Maja Chwalińska, która w finale Roland Garros znalazła się absolutnie sensacyjnie, kontra wciąż młoda – a już uznana – Mirra Andriejewa. Nie jest to finał, który można było w paryskim Szlemie przewidzieć, ale możliwe, że okaże się finałem jednym z najlepszych w ostatnich latach. Czy wygra wielka, wspaniała historia? Czy może zatriumfuje – zgodnie z oczekiwaniami – generacyjny talent?
Maja Chwalińska vs Mirra Andriejewa. Wielka historia kontra wielka nadzieja
Historię Mai Chwalińskiej znamy już chyba wszyscy, co? Spory talent, jeszcze większe problemy z kontuzjami. Depresja, która na dwa lata się przypałętała i utrudniała nie tylko grę, ale i życie. Zbieranie na wyjazdy, pytania o noclegi u przypadkowych ludzi. Walka o swoje. Druga runda Wimbledonu, która miała być przełamaniem, a niedługo potem uraz, który wyeliminował z gry na pół roku. I takie ciągłe zawieszenie – blisko setki, a jednak daleko. Wciąż o te sto, może dwieście punktów – i kilkadziesiąt pozycji – od tego, by tę magiczną granicę przebić.
Aż przyszło Roland Garros 2026 i wszystko się złożyło. Dziewięć wygranych, jeden stracony set. Triumf w kwalifikacjach, potem każda kolejna runda z coraz większą sensacją i lepszą grą. Gdy Maja ogrywała Dianę Sznajder w półfinale, zachwycali się nią właściwie absolutnie wszyscy eksperci. W tym jej koleżanki po fachu, bo na przykład Jessica Pegula i Madison Keys (i nie tylko one!) – finalistka oraz mistrzyni wielkoszlemowa – robiły to na żywo, w swoim podcaście. A w studiu telewizyjnym zachwycała się Mają Venus Williams.
Jest to – choć to już slogan nadużywany – naprawdę historia jak z bajki. Historia o uporze, o wytrwałości i o wielkiej za nie nagrodzie. Bo co by się w tym finale nie wydarzyło, Maja osiągnęła w Paryżu kilkukrotnie więcej, niż ktokolwiek po niej oczekiwał. Nawet ona sama, nawet jej bliscy czy trenerzy.
Mirra Andriejewa to zupełnie inna opowieść.
Rosjanka nieco ponad miesiąc temu świętowała dopiero 19. urodziny. Ale to już trzeci sezon w tourze, w którym zachwyca. Pokazała się już jako 16-latka, gdy na Roland Garros doszła do III rundy, a potem poprawiła IV rundą na Wimbledonie. Wszystko to kilka miesięcy po tym, jak na Australian Open grała w finale, ale juniorskim… i go przegrała, z rodaczką, Aliną Korniejewą. Już w 2024 roku wygrała pierwszy turniej rangi w Jassy (WTA 250), doszła do finału innego, w Ningbo (500), a także była w półfinale French Open. Po drodze pokonała – chorą, ale jednak – Arynę Sabalenkę.
Generalnie historia Andriejewej jest więc opowieścią o wielkim, generacyjnym talencie i to takim, co co roku potwierdza ten swój status. W zeszłym sezonie ogrywała wiele zawodniczek z TOP 10, w tym Igę Świątek i sama się do tej dyszki dostała, była nawet na 5. miejscu. Wygrała turnieje w Dubaju i Indian Wells (oba 1000), ale w drugiej części sezonu się sypnęła, coś nie grało tam mentalnie, często miała na korcie problemy, kłóciła się ze sztabem, a Conchita Martinez – jej trenerka – nie była w stanie jej opanować.
Wychodzi jednak, że zrobiła to w przerwie między sezonami. Bo w tym roku to na ogół inna Mirra.
Maja może, Mirra musi. W tym szansa?
Gdy Maja Chwalińska grywała w turniejach rangi ITF i walczyła o punkty, by przybliżyć się do setki (co zresztą jej się udało, bo miała do tej pory niezły sezon i 114. miejsce przed Roland Garros o tym świadczy), Mirra robiła swoje na dużo większych kortach. Wygrała turniej w Adelajdzie przed rozpoczęciem Australian Open, w samym Melbourne doszła do IV rundy (trzeci rok z rzędu!), a przegrała ze świetnie dysponowaną Eliną Switoliną, co wstydu przecież nie przynosi.
Potem był kwietniowy triumf w Linzu, jeszcze na twardej nawierzchni. A na mączce – finał w Madrycie. Była Mirra, obok Switoliny i Marty Kostiuk, jedną z tych zawodniczek, które na mączce szalały. Z Martą przegrała w stolicy Hiszpanii, ale we Francji zaliczyła wielki rewanż – w półfinale nie dała doskonale do tej pory dysponowanej Ukraince szans. Wygrała w dwóch szybkich setach, mecz trwał 76 minut – krócej od pierwszego seta starcia Mai Chwalińskiej z Dianą Sznajder.
