Przed mundialem spytano Bruno Fernandesa, gwiazdora Portugalczyków, kto będzie czarnym koniem imprezy. Pomocnik Manchesteru United nie wskazał Turcji czy Japonii, a Szkotów. Fernandes wie, co mówi – zna wielu piłkarzy z tego kraju z Premier League. Postawił jednak na zespół, który zmaga się z mundialową traumą. Szkoci, choć często gościli na mistrzostwach świata, nigdy nie zagrali w fazie pucharowej, a historie ich porażek obfitują w dziwne i barwne sytuacje.
Wyczekiwanie. Ekscytacja. Napięcie. To wszystko towarzyszy piłkarzom oraz kibicom reprezentacji Szkocji przed ich drugim grupowym spotkaniem z Marokiem. Jeżeli zespół Steve’a Clarke’a wywalczy przynajmniej remis, zapewni sobie praktycznie grę w 1/16 finału. W końcu w pierwszej kolejce wygrał 1:0 z Haiti. Nawet porażki w spotkaniach z Marokiem i Brazylią nie muszą oznaczać odpadnięcia z mundialu. Ale nikt nie chce nerwowo czekać na rozstrzygnięcia w innych grupach. Tym bardziej, że Szkoci mają swoją traumę związaną z mistrzostwami świata. To ich dziewiąty udział w mundialu i jeszcze NIGDY nie wyszli z grupy. Startowali na tej imprezie w: 1954, 1958, 1974, 1978, 1982, 1986, 1990 i 1998 roku. Poznajcie niektóre historie związane z przegranymi mundialami Szkotów.

Steve Clarke i Andy Robertson po pokonaniu Haiti
Rok 1954, czyli trener odchodzi i komitet przejmuje władzę
Kiedy działacze tunezyjskiej federacji podjęli decyzję, by zwolnić selekcjonera już po pierwszym meczu na obecnym mundialu, przegranym 1:5 ze Szwecją, napisaliśmy na Weszło o tym, jacy trenerzy w historii mistrzostw świata byli w podobnej sytuacji. I podaliśmy m. in. przykład szkocki: w 1954 roku, gdy turniej odbywał się w Szwajcarii, trener Andy Beattie po pierwszym spotkaniu odszedł z drużyny, choć on akurat sam zrezygnował. Nie było, jak w przypadku Tunezji, błyskawicznego wskazania następcy. Szkota zastąpił… komitet selekcyjny.
Ale po kolei: Szkocja już wcześniej mogła wystąpić w mistrzostwach, ale nie była tym zainteresowana. Dopiero w Szwajcarii nastąpił jej debiut, tyle że dały o sobie znać krajowe tarcia. Działacze Glasgow Rangers nie chcieli, żeby ich piłkarze znaleźli się w reprezentacji, dlatego zorganizowali tournée zespołu do Kanady, które odbywało się akurat w czasie mistrzostw świata. Związek wysłał na mundial… 13 zawodników, choć mógł 22, w tym dwóch bramkarzy. Nie było więc żadnej opcji robienia roszad.
Przed pierwszym meczem z Austrią piłkarze usłyszeli od trenera, że mają grać ostro i jak najszybciej strzelić gola. Wypadli przyzwoicie, ale przegrali 0:1. Beattie, który czuł, że ludzie z federacji próbują nim sterować, a do tego jeszcze nie miał dobrych relacji z niektórymi zawodnikami, zrezygnował. Zbliżał się mecz z Urugwajem, wówczas aktualnymi mistrzami świata. Właśnie wtedy władzę przejął wspominany już komitet selekcyjny, który jednak… nie miał za bardzo o czym rozmawiać, bo do dyspozycji było 11 piłkarzy z pola. I na stadionie w Bazylei nastąpiła demolka – Szkoci przegrali aż 0:7.

Mecz Urugwaj – Szkocja (7:0) z 1954 roku
Nigdy później nie przegrają na mundialu wyżej.
Rok 1978, czyli Szkocja kandydatem numer cztery do mistrzostwa świata
Wyobraźcie sobie Igora Jovićevicia w kilcie, grającego na dudach. Taką jego szkocką wersję. Macie to w głowie? Postać byłego już trenera Widzewa od razu przyszła mi do głowy, gdy zacząłem czytać o Allym MacLeodzie. Kiedy w 1977 roku objął reprezentację Szkocji, na pierwszej konferencji prasowej wypalił: „Dzień dobry, nazywam się Ally MacLeod i jestem zwycięzcą”.
Łączyła go trochę z Jovićeviciem retoryka, ale różniły wyniki, bo Szkocja pod jego wodzą imponowała. Kraj oszalał, gdy jego chłopcy najpierw pokonali 2:1 Anglię na Wembley, a następnie wygrali w Glasgow z Czechosłowacją, ówczesnymi mistrzami Europy. Przed mundialem, rozgrywanym w Argentynie, Szkoci byli uważani za czwarty w kolejności kandydat do pucharu: za Brazylią, Argentyną i RFN.
Dziwnie to dzisiaj brzmi, prawda? Ale wtedy były ku temu podstawy. Wszystko swoimi wypowiedziami podsycał MacLeod. Jonathan Wilson w książce „Potęga i chwała. Nieznana historia mistrzostw świata” cytuje jego słowa: „Możecie już sobie zapisać datę 25 czerwca 1978 roku jako dzień, w którym szkocka piłka podbiła świat. Niech nasz kraj przygotuje się na narodowy dzień Ally’ego”.
25 czerwca 1978 roku odbywał się finał mundialu. Ale zagrali w nim gospodarze, Argentyńczycy, z Holandią. Szkoci byli już w domu.
Wszystko zaczęło się psuć od razu po przyjeździe do Argentyny. „Hotel znajdował się w fatalnym stanie. W basenie nie było wody, na korcie tenisowym brakowało siatki, na sufitach w sypialniach łuszczył się tynk. Przy drodze do bazy treningowej leżały dwa martwe konie” – pisze w książce Wilson. Szkocja zaczęła turniej bardzo źle: przegrała 1:3 z Peru. Po meczu wybuchł skandal – okazało się, że Willie Johnson miał w organizmie fenkamfetaminę i piłkarz musiał wcześniej wrócić do kraju. Kolejny mecz to znowu zawód – tylko 1:1 z Iranem. Szkoccy fani nie wytrzymali i zaczęli po ostatnim gwizdku wykonywać w stronę zawodników wulgarne gesty.
W kraju euforia zamieniła się w coś pomiędzy żałobą, wściekłością a szyderą z drużyny. Wilson opisuje, że jeden ze sklepów muzycznych obniżył cenę albumu „Ally’s Tartan Army” (utwór towarzyszący drużynie, który był nawet szósty na liście przebojów -przyp. red.) z 65 pensów do jednego. Jednocześnie zalecono klientom, by kupili płytę, a następnie… rozbijali ją młotkiem. Kolportowano anegdotę, jak przy okazji konferencji do MacLeada miał podbiec bezpański pies, selekcjoner stwierdził, że ktoś go jednak kocha, lecz po chwili został przez zwierzę ugryziony. Ale nie wiadomo, czy ta historia jest prawdziwa.
W ostatnim grupowym meczu Szkocja zagrała z Holandią. Żeby grać dalej, musiała ją ograć trzema golami. Po bramce dla rywali z karnego wydawało się, że znów nastąpi kompromitujący występ. Tymczasem nastąpił niezwykły zryw: Szkoci w niecałe 25 minut strzelili trzy gole. Brakowało im tylko jednego do wielkiego szczęścia, ale to Holandia ostatecznie zmniejszyła rozmiary porażki. Niby piłkarze MacLeoda ograli 3:2 wicemistrzów świata, ale to było za mało. Odpadli, a na lotnisku w Glasgow zostali wygwizdani i przez kibiców, i przez bagażowych.
Rok 1986, czyli śmierć i słowa Alexa Fergusona o jatce
– To była jatka. Kompletna jatka! – wściekał się na konferencji prasowej 44-letni szkoleniowiec Szkotów. Nazywał się Alex Ferguson, a scenka miała miejsce na mundialu w Meksyku w 1986 roku, po trzecim grupowym meczu, zremisowanym 0:0 z Urugwajem, co oznaczało, że jego drużyna jedzie do domu. Wcześniej Szkoci ulegli 0:1 Danii i 1:2 RFN.

Mecz Szkocji z RFN na mundialu w Meksyku (1986)
Tamten mecz przeszedł do historii z niechlubnego powodu. Urugwajczycy byli po klęsce 1:6 z Danią i chcieli zrobić wszystko, żeby się odegrać. Cel uświęcał środki. Już w 37. sekundzie ich zawodnik, Jose Batista, brutalnie zaatakował Gordona Strachana. 11 sekund później arbiter, Joel Quiniou z Francji, pokazał mu czerwoną kartkę. To do dzisiaj najszybsze wykluczenie z boiska w historii mistrzostw świata.
– To będzie najważniejszy mecz w moim życiu – mówił Ferguson przed starciem z Urugwajem. A po meczu był wściekły i trochę wyzbyty ideałów. – Cieszę się, że wracamy do domu, bo to, co dziś miało miejsce, to w ogóle nie jest piłka nożna. To wstyd, co zaprezentował dzisiaj Urugwaj. Sprawili, że gra w piłkę stała się farsą – przekonywał.
Dodał też słynne zdanie: – Już nigdy nie będę prowadził zespołu na mistrzostwach świata.
I tak też się stało. Dotrzymał słowa. Kilka miesięcy później został trenerem Manchesteru United, z którym wywalczył 38 trofeów.
Ferguson objął wtedy reprezentację w tragicznych okolicznościach. Zespół dobrze radził sobie w eliminacjach, ale o wszystkim decydował mecz z Walią. Szkoci musieli go przynajmniej zremisować. To rywal wyszedł na prowadzenie. Szkoci wyrównali dopiero w końcówce, po rzucie karnym. Zapanowała wielka radość, ale tego typu spotkania to również straszny stres. Prowadzący narodowy zespół Jock Stein nie wytrzymał. Była 88. minuta spotkania, gdy nagle upadł. Zawał serca. Nie udało się go uratować. Scena jak z teatralnej tragedii: jedni się cieszą, a w ich otoczeniu rozgrywa się dramat. Ferguson, który obejmie zespół, był wówczas asystentem Steina. Fragment książki Leszka Jarosza, „Historia mundiali”: „To Ferguson informował potem cieszących się na murawie piłkarzy, że ich trener właśnie zmarł po nieudanej reanimacji w podziemiach stadionu”.
