Biały Dom areną walk i to nie politycznych. Donald Trump gości galę UFC

Sebastian Warzecha

14 czerwca 2026, 15:32 • 17 min czytania 3

Reklama
Biały Dom areną walk i to nie politycznych. Donald Trump gości galę UFC

Donald Trump mówi, że „czegoś takiego jeszcze nie było i nigdy nie będzie”. Możliwe, bo trudno przypuszczać, by – przynajmniej w najbliższej przyszłości – jakikolwiek inny prezydent USA pomyślał o zorganizowaniu przed Białym Domem gali UFC. Trump jednak jest wielkim miłośnikiem MMA, przyjaźni się z Daną White’em i lubi iść naprzeciw wszystkim. Czy jednak UFC Freedom 250 to coś więcej niż zwykła szopka? I ile jest w tym megalomanii Trumpa, który na datę jej organizacji wybrał… swoje urodziny?

Reklama

Donald Trump i gala UFC w Białym Domu. O co tu chodzi?

Siedem pojedynków w karcie. Dwa o pasy mistrzowskie, ale jeden – o tymczasowy. Ponad 4000 widzów. To wszystko brzmi całkiem nieźle, dopóki nie poczyta się wcześniejszych zapowiedzi, gdy według Trumpa oglądających na żywo miało się znaleźć tam ponad 20000, a wszystkie walki miały mieć na szali pasy mistrzowskie. Cóż, wyszło, jak wyszło, w każdym razie – to faktycznie historyczna chwila..

I ma ta gala zwolenników. Ale ma też wielu krytyków, którzy mówią, że to hucpa, megalomania, szopka i pokaz niezrozumienia nastrojów społecznych. Czy tak jest? I czemu akurat organizację Dany White’a Trump „zatrudnił” do umilenia mu 80. urodzin oraz 250. rocznicy podpisania Deklaracji Niepodległości? A, to drugie to – nikt w to nie wątpi – głównie pretekst. Bo rzeczona rocznica wypada przecież nie teraz, a za niespełna trzy tygodnie.

Donald Trump miał po prostu kaprys. A kaprysy Donalda Trumpa zwykle są spełnione. Tak więc dziś w nocy polskiego czasu w Waszyngtonie, na trawniku przed Białym Domem, zawalczą fighterzy UFC, w tym kilku najlepszych.

Reklama

UFC Freedom 250, czyli nie pomyl gali

Ważne: gdy wpiszecie w Google „UFC 250”, wyskoczy wam gala sprzed sześciu lat, ze środka pandemii, gdy w main evencie walczyły ze sobą Amanda Nunes i Felicia Spencer. Numerowane gale amerykańskiej organizacji aktualnie stoją bowiem na numerze 329. To zaplanowany na lipiec event, w czasie którego do klatki ma wrócić Conor McGregor. Irlandczyk zresztą zgłaszał się i do imprezy w Białym Domu, ale karta tegoż wygląda inaczej.

W każdym razie – to UFC to nie „UFC 250”, a „UFC Freedom 250”. Event specjalny, nawiązujący oczywiście nazwą do 250. rocznicy podpisania Deklaracji Niepodległości – dokładnie 4 lipca 1776 roku.

Gala miała być wielka, miała być okazała. Karta walk miała imponować, zapowiadano – a przynajmniej robił to sam Donald Trump – jedną z największych w historii. I faktycznie, jest tu kilka pojedynków, które mogą robić wrażenie… ale daleko temu do czołówki gal UFC. Tak naprawdę równie dobrze mogłaby być to po prostu kolejna numerowana gala. Solidna, ale bez przesady.

Odbędą się na niej bowiem następujące walki:

Reklama
  • Diego Lopes vs Steve Garcia. Waga piórkowa;
  • Bo Nickal vs Kyle Daukaus. Waga średnia;
  • Mauricio Ruffy vs Michael Chandler. Waga lekka;
  • Josh Hokit vs Derrick Lewis. Waga ciężka;
  • Sean O’Malley vs Aiemann Zahabi. Waga kogucia;
  • Alex Pereira vs Ciryl Gane. Waga ciężka. Walka o pas tymczasowy.
  • Ilia Topuria vs Justin Gaethje. Waga lekka. Walka o pas.