Przez całą drabinkę przeszła zresztą zaskakująco sprawnie. Straciła jednego seta – w drugiej rundzie – a im dalej w turniej, tym grała lepiej. Zależnie od rundy traciła odpowiednio: 6, 8, 6, 5, 3 i 4 gemy. Nie spędziła na korcie przesadnie wiele czasu, nie namęczyła się.
Możliwe, że to będzie jej przewagą nad Chwalińską. Ona też co prawda podarowała rywalkom tylko jedną partię, ale przechodziła przez kwalifikacje, ma w nogach trzy mecze więcej. Do tego jej półfinał, choć dwusetowy, trwał ponad dwie godziny i był naprawdę wymagający fizycznie. Maja sama mówiła po nim, że nie czuje się najlepiej pod tym kątem, ale dodawała, że to Szlem, trzeba się poświęcić. Zresztą – ma w tym finale jeden atut w rękawie, to na pewno.
Ona bowiem nic nie musi, a Mirra – wręcz przeciwnie.
To po Andriejewej od kilku lat oczekuje się, że wejdzie na poziom wielkoszlemowego mistrzostwa. To ona była nastoletnim objawieniem… i w sumie nadal nim jest, nie ma przecież 20 lat.
To ten sam przypadek, co kilka lat temu Coco Gauff, która te nastoletnie obietnice jak najbardziej spełniła i dziś jest już dwukrotną mistrzynią wielkoszlemową. Swoją drogą – nadal najmłodszą, bo Coco to rocznik 2004. Nikt urodzony później jeszcze w Szlemie nie triumfował. U mężczyzn blisko był Carlos Alcaraz (2003), a Jannik Sinner (2001) też jest już produktem tego stulecia. U kobiet urodzonymi w XXI wieku mistrzyniami są jeszcze Iga Świątek (2001) i Emma Raducanu (2002). Mirra może tu przeskoczyć o kilka lat, bo to rocznik 2007. Maja może się z kolei do tej listy dopisać, bo jest rówieśniczką Igi.
Chwalińska jednak – jako się rzekło – nic nie musi. Nad nią i tak wszyscy będą się zachwycać. Po Andriejewej raczej oczekują wygranej. Dla Mirry to jednak też pierwszy finał, a to nadal zawodniczka, która potrafi się nerwowo rozsypać., choć ostatnio mimo wszystko jest pewniejsza i stabilniejsza.
Może więc być ciekawie.
Czy Mirra „rozczyta” Maję?
Co zadecyduje? Zdaje się, że trzy rzeczy. Pierwsza, to odporność psychiczna obu zawodniczek. Chwalińska w tym turnieju na razie nią imponowała, ale gra o trofeum, świadomość bliskości największego możliwego marzenia, może sprawić, że nogi i ręce jednak się zatrzęsą. A Mirra – jak wspomniano – potrafi się czasem sypnąć w najmniej spodziewanym momencie. Po drugie, to czy Rosjance uda się przejąć inicjatywę i dyktować warunki na korcie (czego raczej przesadnie nie lubi, dobrze się czuje w kontrataku). A po trzecie – czy Andriejewa rozszyfruje grę Chwalińskiej, czego w tym turnieju nie zrobił jeszcze nikt.
Do tego ostatniego ma Mirra na pewno wielki atut w swoim boksie. Siedzi tam bowiem wspomniana już Conchita Martinez – obserwowała zresztą półfinał Mai – która sama grała trochę do Polki podobnie.
Bo było w grze Hiszpanki na przełomie wieków dużo top spina, było sporo rotacji, zmian tempa. Genialna była też Conchita taktycznie, to właśnie głównie tym wygrała swój jedyny tytuł wielkoszlemowy, na wimbledońskiej trawie. Dobrze się czuła w defensywie, potrafiła też jednak przejąć inicjatywę, gdy sytuacja ją do tego zmuszała. No i mnóstwo, ale to mnóstwo miała Martinez cierpliwości, która pozwalała jej doprowadzić do frustracji każdą rywalkę. Nie szukała koniecznie winnerów, szukała sposobu na wygranie akcji.
Każdy był dobry, o ile się sprawdzał. Maja też tak gra.
Czy Conchita pomoże Andriejewej? Zobaczymy. Na pewno Mirra – jeśli dłuższy fragment meczu nie pójdzie po jej myśli – może zacząć być grą Mai sfrustrowana. I na pewno jest Chwalińska zdolna sprawić, że Andriejewa się posypie. Z drugiej strony sama Rosjanka przez to, jaki styl gry preferuje, też bywa na korcie bardzo cierpliwa. Niepokój może budzić też jej zdolność do świetnego returnowania, bo choć Maja nieźle serwisem pracuje, to ten jest po prostu stosunkowo wolny.
Niemniej: co by się nie wydarzyło, piękny był to turniej. Dzięki za niego, Maja. Teraz po prostu wyjdź na kort i ciesz się tym, co cię tam czeka.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix