę. Nawet w przypadku dominacji rywala starali się nie zamykać kompletnie pola karnego i nie schodzić całym zespołem pod samą bramkę. Bardziej pracowali pressingiem i podejściem, zarówno pomocnicy, jak i obrońcy – opisuje Dubiczeńko, który dokładnie śledził dalsze losy Ghańczyka i uważa, że o ile przenosiny do Szwecji były bardzo dobrym wyborem, o tyle Metz rzeczywiście było błędem i na ten moment zbyt dużym przeskokiem.
– Ten pierwszy ruch do Szwecji bardzo mi się podobał. Myślę, że późniejszy wybór Metz był za dużym skokiem, ale też źle dobranym zespołem do gry, bo w Finlandii nie grał w tak nisko ustawionej linii obrony.

Gra Lecha w takim stylu, jaki preferuje Niels Frederiksen, sprawia, że wspomniany już problem ze zwrotnością Ghańczyka nie powinien być wielkim mankamentem. Funkcjonowanie w wysoko ustawionej defensywie będzie powodowało – tak jak w jego dwóch wcześniejszych klubach – że na nieco większej przestrzeni nadrobi stratę i dzięki swojej szybkości dopadnie rywala.
Oczywiście, zawsze są wątpliwości, czy zawodnik dobrze się odnajdzie w nowym miejscu, jak dogada się z nowymi kolegami i takich zmiennych można byłoby znaleźć jeszcze kilka, aczkolwiek na papierze wiele wskazuje na to, że Lech znalazł prawdziwego kozaka. Kolejorz wysłał kolejny sygnał, że chce na poważnie powalczyć o upragniony awans do Ligi Mistrzów. Nie będzie dla nas żadnym zaskoczeniem, jeśli po zakończeniu sezonu będziemy mówić, że Terry Yegbe i Wojciech Mońka to zdecydowanie najlepszy duet stoperów w Ekstraklasie.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Lech Poznań/Przemysław Szyszka, Newspix