Siedem walk, dwie o pasy, ale tylko jedna o ten właściwy. Poza tym wielkiego wrażenia to wszystko nie robi. Chandler byłby za takie odpowiedzialny kilka lat temu. Nickal zna się z Trumpem, ponoć grywają w golfa, pewnie dlatego tam jest. Na pewno ze względu na prezydenta znalazł się w karcie Derrick Lewis (który niedawno otrzymał nawet specjalne odznaczenie od Białego Domu, podobno za to, że… przeszedł udanie 75 testów antydopingowych z rzędu, po czym sam Lewis przyznał, że lubi zarzucić trochę marihuany). Trump sam chciał jego walki.

Jakąś godzinę temu prezydent nachylił się do mnie i powiedział: „Dlaczego Derrick Lewis nie jest w karcie walk na galę w Białym Domu?”. Powiedziałem: „Proszę poczekać, panie prezydencie”. Odszedłem na bok, zadzwoniłem do Derricka i powiedziałem: „Derrick, prezydent właśnie zapytał mnie, czemu nie jesteś w karcie. Chcesz powalczyć w Białym Domu?”. A on powiedział: „Oczywiście” – wspominał Dana White.

Derrick Lewis

Derrick Lewis w czasie ważenia przed galą UFC Freedom 250. Fot. Newspix

Reklama

Bo tak, okazuje się, że Donald Trump jest wielkim fanem 41-letniego już Lewisa, byłego dwukrotnego pretendenta do tytułu mistrza w wadze ciężkiej. A co prezydent chciał, to prezydent dostał. Poza tym otrzymał… cóż, kilka potencjalnie niezłych walk i możliwe, że finalne włączenie dwóch fighterów do grona absolutnie najlepszych w dziejach. Bo i Alex Pereira (który próbuje podbić trzecią kategorię wagową w swojej karierze w UFC!), i Ilia Topuria mogą tego dokonać.

Ten drugi – Hiszpan o gruzińskich korzeniach – ma już dwa pasy mistrzowskie, a jego bilans w karierze MMA to 17:0. Ostatnie trzy wygrane w jego dorobku to nokauty zdobyte na Alexandrze Volkanovskim, Maxie Hollowayu i Charlesie Oliveirze, trzech byłych mistrzach. W Białym Domu Topuria zawalczy z kolejnym świetnym fighterem i jeśli znokautuje też jego, to cóż… właściwie zabraknie mu konkurencji.

Tak więc: Topuria tworzący historię. Pereira rzucający przez potencjalną wygraną wyzwanie Jonowi Jonesowi. I kilka może nie najgorszych pojedynków przed tym. Nie za dużo, ale też nie bardzo mało. Pod kątem sportowym tak to właśnie wygląda.

Ale czemu w ogóle to UFC ma zawitać do Białego Domu?

Reklama

Trump i UFC. 25 lat historii

Cofnijmy się do przełomu wieków. Dana White sprowadza się wtedy do Las Vegas, zaczyna kręcić się wokół boksu… ale o tym wszystkim już kiedyś pisaliśmy. Co istotne: z czasem trafia na MMA, konkretnie – na UFC właśnie. Postanawia je kupić, finansowo pomagają mu znajomi, Frank i Lorenzo Fertitta, właściciele kilku kasyn w mieście. Obaj lubili sporty walki, spodobał im się pomysł.

Na początku 2001 roku wszyscy stali się inwestorami w UFC, a White zaczął tym biznesem zarządzać. Długo jednak nie szło to wszystko do przodu. MMA postrzegano jak brutalne, często niesportowe, wiecie – typowe walki uliczne, nic więcej. Trudno było przekonać poważnych ludzi sportu do tej konkretnie dyscypliny.

I tu przechodzimy do Trumpa. Jak mówił White:

Areny na całym świecie odmawiały nam organizacji naszych eventów. Nikt nie brał nas na poważnie. Nikt. Poza Donaldem Trumpem. Zawsze będę mu wdzięczny za to, że stał przy nas w tych wczesnych dniach.