Dziś, czyli bolesne wspomnienie z 1998 roku. Szkoci byli lepsi, a przegrali z Marokiem 0:3
Przed meczem z Marokiem w szkockim obozie jest wyczuwalne napięcie. Dominuje narracja, że to rywal jest lekkim faworytem, bo mówimy o drużynie, która w poprzednim mundialu była czwarta, a w ostatnich meczach potrafiła długimi fragmentami stłamsić Norwegię i Brazylię (oba spotkania kończyły się remisami).
– Maroko to świetny zespół. Mam wrażenie, że oni teraz są jeszcze trochę silniejsi niż na poprzednim turnieju. Prawdopodobnie będą mieć częściej piłkę, a my musimy sprawić, że kiedy znajdziemy się w jej posiadaniu, będziemy groźni. W szkockiej psychice i mentalności jest coś takiego, że czujemy się nieco lepiej, kiedy przystępujemy do meczu jako underdog. Byliśmy faworytami w spotkaniu z Haiti i ono okazało się dla nas bardzo ciężkie, ale udało się wygrać. Teraz jesteśmy underdogiem – przekonuje przed pierwszym gwizdkiem prowadzący Szkotów Clarke.
A kapitan Andy Robertson dodaje: – Oni mają fantastyczną drużynę, ale my wierzymy w siebie.
Szkoci, podobnie jak Norwegowie, wracają na mistrzostwa świata po 28 latach i przed meczem z Marokiem przywoływane jest spotkanie tych drużyn właśnie z mundialu we Francji z 1998 roku. To w ogóle jest ciekawe, że Szkocja, podobnie jak wtedy, ma w grupie i Marokańczyków, i Brazylijczyków. 28 lat temu najpierw uległa 1:2 Brazylii, a później zremisowała 1:1 z Norwegią. Do meczu z Marokiem przystępowała ze świadomością, że zwycięstwo może dać awans do 1/8 finału. W Saint-Etienne odbył się jednak mecz, który Szkotom do dzisiaj kojarzy się fatalnie. Niby grali lepiej od rywala, ale przegrali 0:3. Po ostatnim gwizdku na murawie nikt nie był zadowolony: oba zespoły odpadły z turnieju, bo w tym samym czasie Norwegia niespodziewanie ograła 2:1 Brazylię.
Szkocję w 1998 roku prowadził Craig Brown. Nie lubi wracać myślami do tamtego meczu, bo przekonał się wówczas na własnej skórze, że ludzie patrzą wyłącznie na wynik, a nie całościowo na mecz. I potrafią być brutalni.
W czerwcu 2021 roku, przed EURO, Ewan Murray z „Guardiana” porozmawiał z nim o zdarzeniach z Saint-Etienne.
– Wszyscy mówili o wielkim wstydzie i upokorzeniu. Ale jeżeli ktoś używał takich słów, to albo nie był na meczu albo nie rozumie piłki nożnej. Przegraliśmy tamto spotkanie 0:3, zdaję sobie sprawę z tego, że w futbolu gole są najważniejsze, ale, oceniając, warto spojrzeć też na przebieg meczu. Byliśmy lepsi od Maroka w każdej statystyce, poza zdobytymi bramkami. Oddaliśmy więcej strzałów, więcej celnych, mieliśmy w obu połowach wyższe posiadanie, mimo że przez większość drugiej połowy graliśmy w dziesiątkę. Upokorzenie? Gdy czytałem takie słowa, strasznie się irytowałem – wspominał Brown.
![]()
Craig Brown (w środku) – były selekcjoner Szkotów
Nie ukrywał, że tamto spotkanie zaszkodziło jego reputacji. Ludzie zapomnieli, że w dziesięciu meczach eliminacyjnych jego Szkocja straciła trzy gole. Że tyle samo bramek dała sobie wbić w całych kwalifikacjach do Euro 1996. Że w turnieju w Anglii w trzech meczach straciła ledwie dwa gole. Wszyscy śmiali się, że trzy bramki we Francji wbiło jej Maroko.
– W szatni po meczu byliśmy cholernie przygnębieni. Tamten turniej nas bardzo cieszył, a skończył się strasznie. Później się zaczęło: na naszego trenera i na nas spadła niewyobrażalna krytyka. Ja sam, żeby uciec od strasznych nagłówków, od razu poleciałem na wakacje do USA – dodawał w tym samym tekście „Guardiana” David Weir, który grał w 1998 roku w meczu z Marokiem.
Teraz jego koledzy, właśnie w USA, mogą sprawić, że Szkocja zapomni o swoich mundialowych traumach.
JAKUB RADOMSKI
Fot. Newspix.pl