Reklama

Jedna z pierwszych gal UFC (numer 30) pod nowym zarządem odbyła się bowiem właśnie w budynku należącym do Trumpa – Taj Mahal, znajdującym się w Las Vegas. Zgodnie z relacjami obu głównych bohaterów tej opowieści: ówczesny biznesmen chciał zajrzeć na walkę czy dwie, a ostatecznie przesiedział na widowni całą noc. I to wtedy zakochał się w MMA.

Nie mogłem się odwrócić. To była jedna z najbardziej niesamowitych rzeczy, nigdy wcześniej nie widziałem niczego takiego. Powiedziałem: „Musicie żartować!”. Byłem tak podekscytowany, że normalnie nie widzicie czegoś takiego. To było szalone! – wspominał Trump. Dana White opowiadał o tym w podobnych słowach.

Sęk w tym, że – zgodnie z relacjami wielu osób, które wówczas w UFC pracowały – nic takiego nie miało miejsca. Trump, owszem, pojawił się na gali… ale nie tej. Miał zajrzeć na jedną z kolejnych i faktycznie się wtedy MMA mocniej zainteresować. „Przestawienie” jego obecności na sam początek związku White’a z UFC prawdopodobnie miało być zabiegiem marketingowym – pozytywnym i dla organizacji, i dla samego Trumpa.

Stało się to gdzieś w okolicach 2015 czy 2016 roku. Ale o tym, co wtedy się działo, jeszcze sporo napiszemy.

Reklama

W każdym razie: Trump z tym MMA ostatecznie – choć stało się to nieco później – się polubił. Został fanem UFC, chętnie witał je w swoich budynkach w przyszłości. Organizacja jednak niedługo potem była na krawędzi. Uratował ją program „The Ultimate Fighter”, swego rodzaju reality show, emitowane w telewizji, które miało za zadanie znaleźć kolejnego wielkiego fightera. White, będący jego twarzą, został przy okazji gwiazdą. Dziennikarze porównywali go do gwiazdy show „The Apprentice”, czyli… Donalda Trumpa.

To były luźne związki, wiemy tyle, że Trump co jakiś czas White’owi gratulował, wymieniali listy czy maile. Ale w 2008 roku przyszły prezydent postanowił zainwestować w Affliction Entertainment, firmę związaną z MMA, dostarczającą między innymi stroje dla zawodników, ale która wtedy postanowiła stworzyć nową federację. Innymi słowy: Trump wspierał rywala UFC. Nawet wtedy jednak, pytany o Danę White’a, wypowiadał się jedynie pozytywnie.

Mam do niego wiele szacunku. Niektórzy w tym pokoju mogą go nie lubić. Ja go lubię i myślę, że wykonał dużo dobrej roboty – twierdził Trump (a i White w ówczesnego rywala nie uderzał, wręcz przeciwnie). Nowa federacja, której był sponsorem, nie poradziła sobie w rywalizacji z tą już całkiem uznaną. Upadła po mniej więcej roku. A gdy w 2011 UFC podpisało wielką umowę telewizyjną z Foxem, to Trump wysłał White’owi gratulacje.

Zawsze wiedziałem, że ci się uda – pisał.

Reklama

Wiemy też, że UFC oglądał, że czytał newsy. Bywało ponoć, że wycinał z gazet kolejne wzmianki o organizacji i wysyłał do White’a z dopiskami gratulacyjnymi. W 2015 roku tweetował też na przykład o porażce Rondy Rousey, która go ucieszyła (a Rousey ujawniła po latach, że Dana White prosił ją, by w odpowiedzi nie mówiła źle o Trumpie). Donald Trump śledził więc to, co się działo w oktagonie.

I choć niektóre wątki w historii jego powiązań z UFC bywają naciągane, to nie można zaprzeczyć, że faktycznie tę federację śledził. Zdaniem wielu osób – robił to głównie przez Danę White’a.

Dana i Donald, czyli… prawdziwa przyjaźń?

W listopadzie 2018 roku użytkownicy UFC Fight Pass mogli obejrzeć specjalnie przygotowany przez samą organizację dokument. Krótki, ale jakże znaczący dla Dany White’a. Materiał wideo zwał się „Combatant in Chief: The Story of Donald Trump’s History in Combat Sports”. Opowiadał on – zgodnie z tytułem – o zaangażowaniu Trumpa w sporty walki. Głównie w UFC, rzecz jasna. Był też jednak jeszcze jeden ważny wątek.

Przyjaźń Donalda Trumpa i Dany White’a.

Reklama

Wiele wskazuje na to, że to faktycznie przyjaźń, nie PR-owa gierka. Obaj mają się bardzo lubić, dobrze rozumieć i traktować się wzajemnie jak przyjaciele właśnie. Mówiła o tym we Front Office Sports Lavie Margolin, autorka książki poświęconej znajomości tej dwójki:

Wierzę, że relacja Dany i Donalda Trumpa to nie jedna z tych, które opierają się na wzajemnych powiązaniach biznesowych i szacunku, ale też na prawdziwej przyjaźni. […] Dana White mówił „Rolling Stone”: „Niczego od niego nie chcę, nie szukam żadnych korzyści. W naszej relacji nie ma niczego interesownego. Jesteśmy przyjaciółmi. Gdy się spotykamy, nie różni się to od spotkań innych osób z przyjaciółmi. Rozmawiamy o tym, o czym rozmawiają przyjaciele”.

Dana White i Donald Trump

Dwaj przyjaciele z… okolic oktagonu? Dana White i Donald Trump. Fot. Newspix

Reklama

White dodawał też, że odnosi wrażenie, że Trump traktuje gale UFC trochę jak „ucieczkę”, bezpieczną przystań na kilka godzin, gdy nie musi się przejmować prezydenckimi problemami i może oddać się rozrywce. Z kolei prezydent USA wielokrotnie wypowiadał się o samej organizacji, ale zwłaszcza jej prezesie, w samych superlatywach. Też zdarzyło mu się użyć słowa „przyjaciel”.

I tak, to mimo wszystko – wbrew temu co mówił White – transakcja wiązana. Mają zbieżne interesy, obaj potrafią sobie w nich pomóc. Ale to nie wyklucza przyjaźni, wręcz przeciwnie. Możliwe więc, że Trump i White faktycznie są przyjaciółmi, a poza tym wspólnikami w biznesie.

White w końcu bardzo się Trumpowi przysłużył. I to nie raz.

Wsparcie kampanii prosto z UFC

„Jeśli nie chcesz tego zrobić, całkowicie zrozumiem. Jednak byłbym zaszczycony, gdybyś przemówił podczas konwencji Partii Republikańskiej”. Wszyscy mówili mi, żebym tego nie robił. Ale dlaczego miałbym tego nie zrobić? – pytał, już po latach, dziennikarzy Dana White. Przywoływał sytuację z 2016 roku. To wtedy Donald Trump – zgodnie ze słowami szefa UFC – poprosił go o to, by ten zjawił się na konwencji Republikanów.

Reklama

White to zrobił. Już wcześniej mówił w wywiadach, że to Trump otrzyma jego głos. Na konwencji pojawił się w lipcu i opowiadał o Trumpie w samych superlatywach. Nieco wcześniej w dodatku kilka osób – na czele z Stevenem Cheungiem, dyrektorem ds. komunikacji i PR – przeszło z UFC do sztabu wyborczego Trumpa.

Trump, jak wiemy, wygrał wybory prezydenckie w 2016 roku. Pokonał Hillary Clinton, a analitycy, komentatorzy i badacze za cenny aktyw wyborczy, jaki posiadał, uznali potem młodych mężczyzn. Spora ich część pokryje się z fanami UFC, choć jeszcze większa w 2024 roku. Wsparcie White’a się opłaciło, a nowy prezydent – trzeba mu to oddać – o swoim przyjacielu nie zapomniał. Już w 2018 roku gościł White’a i Colby’ego Covingtona w Białym Domu.

W listopadzie 2019 został z kolei pierwszym w dziejach aktualnym prezydentem USA, który pojawił się na gali UFC. Reakcja na jego pojawienie się była mieszana – sporo osób wiwatowało, dużo buczało. White mówił potem, że to wolny kraj i taki miks reakcji nie zrobił na nim wrażenia. Zresztą tracący wówczas popularność Trump i tak mógł się cieszyć na takie przyjęcie – gdy tydzień wcześniej zjawił się na meczu World Series (baseball) w Waszyngtonie, tłum skandował „Lock him up!” („Zamknijcie go!”).

Zbliżały się zresztą kolejne wybory. W 2020 roku White znów zaczął pojawiać się na wiecach Trumpa, wypowiadać jako jego zwolennik. Prezydent z kolei gratulował mu oficjalnie, gdy UFC – jako pierwsza organizacja sportowa – wróciło do życia w czasie pandemii. – Róbcie, co trzeba, dystansujcie się społecznie, ale potrzebujemy sportów. Chcemy nasze sporty z powrotem – mówił Trump w nagranym wcześniej wideo.

Reklama

Wybory w 2020 roku jednak przegrał… choć on sam długo głosił, że padł ofiarą oszustwa w głosowaniu. Podobno utwierdził go w tym zresztą tłum na UFC, bo gdy pojawił się na gali – już po zdjęciu pandemicznych obostrzeń – to przywitano go ciepło, głównie wiwatami. Potem twierdził, że to wtedy uznał, że będzie musiał spróbować wystartować w wyborach po raz trzeci. Im bliżej do nich było, tym bardziej polegał na Danie i tym bardziej White był w to wszystko zaangażowany.

Specjalne wejście Donalda Trumpa na galę UFC 309, niedługo po wygraniu przez niego wyborów w 2024 roku. Dana White, oczywiście, u jego boku:

Trump ewidentnie bowiem zaufał mu w kwestiach politycznych bardziej… choć szef UFC niejednokrotnie podkreślał, że do polityki pchać nie ma się zamiaru. Stał jednak przy przyjacielu po przegranej w 2020 roku, robił to też na przykład w czasie procesów (i uznania winnym) Trumpa. UFC – jak oceniali komentatorzy polityczni – stało się dla Donalda Trumpa bezpieczną przystanią. A Dana White w zasadzie rzecznikiem prasowym.

Reklama

Nie jest rasistą. Nie jest faszystą. Kocha swój kraj. I jeśli jesteś Amerykaninem – niezależnie od rasy, religii czy innych takich rzeczy – prezydent Trump jest w twoim zespole – mówił na przykład „New Yorkerowi”. Od 2023 roku – na rok przed kolejnymi wyborami w Stanach – White pojawiał się w większej liczbie podcastów i wywiadów, opowiadając nie tylko o UFC, ale i o Trumpie. Przyznawał też na przykład otwarcie, że przez kilka dobrych lat namawiał Joe Rogana, by ten zaprosił byłego wówczas prezydenta do swojego podcastu.

A przede wszystkim – by na niego zagłosował i oficjalnie wyraził swoje wsparcie. Rogan w końcu uległ, choć (jak twierdził White) pierwotnie miał głosować podobno na… Berniego Sandersa.

White nazywał Trumpa „twardym gościem”. Wielkie wrażenie zrobiła na nim postawa Donalda w trakcie zamachu przy okazji kampanii prezydenckiej. To Dana był ostatnim przemawiającym, a równocześnie zapowiadającym Trumpa w czasie Narodowej Konwencji Republikanów w Milwaukee w lipcu 2024 roku. Przemowę wygłaszał też w październiku, tuż przed wyborami, przy okazji wiecu swojego przyjaciela w Madison Square Garden, a także tuż po tym, jak ogłoszono wyniki wyborów, wtedy w Palm Beach Convention Center.

W styczniu 2025 roku, w czasie zaprzysiężenia Trumpa na prezydenta, White siedział w jednym z pierwszych rzędów. Tuż za byłymi prezydentami – Billem Clintonem, George’em W. Bushem i Barackiem Obamą.

Reklama

Zapracował sobie na takie miejsce.

Donald Trump w roli wojownika

Znam się na wojownikach. Donald Trump takim jest – mówił Dana White już w 2016 roku. Potem powtarzał tego typu opinie wielokrotnie. Trump faktycznie, jako się rzekło, od dawna darzył uczuciem sporty walki, w tym MMA. Inwestował w nie, chodził na eventy, gościł je w swoich budynkach. Nikt nie może mu tego odebrać. W pewnym momencie narracja zmieniła się jednak z „Trumpa-przyjaciela sportów walki” do „Trumpa-największego z wojowników”.

I stoi za tym w dużej mierze Dana White.

To jemu, jego słowom, jego wywiadom Trump zawdzięcza, że tak zaczęli postrzegać go głównie młodzi ludzie, zwykle mężczyźni. Przyszły wówczas prezydent USA stał się w oczach młodych – ale nie tylko! – kimś z zewnątrz, kto zadrze z układem na szczytach władzy i zawalczy: z obecną wierchuszką (mimo że jako bogacz sam do niej należał), z układami (też), ale również, a może przede wszystkim – zawalczy o nich, zwykłych obywateli.

Reklama

Narrację o tej wojowniczej naturze Trumpa, podchwycił jego sztab. Współpracownicy mówili regularnie, że to człowiek, który „odpowiada na zadane ciosy i to podwójnie”. Przywoływano występy Trumpa w WWE, związki z MMA i boksem, ale też po prostu kolejne debaty, w których twardo odpowiadał swoim rywalom. Ludziom się to podobało, bo był bezpośredni i twardy w swoich poglądach (przynajmniej powierzchownie). Bronił ich i atakował rywali.

Zupełnie jak w ringu czy w klatce.

Trump wygrał w dużej mierze przez testosteron – podsumowywał właściwie obie wygrane kampanie profesor NYU Scott Galoway. Pomagało zapewne to, że tak po prawdzie to jest megalomaniakiem, przekonanym o swojej racji. Rok temu na swoje urodziny – czyli 14 czerwca właśnie – zorganizował w Waszyngtonie wojskową paradę (do wojska często się odwołuje, choć sam za młodu na różne sposoby unikał powołania do armii), teraz padło na UFC w Białym Domu. To wciąż ta sama strategia – kreowania się na wojownika, lidera, twardego, męskiego gościa.

Donald Trump

Reklama

Donald Trump w czasie gal UFC często nawiązuje bezpośredni kontakt z walczącymi w nich zawodnikami. Fot. Newspix

Dana White i UFC w tej kreacji pomagają. I tak samo ma być z eventem na South Lawn w Białym Domu. Trump mówił co prawda, że organizuje ten event, bo „po prostu lubi UFC” i dlatego wybrał tę formę świętowania – urodzin oraz niepodległości Stanów – ale oczywistym jest, że to spektakl, wielka reżyseria i kolejny etap przedstawienia pod tytułem „Donald Trump to fighter”. Tyle że ten otrzymał ostatnio kilka ciosów, a i publika zdaje się coraz mniej go wspierać.

Aktualna polityka Trumpa sprawia bowiem, że maleje mu poparcie. Wojna w Iranie, w którą zaangażowały się Stany. Rosnące stale ceny paliwa. Problemy zwykłych obywateli, coraz droższe zakupy. To wszystko rzeczy, o których Amerykanie chcą, by rozmawiać. Nie event UFC dla bogaczy. W sondażach w USA widać, że od Trumpa odeszli między innymi młodzi wyborcy, którzy tak tłumnie wsparli go w 2024 roku. Wielu jeszcze się trzyma, ale nawet oni w dużej mierze uważają, że to „niewłaściwe”, by w takim momencie organizować tego typu show.

Padają też oskarżenia o sportswashing, do tej pory zarezerwowane głównie dla dyktatorów czy bogatych krajów Bliskiego Wschodu. Za sprawą Trumpa przedostały się one do samych Stanów Zjednoczonych. Administracja Białego Domu stara się co prawda je zmienić – Marco Rubio, sekretarz stanu, mówi na przykład, że UFC w Białym Domu to „definicja amerykańskiego soft power w dyplomacji”, a powstanie UFC porównywał do lądowania człowieka na Księżycu. Trump i White też twierdzą, że będzie to niezapomniane show.

Reklama

Wydaje się jednak, że coraz mniej osób na tę kreację Donalda Trumpa-wojownika reaguje pozytywnie. Ale UFC Freedom 250 dojdzie do skutku.

Jak więc będzie z całym tym eventem?

Bitka przed Białym Domem

Podobno Donald Trump już w 2024 roku miał w głowie, że można by taki event zorganizować. Po raz pierwszy publicznie opowiedział o tym jednak niespełna rok temu. Wtedy mówił o hucznych obchodach 250. rocznicy podpisania Deklaracji Niepodległości. Mówił o eventach w całym kraju, o wielu okazjach na świętowanie, o wielkim festiwalu w Waszyngtonie. Większość z tego absolutnie nie wyszła.

UFC w Białym Domu będzie… ale i tu nie wszystko się zgadza. Bo miało być większe, huczniejsze, bardziej okazałe. Miał być Conor McGregor, miała być Ronda Rousey, ale się nie pojawią. Z zapowiedzi Trumpa można też było zrozumieć, że cały event ma być przede wszystkim dla zwykłych ludzi.

Reklama

W rzeczywistości będzie dla wybranych, którzy zapłacą krocie za bilety albo zostaną zaproszeni (jak Jan Błachowicz i Karol Nawrocki). Pojawić ma się też nieco wojskowych (znów wracamy do Trumpa-wojownika). Dla ludzi mają zostać udostępnione wielkie ekrany niedaleko Białego Domu. A ci co mieszkają poza Waszyngtonem będą mogli obejrzeć ten event – przypomnijmy, zorganizowany z okazji zbliżającego się święta państwowego i urodzin prezydenta – po… wykupieniu subskrypcji.

Nie brzmi to jak huczne, państwowe czy też ludowe obchody, co? Igrzyska może i są. Tylko chleb coraz droższy.

Dana White

Dana White w czasie konferencji prasowej przed UFC Freedom 250. Z tyłu Abraham Lincoln – może zastanawia się, do czego to doszło? Fot. Newspix

Reklama

Na potrzeby eventu tuż przed Białym Domem postawiono wielką konstrukcję z trybunami i z klatką w jej środku. Wielu już sam ten widok krytykuje. Inni – całą ideę, bo choć prezydenci angażowali się w sport w Białym Domu (już Teddy Roosevelt organizował sparingi bokserskie, przez lata dobudowano w pobliżu korty tenisowe czy – to Obama – boisko do koszykówki), to nikt nie organizował tam płatnego eventu. Trump złamał pewne tabu, standardy. I możliwe, że finalnie mu się za to oberwie.

Doszły do tego i inne problemy. Na światło dzienne wyszło na przykład, że w marcu fundusz należący do prezydenta USA wykupił udziały w TKO Group Holding, czyli spółce-matce UFC i WWE. Sprawę organizacji gali UFC w Białym Domu z różnych powodów próbowano nawet skierować do sądu. I udało się to, ale sędzia orzekł na korzyść prezydenta. W dodatku Trumpa krytykować zaczęli nawet wcześniej bliscy mu ludzie. Choćby Sean Strickland, kontrowersyjny fighter o skrajnie prawicowych poglądach, który niedawno zdobył (po raz drugi) pas UFC w wadze średniej.

Wcześniej popierał Trumpa. Niedawno zaczął w niego uderzać, zarzucając mu „chodzenie na pasku Benjamina Netanjahu” i brak odpowiednich tłumaczeń w aferze Epsteina. Strickland nie zostanie więc wpuszczony na event w Białym Domu, choć jest urzędującym mistrzem UFC.

Nie wiadomo też, czy planów nie pokrzyżuje pogoda. Deszcz nie byłby co prawda wielkim zmartwieniem (o ile nie lałoby jak z cebra), bo cała konstrukcja jest zadaszona. Możliwe są jednak burze, a te – zgodnie z amerykańskimi protokołami – muszą przerwać wydarzenie sportowe. Możliwe więc, że walki trzeba będzie… zastopować w środku ich trwania. A wyładowania elektryczne prognozowane są głównie na te najważniejsze starcia.

Przekonamy się więc w najbliższych godzinach – start całej gali o 2 w nocy polskiego czasu – czy Donald Trump się nie przeliczył. I czy gala UFC, tak hucznie przez niego zapowiadana (i naprawdę ważna, bo Trump nie pojawił się na przykład na meczu USA na mundialu, będzie za to tam!), nie okaże się finalnie absolutnie nietrafionym prezentem urodzinowym od Dany White’a dla Donalda Trumpa. A w zasadzie – od prezydenta dla prezydenta.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

3 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama